Organizacje pozarządowe, fundacje, instytucje państwowe i wielkie platformy internetowe uczestniczą dziś w systemie monitorowania treści publikowanych w sieci. W Niemczech udokumentowano istnienie rozbudowanej infrastruktury zajmującej się kontrolą przekazu internetowego. Czy podobne mechanizmy mogą wpływać na polską debatę publiczną, a nawet ograniczać materiały krytyczne wobec niemieckich interesów gospodarczych? To pytania, które wymagają poważnego zbadania — bez zastępowania dowodów domysłami.

Internet nie jest już przestrzenią niezależną

Przez lata YouTube i inne platformy społecznościowe przedstawiano jako alternatywę dla tradycyjnych mediów. Każdy mógł opublikować film, dotrzeć do odbiorców i podjąć temat pomijany przez największe redakcje. Z czasem jednak platformy rozwinęły rozbudowane systemy moderacji, automatycznego wykrywania treści oraz ograniczania ich widoczności.

W rezultacie o zasięgu materiału nie decyduje już wyłącznie zainteresowanie odbiorców. Znaczenie mają również zasady platformy, automatyczne systemy rekomendacji, kwalifikacja treści do monetyzacji oraz decyzje podejmowane po zgłoszeniach użytkowników i organizacji zewnętrznych.

W tym kontekście warto przyjrzeć się niemieckiemu systemowi przeciwdziałania nielegalnym treściom i dezinformacji. Nie chodzi o przesądzanie, że system ten służy cenzurowaniu polskiej debaty, lecz o ustalenie, kto uczestniczy w jego funkcjonowaniu, jakie ma uprawnienia i czy istnieją wystarczające zabezpieczenia przed nadużyciami.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Niemiecka sieć organizacji pod lupą

W listopadzie 2025 r. organizacja liber-net przedstawiła raport The Censorship Network: Regulation and Repression in Germany Today. Towarzysząca mu baza danych obejmuje ponad 330 organizacji i programów związanych z kontrolą treści internetowych w Niemczech. Zidentyfikowano również ponad 400 grantów finansujących działania z tego obszaru.

W zestawieniu uwzględniono organizacje pozarządowe, fundacje, ośrodki akademickie, firmy oraz instytucje państwowe. Wśród analizowanych przedsięwzięć znajdują się projekty weryfikowania informacji, przeciwdziałania mowie nienawiści, monitorowania treści i edukacji medialnej.

Raport stanowi punkt wyjścia do dalszego badania powiązań finansowych i instytucjonalnych.

Zaufani zgłaszający i mechanizm DSA

Ważnym elementem europejskiego systemu regulacji internetu jest akt o usługach cyfrowych, czyli Digital Services Act (DSA).

Przewiduje on status tzw. zaufanych podmiotów zgłaszających — organizacji posiadających specjalistyczną wiedzę w rozpoznawaniu określonych kategorii nielegalnych treści. Ich zgłoszenia platformy internetowe mają rozpatrywać priorytetowo.

W Niemczech funkcję koordynatora usług cyfrowych pełni Bundesnetzagentur, która publikuje informacje o certyfikowanych podmiotach. Mechanizm ten jest oficjalny i udokumentowany.

Należy jednak odróżnić priorytetowe rozpatrywanie zgłoszenia od prawa do samodzielnego usunięcia materiału. Zgodnie z wyjaśnieniami Komisji Europejskiej ostateczna odpowiedzialność za decyzję spoczywa na platformie. Status zaufanego zgłaszającego nie daje też ogólnego uprawnienia do usuwania wypowiedzi wyłącznie dlatego, że są politycznie kontrowersyjne.

Nie rozstrzyga to wszystkich wątpliwości. Pozostają pytania o sposób interpretowania przepisów, możliwość kwestionowania decyzji, przejrzystość współpracy między platformami i organizacjami oraz ryzyko nadmiernego ograniczania legalnych wypowiedzi.

Czy niemieckie interesy gospodarcze mogą mieć znaczenie?

To najpoważniejszy element rozpowszechnianego zarzutu. Według niego szczególnie ograniczane miałyby być polskojęzyczne materiały godzące w interesy gospodarcze Niemiec w Polsce.

Takie twierdzenie można zweryfikować, ale potrzebne są konkretne dane: przykłady filmów, daty publikacji, informacje o ograniczeniu zasięgu lub usunięciu, uzasadnienia decyzji oraz możliwe do wykazania powiązania pomiędzy decyzjami moderacyjnymi a interesami gospodarczymi.

Przydatne byłyby również dane porównawcze. Czy materiały krytyczne wobec niemieckich przedsiębiorstw są traktowane inaczej niż podobne filmy dotyczące firm z innych państw? Czy ograniczenia dotyczą konkretnych tematów, czy raczej określonych naruszeń regulaminu? Czy istnieje dokumentacja wskazująca, że ktoś wywierał nacisk na platformę?

Bez takiej analizy nie można uczciwie stwierdzić, że niemieckie organizacje prowadzą skoordynowaną operację cenzurowania polskiej debaty gospodarczej.

Nie należy jednak rezygnować z badania tej kwestii tylko dlatego, że jest politycznie drażliwa. Przejrzystość decyzji moderacyjnych leży w interesie zarówno osób publikujących materiały krytyczne, jak i odbiorców, którzy chcą samodzielnie oceniać informacje.

Najważniejsze pytanie: kto kontroluje kontrolujących?

Wolność słowa nie oznacza, że każda publikacja musi być promowana przez prywatną platformę. Nie oznacza również zwolnienia z odpowiedzialności za bezprawne treści. Oznacza jednak, że ograniczenia wypowiedzi powinny mieć jasno określone podstawy, być proporcjonalne i podlegać skutecznej kontroli.

Problem pojawia się wtedy, gdy decyzje o widoczności materiałów podejmowane są przez nieprzejrzyste algorytmy, a użytkownik nie otrzymuje zrozumiałego uzasadnienia ani realnej możliwości odwołania. W takim systemie nawet bez formalnego zakazu publikacji może dochodzić do ograniczenia zasięgu legalnych wypowiedzi.

Szczególnej uwagi wymagają sytuacje, w których podmioty prywatne, organizacje pozarządowe i instytucje publiczne współpracują przy identyfikowaniu treści. Niezależnie od deklarowanych celów takiej współpracy należy pytać o źródła finansowania, kryteria zgłoszeń, zakres odpowiedzialności oraz możliwość ujawnienia błędów i konfliktów interesów.

Polska debata potrzebuje przejrzystości, nie domysłów

Jeśli istnieją dowody, że konkretne materiały dotyczące polsko-niemieckich stosunków gospodarczych są ograniczane wskutek skoordynowanych działań zewnętrznych podmiotów, powinny zostać przedstawione opinii publicznej. Warto zbadać dokumentację platform, rejestry finansowania organizacji, oficjalne raporty oraz przypadki ograniczeń, które można niezależnie zweryfikować.

Jeżeli jednak jedynym argumentem jest fakt, że w Niemczech działają organizacje zajmujące się monitorowaniem treści, nie wystarcza to do przypisania im działalności na rzecz BND ani do stwierdzenia, że chronią niemieckie interesy gospodarcze kosztem polskiej debaty.

Ostatecznie nie chodzi wyłącznie o Niemcy czy YouTube. Chodzi o podstawową zasadę demokratycznego społeczeństwa: obywatele powinni mieć możliwość poznawania różnych stanowisk, krytykowania przedsiębiorstw i instytucji oraz kwestionowania oficjalnej polityki bez arbitralnego ograniczania ich wypowiedzi.

Dlatego należy domagać się większej przejrzystości algorytmów, jawności zasad moderacji i skutecznych procedur odwoławczych. Jednocześnie zarzuty dotyczące konkretnych organizacji i służb specjalnych muszą być poparte dowodami.

za chat GPT