Czy kilkuletni samochód, używany codziennie może mieć bliźniaka?

Nie mówimy o nówce, prosto z fabryki, nie zarysowanej i bez przebiegu, no i w identycznym kolorze. Mówimy o samochodzie używanym codziennie przez kilka lat.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

        Okazuje się, że taki średnio starszawy samochód może mieć bliźniaka, a przynajmniej tak twierdziła moja koleżanka. Kiedyś dobra, ale wiecie jak to jest: z wiekiem nie tylko człowiek się starzeje, nie tylko jego ciało, a co za tym idzie i głowa, ale i emocje, i energia życiowa wygasa co przynosi brak potrzeby kolegowania. Jakoś tak nie chce się ludziom wychodzić, a potem to nawet dzwonić. Bo i o czym tu gadać? O chorobach? O jeszcze jednej konspiracji, czy o tym jaki ten świat staje się okropny. Tylko tego to nikt już nie chce słuchać. A o tych, którzy odeszli? Też temat jakby skończony, bo wolimy ich pamiętać w kwiecie wieku, a nie w odkrytej trumnie.  Nawet jak są świetnie wyszykowani.

        Inna moja znajoma opowiadała mi zabawno makabryczną historyjkę, o nieboszczce, która była tak świetnie zrobiona, że nikt jej nie poznał, i postanowiono ją odesłać z powrotem, jako kogoś innego. Dopiero obsługa usług przewożenia zwłok, widocznie przyzwyczajona do takich sytuacji, zażądała aby sprawdzić znaki szczególne. Ta pani miała plamy na przedramieniu i po tym została zidentyfikowana przez rodzinę. No i tym sposobem, wszyscy byli zdumieni, że pani tak świetnie wygląda – co znaczy i wyglądała – pomimo wyniszczającej choroby i wieku.  Ja tam wolę, aby mnie pamiętano w kwiecie wieku. Co nie znaczy, że nie mam dokończyć pewnych spraw w swoim życiu.

        Kiedyś dałam się wciągnąć w opowieść o samochodzie bliźniaku, bo nie chciałam dobijać mojej koleżanki tym, że ten samochód bliźniak, tam gdzie go zobaczyła, był zaparkowany akurat przed apartamentowcem kochanki jej męża. Była już taka rozpaczliwie zdołowana, bo pomimo, że nie wiedziała tego, o czym wszyscy inni już wiedzieli, to przecież czuła, że jej życie się wali, bo jakaś makolągwa założyła parol na jej mężusia. A ta koleżanka to była desperatka, niby widziała, że coś jest nie tak – stąd ta opowieść o samochodzie bliźniaku, takim samym, z takimi samymi porysowaniami, ale jeszcze nie była na tyle silna, żeby spojrzeć prawdzie w oczy. Przecież wystarczyło popatrzeć na tablice rejestracyjne. Ale tego nie zrobiła, bo bała  się prawdy.  Prawda nie pozostawiłaby jej już żadnego złudzenia.

        A ja? Z bojaźni przed jej prawdą, uczestniczyłam w tym kłamstwie jej męża. I czego ja się bałam? Przecież takie zatajanie prawdy z mojej strony to było oszukiwania jej. Jak nic dałam się wciągnąć w gierkę jej byłego mężusia kanalii.

        Zadzwoniłam do niej. I wiecie co?  Nic już z tego nie pamiętała. Więc jak mi wybaczy to, że zataiłam istotną dla niej prawdę, jeśli tego nie pamięta? Miałam jeszcze zadzwonić do jej byłego (już) mężusia, tylko… Po co? Jego przewinienia to nie moje winy, i jego łajdactwa to jego życie. Po prostu nie chcę mieć nic wspólnego z takim kasztanem. A samochód bliźniak? No właśnie ożył na łamach tych wspomnień. Ku przestrodze, aby się nie dać wciągać w idiotyczne (a tym samym grzeszne) zaprzeczanie prawdzie.

MichalinkaToronto@gmail.com
Toronto, 17 czerwca, 2023