Eau-Claire w stanie Wisconsin jest tak samo dobrym punktem obserwacyjnym, jak każdy inny – a może nawet jeszcze lepszym.
Miasto to liczy sobie 75 tys. mieszkańców i ma nawet uniwersytet, na którym muszą przecież być młodzi, wykształceni – ale najwyraźniej nie wszystkie nowości ze świata tu na czas docierają.
Oto na portalu „Onet” przeczytałem absolutnie pewną informację, iż Amerykanie mają już do tego stopnia dosyć prezydenta Trumpa, że nagminnie chwytają się kradzieży i samosądów. Oczywiście szalenie nas to zaniepokoiło, bo jak tu wyjść na ulicę, skoro zaraz można paść ofiarą jak nie kradzieży, to samosądu – ale cóż robić; nie można siedzieć w czterech ścianach, więc polecając się Opatrzności wyszliśmy w końcu z domu, zwłaszcza, że na ulicy nic się osobliwego nie działo.
Mimo wnikliwej obserwacji nie udało się zauważyć ani żadnej kradzieży, ani żadnego samosądu, Najwyraźniej na prowincję rozkazy muszą docierać z opóźnieniem. W takim Nowym Jorku, czy Waszyngtonie, to już pewnie od samego rana wszyscy okradają się nawzajem, a już od samosądów, to trup ściele się tak gęsto, że służby nie nadążają z uprzątaniem ulic – ale tutaj najwyraźniej rozkazy nie dotarły i obywatele jeszcze nie wiedzą, że mają dosyć prezydenta Trumpa, w związku z czym powinni poświęcić się kradzieżom i samosądom i zachowują się po staremu.
Okazuje się, że prowincja ma swoje plusy dodatnie, chociaż ze względu na uniwersytet nieubłagany postęp dojdzie w końcu i tutaj, a mieszkańcy, pewnie trochę zawstydzeni opóźnieniem, ze zdwojoną energią rzucą się w otchłań złodziejstwa i samosądów. Tak musi być, a skoro musi, to i będzie – bo przecież niemożliwe, by na portalu „Onet” ukazywały się jakieś fałszywe pogłoski, czy konfabulacje. Ani Donald Tusk, ani obywatel Żurek Waldemar w żadnym razie by na coś takiego nie pozwolili, więc w tej sytuacji nie ma rady – musimy wszystko zwalić na prowincjonalne safandulstwo.
Tymczasem już 10 października okazało się, że prezydent Trump zabronił prezydentowi Zełeńskiemu atakowania ruskich rafinerii. Prezydent Zełeński wprawdzie stawia warunek, żeby Putin nie atakował ukraińskiej infrastruktury energetycznej, ale przecież ukraińskiej infrastruktury energetycznej nikt nie zamierza kupować, więc można ją niszczyć, ile tylko dusza zapragnie, podczas gdy z ruskimi rafineriami jest całkiem inna sprawa.
Amerykanie nie będą przecież kupowali złomowisk i zgliszcz, więc w tej sytuacji zakaz atakowania ruskich rafinerii, wydany przez prezydenta Trumpa prezydentowi Zełeńskiemu, jest całkowicie zrozumiały.
Dzięki dotychczasowym atakom cena wywoławcza rafinerii spadła – no i wystarczy. Teraz – już jako amerykańskie – będą one przerabiały rosyjską ropę – bo nie słychać, by rosyjskie pokłady ropy naftowej też miały być sprzedane – i jestem pewien, że żadna Schwein nawet się nie zająknie o jakichś sankcjach. Co najwyżej Książę-Małżonek zrobi jakąś groźną minę – ale to nie wpłynie na światową gospodarkę, która ruszy z kopyta, jeśli tylko wojnę na Ukrainie uda się utrzymać pod kontrolą.
Jak pamiętamy, to właśnie było przedmiotem największej troski jeszcze dawnego sekretarza generalnego NATO, więc nic dziwnego, że i nowy sekretarz też trzyma się tej linii. Inna sprawa, że dopóki wojna – niechby i pod kontrolą – nadal trwa, to trzeba jakoś podkręcać animusz wojenny.
W przypadku ukraińskich oligarchów sprawa jest prosta: Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje przekaże im kolejną transzę forsy, którą członkowskie bantustany będą potem spłacały i wszystko jest gites-tenteges. Natomiast animusz wojenny innych trzeba umiejętnie podsycać doniesieniami o prowokacjach, w których Putin coraz bardziej się doskonali, budzić ich w nocy syrenami, aż w końcu się do wojny przyzwyczają, a wiadomo, ze przyzwyczajenie jest drugą naturą.
Zresztą w naszym i tak przecież wystarczająco nieszczęśliwym kraju mamy od lat coś w rodzaju pełzającego stanu wojennego. Oto bolesną raną jątrzy się sprawa ślubowania pana Macieja Berka, którego Sejm wybrał na kandydata na sędziego Trybunału Konstytucyjnego, a pan prezydent Nawrocki uporczywie nie odbiera odeń wspomnianego ślubowania. Wprost trudno sobie wyobrazić jakie katusze pan Berek z tego powodu musi przeżywać tym bardziej, że jedno źródło dochodów już mu się skończyło, a drugie – nie chce się zacząć. Sprawa zresztą jest bardziej skomplikowana, bo pan minister Domański od finansów, specjalnie nie ujął Trybunału Konstytucyjnego w projekcie ustawy budżetowej, wskutek czego pieniędzy nie dostają nie tylko sędziowie-dublerzy, ale również – ci praworządni. Ale nie ma rady; dopóki na czele Trybunału stoi pan Bogdan Święczkowski, to obywatel Tusk Donald pozostanie nieugięty i nie odda ani guzika.
Ta konfliktowa atmosfera udziela się wszystkim dookoła. Oto Wielce Czcigodny poseł Berkowicz odniósł się nieżyczliwie do pan red. Justyny Dobrosz-Oracz, w obronie której stanęła na nieubłaganym gruncie resortowa „Stokrotka”, czyli pan red. Monika Olejnik, wytaczając Wielce Czcigodnemu posłowi Berkowiczowi proces przed niezawisłym sądem. Co z tego wyniknie – trudno zgadnąć – bo skoro niezawisły sędzia wydał panu Romanowskiemu „list żelazny”, to trzeba się liczyć z niespodziankami. Doszło do tego, że obywatel Żurek Waldemar żali się na to postanowienie niezawisłego sądu do innego niezawisłego sądu. Takie to są zabawy i spory tej jesieni.
Tymczasem okazało się, że młodzież szkolna wymyśliła sobie nową zabawę w postaci zawodów nożowniczych. Podobno się zakładają, kto kogo zadźga i nawet pojawiają się już pierwsze ofiary. O ile jednak w przypadku nożownika ukraińskiego, co to poszlachtował w Jarosławiu kilku przewielebnych księży, natychmiast podniosły się głosy, by mu „przebaczyć” – o tyle w przypadku nożowniczych zawodów o żadnym przebaczaniu nie ma mowy.
Przeciwnie – zarówno pani Nowacka Barbara, jak i pulchna pani Lubnauer, które z ramienia vaginetu zajmują się edukacją, srogie głoszą kary, a na początek wprowadzają cenzurowanie mediów społecznościowych.
Wiadomo, że socjalizm bez cenzury długo wytrzymać nie może, więc każdy pretekst dobry. A tu jeszcze, jak grom z jasnego nieba gruchnęła wiadomość, iż pewien jegomość planował zamach na samego obywatela Tuska Donalda i Władysława Kosiniaka-Kamysza. Czy to padgatowka do wprowadzenia stanu wojennego, o której słyszałem przed wylotem do Ameryki – tego dokładnie nie wiemy, bo do Eau-Claire w stanie Wisconsin nie tylko rozkazy, ale i wiadomości docierają jakby z opóźnieniem.
Stanisław Michalkiewicz


































































