No, a jak wyglądają moje wigilie w Kanadzie? Zawsze, ale to zawsze mamy kolację wigilijną. Z tym, że to już nie ja wszystko przygotowuję. I to nie jest biblijnie przestrzegana wigilia. Jedna z moich córek jest wegetarianką, więc nie jada ryb. Jeden zięć przynosi ryby – i z tym różnie bywa. Kiedyś przyniósł owoce morza, a kiedyś dorsza zawijanego w liściach bananowca. Zazwyczaj jednak jest pstrąg, bo do ości i smaku karpia nikt się nie mógł przekonać. Obowiązkowo jest sianko pod obrusem (tego nie praktykowałam w Polsce), jest specjalne nakrycie dla zbłąkanego gościa. Każdą Wigilię rozpoczynamy od modlitwy i dzielenia się opłatkiem, z tym, że od czasu covidu, łamiemy się, ale już bez całowania – najwyżej ucho &ucho. Zaczynamy od zupy grzybowej – bo tak było w domu mojej teściowej. Moje dzieci nigdy nie poznały babci, więc chociaż tak się o niej pamięta. Mamy ziemniaki, pierogi z grzybami (bez kapusty), i pierogi z serem. Kiedyś robiłam makówki po śląsku, a potem kutię – ale nikt tych smakowitych potraw nie jadł, więc zaprzestałam. Jest makowiec, sernik i trifle (takie warstwowe kremowe ciasto w szklanej misie – specjalność mojej synowej). Jedzenia jest co roku za dużo. Ale nic nie wyrzucamy. Każdy zabiera co chce, a reszta idzie do mrożenia. No i ja potem z tym walczę i jem tak długo jak mogę.
Wymieniamy się małymi prezentami. W tym roku wszyscy dorośli dostali ode mnie nalewkę z polonijnej destylerni Polonee w Saint Catherine’s – bardzo byli zadowoleni. Ale staram się podkreślić, że ani Wigilia, ani Boże Narodzenie nie jest o przejedzeniu, ani o prezentach. Moje córki biorą wolne w wigilię, żeby wszystko bez pośpiechu przygotować. Najważniejsze, że wszyscy czekamy na ten wieczór i chcemy ze sobą być przed narodzinami Dzieciątka Jezus i nowej nadziei przynoszonej ze światłem wolniutko wydłużającego się dnia.
W tym roku po kolacji próbowałam nakłonić mojego kota, żeby się w końcu ujawnił i przemówił do mnie ludzkim głosem. Córka zapytała:
– A w jakim języku ten kot przemówi?
Zbaraniałam. Mnie nigdy takie pytanie szczegółowe nie przyszło do głowy. Więc próbujemy po polsku – nic, po angielsku – nic, po francusku – nic, po słowacku – też nic. Jeszcze ostatnia szansa – zaczęłam przemawiać do niego w jego języku miau miau i mru mru. A ten udawał, że wcale nie rozumie. W końcu miał dość tej błazenady swojej rodziny i sobie poszedł. Jeszcze tylko odwrócił się i popatrzył na mnie z wielkim niesmakiem. Ale śmiechu było co niemiara. Z psinką nawet nie próbowaliśmy, bo trafiła nam się taka wyjątkowo tępa. Ach i jeszcze jedno, co prawda jest reguła, że odstawiamy telefony komórkowe po przekroczeniu wigilijnego domu, ale… czasem ktoś sobie o tym na chwilę zapomni. Nie robię z tego wielkiego halo.
A znajomym na pytaniu ‘jaka była u mnie wigilia?’ odpowiadam zgodnie z prawdą: fantastyczna. Bez podawania szczegółów, bo to taka wigilia nie pod sznurek. Jak im ujawnię szczegóły to mnie zaczną pouczać, a to oczami wywracać, a to oceniać i roznosić głupie opowieści wśród znajomych, że mojej ‘niewigilii’. I po co mi to? Najważniejsze, że jesteśmy razem i że nam się chce ze sobą być. A to samo już jest zapowiedzią wszelkiej pomyślności w Nowym Roku.
MichalinkaToronto@gmail.com, Toronto, 26 grudnia, 2025


























































