Gibral­tar!

        Mau­ro­wie przy­by­li tu na począt­ku ósme­go wie­ku — za cza­sów nasze­go krusz­wic­kie­go kró­la Popie­la — tego, któ­re­go potem zja­dły myszy. Może zresz­tą Popie­la nie było jesz­cze na świe­cie — kto tam wie? Mogło go zresz­tą nie być — nie to jest waż­ne — waż­ne jest to, że już w tych zamierz­chłych cza­sach Ska­ła Gibral­tar­ska trwa­ła na stra­ży Cie­śni­ny. Z bie­giem cza­su róż­ne woj­ny, oblę­że­nia, wyczer­pa­nia żyw­no­ści i poża­ry zmu­si­ły miesz­kań­ców do prze­ora­nia jej tune­la­mi i sekret­ny­mi przej­ścia­mi, ale ona sama trwała!

        Idąc wokół niej widzi się co jakiś czas okna-strzel­ni­ce, kamien­ne scho­dy pro­wa­dzą­ce w głąb, reszt­ki daw­nych for­ty­fi­ka­cji i nie­zna­nych przejść a wszyst­ko to ople­cio­ne ścież­ka­mi, po któ­rych mogą się wspi­nać ci, któ­rzy na szczyt Ska­ły chcą wejść o wła­snych siłach. Jest też i lino­wa kolej­ka, ale my posta­no­wi­li­śmy wziąć byka za rogi i ruszyć piechotą.

        W mia­rę mozol­ne­go wcho­dze­nia wid­no­krąg powięk­szał się i zmie­niał, bo dro­ga peł­na była zakrę­tów. Przy­sta­wa­li­śmy co jakiś czas dla nabra­nia odde­chu i wyrów­na­nia bicia ser­ca i patrzy­li­śmy w dół. Na zacho­dzie po dru­giej stro­nie Zato­ki Gibral­tar­skiej widać było Alge­ci­ras, a bli­żej nas port i sto­ją­ce na redzie stat­ki. W paru miej­scach moż­na było nawet zoba­czyć połu­dnio­wy cypel wraz z wiel­kim mecze­tem — darem sau­dyj­skie­go kró­la a jesz­cze dalej — nad samym brze­giem pomnik upa­mięt­nia­ją­cy kata­stro­fę samo­lo­tu, w któ­rej zgi­nął gene­rał Sikor­ski. Jak się póź­niej dowie­dzia­łem dopie­ro czte­ry lata wcze­śniej pomnik prze­nie­sio­no z mało dostęp­ne­go miej­sca wła­śnie tu — na pięk­nie wyeksponowane!

REKLAMA

        To jest jed­no z tych miejsc gdzie chy­ba każ­dy Polak czu­je się bar­dziej Pola­kiem! Tak jak na Mon­te Cas­si­no, w Narwi­ku, albo w Savan­nah! To są miej­sca gdzie Pola­ko­wi mimo woli łzy napły­wa­ją do oczu. I to jest dobre! Czło­wiek czu­je się lep­szym i bar­dziej zwią­za­nym z prze­szło­ścią i swo­ją Ojczy­zną. Róż­ne oko­licz­no­ści wywo­łu­ją takie uczu­cia. Histo­rycz­ne pomni­ki wyci­ska­ją nam łzy i czy­nią dum­ny­mi , ale na innych dzia­ła coś innego.

        Otóż byłem kie­dyś świad­kiem prze­jaz­du kawal­ka­dy moto­cy­kli­stów. To było w Sta­nach. Byłem prze­jaz­dem z Onta­rio do Nowe­go Brunsz­wi­ku. Jecha­łem przez Maine. Aku­rat ta dro­ga — cho­ciaż wyglą­da na bliż­szą — jest pokrę­co­na i długa. 

        W jed­nym z mia­ste­czek trwał prze­jazd ogrom­nej gru­py moto­cy­kli­stów. W Maine nie obo­wią­zu­je nosze­nie kasków, więc wszy­scy moto­cy­kli­ści — naj­czę­ściej star­si męż­czyź­ni w skó­rza­nych kami­zel­kach jecha­li z roz­wia­ny­mi siwy­mi wło­sa­mi i bro­da­mi. Huk cięż­kich moto­rów i widok kamien­nych twa­rzy wyta­tu­owa­nych moto­cy­kli­stów miał w sobie coś potęż­ne­go. Coś co nastra­ja­ło do czy­nu, do dumy, do ofia­ry i bez­gra­nicz­nej lojal­no­ści. Sta­łem koło star­szej kobie­ty, któ­ra uję­ła to tak:

        ‑Wiesz, jak widzę tych chłop­ców (!) to czu­ję się jakoś bar­dziej patrio­tycz­nie! To nasi chłopcy!

        I nasz Kraj!

        Mnie się wyda­je, że każ­dy Polak gdy stoi przy histo­rycz­nych pomni­kach naszych boha­te­rów jest wła­śnie w podob­ny spo­sób dum­ny i wzruszony!

        Wcho­dzi­li­śmy wyżej i wyżej i co jakiś czas wyprze­dza­ły nas grup­ki bry­tyj­skich żoł­nie­rzy ze sta­cjo­nu­ją­ce­go tu Kró­lew­skie­go Puł­ku Gibral­tar­skie­go. Pułk ma do pomo­cy parę okrę­tów Roy­al Navy i nawet parę samo­lo­tów RAF, ale bez prze­sa­dy, bez prze­sa­dy — nikt tu niko­go nie będzie ata­ko­wał ani się nawet do ata­ku przy­mie­rzał. Gibral­tar­czy­cy nie chcą zmie­niać monar­chy. Chcą pozo­stać bry­tyj­scy. Ci żoł­nie­rze idą­cy ostrym kro­kiem na szczyt Ska­ły byli w peł­nym rynsz­tun­ku z bro­nią, ple­ca­ka­mi i mnó­stwem dodat­ko­we­go sprzę­tu. Zgrza­ni jak myszy, wyży­ło­wa­ni i wymę­cze­ni, ale cią­gną­cy w górę jak dobrze naoli­wio­na maszyna.

        Kry­sia zaraz zaczę­ła ich żało­wać, że tacy bied­ni i dla­cze­go nie przy­sta­ną i nie zro­bią sobie dłuż­szej prze­rwy i gdy­by nasi chłop­cy też tak musie­li i temu podob­ne … ale o tym nie było mowy bo naj­wi­docz­niej Kró­lew­ski Pułk wie­dział co robi i miał wobec swo­ich żoł­nie­rzy tro­chę inne pla­ny niż moja Krysia.

        Zresz­tą żale mojej żony szyb­ko prze­szły w zachwy­ty bo zoba­czy­li­śmy mał­py! Mał­py Gibral­ta­ru! Na mojej “buc­ket list” przy punk­cie Gibral­tar był taki malut­ki podpunkcik:

“Zoba­czyć małpy!”

        Wszyst­kie opi­sy Gibral­ta­ru powta­rza­ją legen­dę, że z chwi­lą gdy z Gibral­ta­ru znik­ną mał­py upad­nie Bry­tyj­skie Impe­rium! Zaraz potem doda­ją, że w cza­sie woj­ny Chur­chill pole­cił mał­py szcze­gól­nej opie­ce mili­tar­nej a nawet kazał dowieźć dodat­ko­wą ich ilość z Afryki.

        Mał­py są malow­ni­cze. Sie­dzą na barier­kach i drze­wach, prze­wa­la­ją się na ska­łach i nie boją ludzi. Są u sie­bie i są od począt­ku — od tych zamierz­chłych cza­sów, gdy Mau­ro­wie przy­by­li na pół­wy­sep. Może były i wcześniej?

        Zaj­mu­ją mniej wię­cej takie miej­sce jak kro­wy w daw­nym Bom­ba­ju. Cho­dzą gdzie chcą pew­ne swo­jej nie­ty­kal­no­ści i ważności.

Przy mał­pach zatrzy­mu­ją się auto­bu­sy z wyciecz­ka­mi i to psu­je tro­chę atmos­fe­rę bo jest gło­śno i tro­chę za nowo­cze­śnie, ale mał­py przy­mu­ją to z kapi­tal­nym spokojem.

        Rów­nie spo­koj­ny a nawet fleg­ma­tycz­ny był Anglik, któ­re­go spo­tka­li­śmy w dal­szej dro­dze na szczyt. Bie­gał. Cały mokry, kapią­cy potem i w rze­czy samej obrzy­dli­wie nie­świe­ży zatrzy­mał się na chwi­lę żeby odpo­cząć i poga­dać. Miesz­kał na Gibral­ta­rze od kil­ku­na­stu lat i codzien­nie bie­gał po Ska­le. Parę razy! Był koło sie­dem­dzie­siąt­ki i oka­zał się fan­ta­stycz­nym źró­dłem infor­ma­cji o Bry­tyj­skim Impe­rium. Gibral­tar był jego ostat­nią “pla­ców­ką”. Wcze­śniej miesz­kał w Sin­ga­pu­rze, Hong Kon­gu, Kaj­ma­nach, Ber­mu­dach, w Bet­su­anie a nawet na Wyspach Cooke’a.

        Był świet­nie zorien­to­wa­ny w poli­tycz­nych niu­an­sach Wspól­no­ty, znał warun­ki i widać było, że prze­żył nie­jed­no. O Gibral­ta­rze wie­dział pra­wie wszyst­ko i po dłuż­szej roz­mo­wie roz­sta­li­śmy się z nim z ogrom­nym żalem. Egzo­tycz­ne miej­sca, poczu­cie, że wszę­dzie jest się u sie­bie a do tego wia­ra w potę­gę wła­sne­go kra­ju to było coś dobre­go i oczekiwanego.

        Chy­ba każ­dy tak by to ode­brał. A oprócz tego tchnę­ło sta­rą whi­sky pitą w jakimś miłym, pokry­tym boaze­rią salo­nie klu­bo­wym… Tchnę­ło tygry­sią skó­rą nad wiel­kim komin­kiem, zapa­chem cygar, wiel­kim por­tre­tem kró­lo­wej Wik­to­rii i laska­mi ze srebr­ny­mi gał­ka­mi. Tchnę­ło sta­rą, wik­to­riań­ską, impe­rial­ną Anglią.

        Przy­po­mnia­ły mi się sło­wa bry­tyj­skie­go ofi­ce­ra z “Pusty­ni i w pusz­czy” Sien­kie­wi­cza. Ten frag­ment byl typo­wy i dobrze odzwier­cie­dlał to co sły­sze­li­śmy od tego Angli­ka. Brzmiał tak:

        “-To też zaczę­ły się już bun­ty i rze­zie — odpo­wie­dział kapi­tan — i cała ta budo­wa, któ­rą wzniósł Mah­di musi runąć!

        A co potem nastąpi?

        Potem nastą­pi Anglia! — rzekł kapitan”.

        Będąc w Gibral­ta­rze czu­je się tę Anglię! Impe­rial­ną Anglię! I czu­je się, że dla jego miesz­kań­ców to jest ważne.

        Gibral­tar ma swo­ją odso­lo­ną z mor­skiej wodę, ma swo­je śmie­cio­wi­sko, cmen­tarz i kre­ma­to­rium. Ma swój port i zaopa­trze­nie, bo Hisz­pa­nia nie poma­ga. Hisz­pa­nia chce raczej żeby na szczy­cie Ska­ły powie­wa­ła — hisz­pań­ska fla­ga — fla­ga Fili­pa VI!

        Wej­ście na szczyt Ska­ły to dopie­ro począ­tek, bo sama sło­dycz Gibral­ta­ru nie tkwi we wspi­nacz­ce ale w feno­me­nal­nym wido­ku. Od połu­dnio­wej stro­ny w pogod­ne dni widać Ceu­tę na afry­kań­skim wybrze­żu i natu­ral­nie całą Cie­śni­nę a od pół­noc­nej pasy star­to­we lot­ni­ska, któ­re idą w poprzek dro­gi, Devil’s Tower Road, kosza­ry i hisz­pań­skie mia­stecz­ko La Linea de la Con­cep­cion. Byli­śmy już tro­chę zmę­czen i głod­ni. Na masce nasze­go auta przy­siadł bia­ły gołąb. Chy­ba cho­ry, bo nie chciał odle
cieć. Jechał więc razem z nami aż do miłej, wło­skiej restau­ra­cji gdzie zatrzy­ma­li­śmy się — jak to się mówi — na tro­chę. ciąg dal­szy za tydzień