Król z przed­sta­wie­nia teatral­ne­go według Bajo­wych Baje­czek Marii Kow­nac­kiej, poko­lo­ro­wa­ny przez któ­reś z dzie­ci Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Babci.

Tryb życia bar­dzo ure­gu­lo­wa­ny pozwa­lał na spa­ce­ry z dzieć­mi, grę w siat­ków­kę i gim­na­sty­kę pod okiem facho­wych instruk­to­rów o godz. 6 rano. Mia­łam czas i dla dzie­ci i dla sie­bie i na pra­cę spo­łecz­ną. Ale o tym póź­niej. Kie­dyś, idąc na spa­cer, dzie­ci zoba­czy­ły wiel­kie­go bał­wa­na ze śnie­gu, ogrom­ne­go. Sta­nę­ły zdu­mio­ne i któ­reś mówi: Ale bał­wan, więk­szy niż mamu­sia, a Jachur doda­je cicho: Dobrze, że nie taki, jak tatuś.

Dzie­ci cho­wa­ły się wśród pięk­nej przy­ro­dy, las był tak bli­sko, że na pod­wie­czo­rek każ­de przy­bie­ga­ło z garst­ką rydzów zebra­nych osobiście.
Sana­to­rium oto­czo­ne było par­kiem, ład­nie utrzy­ma­nym. Rów­nież tutaj rosły wie­lo­ra­kie grzy­by, któ­re pew­ne­go dnia Piotr ze swo­im towa­rzy­szem zabaw, Zbysz­kiem, prze­ma­lo­wa­li na róż­ne kolory.
Dzie­ci po przy­ja­ciel­sku inte­re­so­wa­ły się zwie­rzę­ta­mi, przy sana­to­rium było gospo­dar­stwo. Kie­dyś jed­na mówi do dru­giej) Sły­szysz, jak ta duża świ­nia kwi­czy? Pew­nie, prze­cież ją na wagę cią­gną za uszy, a małych świ­nek nie cią­gną, więc nie pisz­czą. No tak dru­ga ode­tchnę­ła z ulgą: Naszej mamy nikt nie cią­gnie za uszy.
Jakie wspa­nia­łe porównianie.
Kie­dyś Pie­trek zoba­czył trzy pta­ki, każ­dy inne­go gatun­ku i róż­nej wiel­ko­ści i zaraz ziden­ty­fi­ko­wał je jako rodzi­nę, bo tatuś musiał być naj­więk­szy, mamu­sia śred­nia, a dziec­ko małe. To znów Jola przy­nio­sła pió­ro kurze i obda­rzy­ła mnie nim ze sło­wa­mi: Zasadź mamu­siu, a wyro­śnie Ci kura.

Przy­zwy­cza­jo­ne do insce­ni­za­cji, nawet momen­ty z życia P. Jezu­sa przy­swa­ja­ły sobie przez odgry­wa­nie. Kie­dyś wcho­dzę do poko­ju, a na łóż­kach spię­trzo­na pościel, po któ­rej Kryś­ka wspi­na się do góry. Mówi­łam, że nie wol­no tłam­sić poście­li! Krzyk­nę­łam groź­nie, na to odpo­wiedź: Cicho. Dopie­ro zmar­twych­wsta­ła, a teraz wstę­pu­je do nie­ba. Musia­łam się wycofać.

Albo Piotr, kie­dy pierw­szy raz usły­szał o śmier­ci Pana Jezu­sa. Zro­bi­ło to na nim wiel­kie wra­że­nie. Sko­ro tyl­ko ojciec wszedł, Pan Jezus umarł u nas w sto­ło­wym, gło­śno ojcu oznaj­mił, bo krzyż wisiał w sto­ło­wym ale, powia­da, jak mu gwózd­ki powyj­mu­ją, będzie cał­kiem zdrów. Potem, gdy zoba­czył dru­gi Krzyż (dotych­czas go nie inte­re­so­wa­ły, bo nic o nich nie widział) poka­zu­je ojcu ze sło­wa­mi i tego też zakrzy­żo­wa­li, ale jak w Wiel­ka­noc usły­szał w kapli­cy śpiew Alle­lu­ja z rado­ścią trą­cił ojca, u któ­re­go sie­dział na kola­nach i mówi: I ten i tam­ten, wszyst­kie już zdrowe.
Kie­dyś, mimo ogro­dze­nia, Piotr z Jan­kiem Kra­mar­skim potra­fi­li wyrwać się do lasu z wóz­ka­mi dla lalek, a że to pota­jem­nie, było wiel­kie szu­ka­nie. W lesie wśród zaro­śli ukry­te były stud­nie zdro­jo­we bez pokryw, mogli w nie wpaść i nigdy nie zna­leź­li­by­śmy dzie­ci. Wido­ma to była opie­ka ich Anio­łów Stróżów.
Moi bra­cia przy­jeż­dża­li z dzieć­mi w każ­de waka­cje i tak więź rodzin­na trwa­ła nie­prze­rwa­nie, a ja sobie zawsze bar­dzo to ceni­łam, bo nam z tak dużą rodzi­ną trud­no było skła­dać wizy­ty w Krakowie.

Po zakoń­cze­niu woj­ny trze­ba było wskrze­szać sta­re zwy­cza­je, żeby dzie­ci kie­dyś mia­ły co wspo­mi­nać. Uro­czy­sty wie­czór św. Miko­ła­ja odbył się chy­ba w r. 1946. Dopie­ro zaczy­na­łam moje reży­se­ro­wa­nie i nie mia­łam prak­ty­ki. W głów­nej roli św. Miko­ła­ja obsa­dzi­łam sta­re­go ogrod­ni­ka, któ­ry w nało­żo­nej masce źle się czuł z powo­du tra­pią­cej go ast­my, ale impre­za się uda­ła, bo dzie­ci były małe i nie zna­ły się na rze­czy, a doro­śli nie kry­ty­ko­wa­li, zado­wo­le­ni, że dzie­je się coś inne­go, cze­go od lat nie było. W następ­nych latach etat św. Miko­ła­ja objął Zenek Wiciń­ski, a że był bar­dzo dow­cip­ny i znał całą zało­gę sana­to­rium, uwa­gi jego sta­no­wi­ły dosko­na­łą zaba­wę dla słu­cha­ją­cych, o któ­rych spraw­kach wszyst­ko wie­dział. Zwy­kle z moją asy­stent­ką Bar­ba­rą dobie­ra­ły­śmy mu jakiś orszak. Kie­dyś porucz­ni­ka Zysa, któ­ry odzna­czał się wiel­ką uro­dą (że aż kobie­ta na tar­gu wyra­zi­ła zachwyt i przy­jem­ność patrze­nia na nie­go) prze­bra­ła Bar­ba­ra w ślub­ną suk­nię jego żony jako anio­ła. Rze­czy­wi­ście był pięk­ny. Mały Jerzyk stwier­dził do Joli, że anioł jest podob­ny do por. Zysa, za co został przez nią zgro­mio­ny: To grzech tak mówić. Jola bar­dzo poważ­nie pod­cho­dzi­ła do spraw zacho­wa­nia się. Jed­na z pań, któ­rą ocza­mi przy­wo­ły­wa­ła do spo­ko­ju, bo uśmie­cha­ła się do niej w koście­le, obda­rzy­ła ją potem cukier­ka­mi za jej posta­wę. Ale wra­caj­my do opi­sy­wa­nej impre­zy. Takie­go dia­bła, jakie­go zapre­zen­to­wał jeden z żoł­nie­rzy nie widzia­łam nigdy nawet w praw­dzi­wym teatrze. Ubrał się tyl­ko w sli­py, a całe cia­ło wysma­ro­wał smal­cem mie­sza­nym z pastą do butów, na ple­cach i na pier­siach poprzy­kle­jał do niej kęp­ki kła­ków ze sta­re­go kożu­cha, a na gło­wie w buj­nej fry­zu­rze umie­ścił małe rogi. Efekt był nie­sa­mo­wi­ty i wzro­ko­wy i węcho­wy i słu­cho­wy, bo każ­dy z mimo­wol­nym okrzy­kiem usu­wał się od tego smo­tru­cha. Nim przy­cho­dzi­ło do roz­da­wa­nia pre­zen­tów dla dzie­ci, żoł­nie­rzy, sióstr, poko­jó­wek i kadry dowo­dzą­cej, odby­wał się jakiś pro­gram sce­nicz­ny w wyko­na­niu dzie­ci np. taniec Śnie­gu­li­nek i bał­wa­na, nadej­ście kró­lo­wej zimy i kró­le­wi­cza mro­za, a potem tra­dy­cyj­nie pio­sen­ka o św. Miko­ła­ju, któ­rej Ewa i Mary­na nauczy­ły się w ochron­ce w Sol­cu, kie­dy w cza­sie jase­łek gra­ły role anio­łów. Ubra­ne były wte­dy prze­ślicz­nie, nie jak na wojen­ną porę i zro­bi­ły wiel­kie wra­że­nie na dzie­ciach, któ­re tak mało mogły wte­dy widzieć. Ewa była różo­wym anio­łem, Mary­na żół­tym, Baś­ka bia­łym, Duda lilio­wym. Pio­sen­kę tę śpie­wa­no zawsze w naszym domu dopó­ki dzie­ci były małe i przy­cho­dził do nich św. Miko­łaj, a potem dla wnuków:

Pada, pada śnie­żek biały,
pada tu i tam.
Idzie, idzie dzia­duś stary,
zbli­ża się do bram.

Pod cię­ża­rem wor­ka gnie się,
ale stą­pa rad.
Stę­ka, ale worek nie­sie i puka do chat.

To Miko­łaj idzie święty,
co go zesłał Bóg.
Prze­mę­czo­ny i zmarznięty
do drzwi naszych puk, puk, puk…

Z cza­sem, jak popsu­ły się nastro­je w kra­ju, św. Miko­łaj nie przy­cho­dził do wiel­kiej repre­zen­ta­cyj­nej sali sana­to­rium, aby wszyst­kich ucie­szyć swy­mi wido­kiem, zaczął dzia­łać nie­co kon­spi­ra­cyj­nie. Dzie­ci zna­jo­mych przy­cho­dzi­ły w ten wie­czór bawić się do naszych dzie­ci, a św. Miko­łaj zja­wiał się o ozna­czo­nej porze, prze­cho­dząc z łazien­ki do sto­ło­we­go poko­ju. Z cza­sem poprze­stał na pod­rzu­ca­niu wora pod drzwi na zewnętrz­nym bal­ko­nie. Dzie­ci nie chcia­ły z nie­go zre­zy­gno­wać, nawet gdy doro­sły i zosta­ły wta­jem­ni­czo­ne. A potem zno­wu zaczął przy­cho­dzić do wnu­ków, w pięk­nym stro­ju, ze srebr­ny­mi wło­sa­mi i z tajem­ni­czą księ­gą złe­go i dobre­go, któ­ra prze­trwa­ła złe cza­sy i nie zagi­nę­ła nawet w zawie­ru­sze wojen­nej i dotąd stoi u dzia­dzia w biblio­tecz­ce. Jest to inku­na­buł z 1799 r., księ­ga lekar­ska, któ­rą Jachur dostał od wuj­cia Józia w dniu ślu­bu, pamię­ta­ją­ca cza­sy Pol­ski przedrozbiorowej.

Poza tym uro­czy­ście obcho­dzi­li­śmy imie­ni­ny komen­dan­ta sana­to­rium, Kazi­mie­rza. Kie­dyś zain­sce­ni­zo­wa­łam „Raz ter­mo­metr zacho­ro­wał”. Ewa była ter­mo­me­trem, Mary­na aspi­ry­ną, a Jola bań­ką, Kryś­ka jesz­cze nie osię­gnę­ła wie­ku sce­nicz­ne­go. Temat medycz­ny, komen­dant był leka­rzem. Jola otu­lo­na cała w celo­fan świet­nie imi­to­wa­ła bań­kę, ale mało się nie udu­si­ła. Już pra­wie zsi­nia­ła, kie­dy prze­ra­żo­na zro­bi­łam pal­cem dziu­rę, żeby mogła zła­pać powie­trze. Innym razem posta­ci baj­ko­we wycho­dzi­ły z ogrom­nej książ­ki, któ­rej kart­ki prze­wra­ca­ła Ewa, a nama­lo­wa­ła Bar­ba­ra Wiciń­ska. Mia­ła zacię­cie w tym kie­run­ku. Kie­dyś dzie­ci usta­wio­ne w sze­reg wzno­si­ły toast dla sole­ni­zan­ta: żyj nam puł­kow­ni­ku miły, a twe zdro­wie w mia­rę siły wypi­je­my, choć ze wstrę­tem naszym szkol­nym atramentem!

W jed­nym z wystę­pów dzie­ci poprze­bie­ra­ne były za róż­ne łako­cie, Baś­ka orzech lasko­wy, Mary­na dzia­dek do orze­chów, kie­dy indziej Ewa śpie­wa­ła „W lesie ciem­no już”, a wszyst­kie wymie­nio­ne posta­cie baj­ko­we ukła­da­ły się do snu. Ewa śpie­wa­ła bar­dzo pięk­nie, z jej powo­du odbie­ra­łam gra­tu­la­cje, Ewa jako naj­star­sza z gru­py dzie­ci rozu­mia­ła moje wysił­ki i sta­ra­ła się uła­twić mi pracę.
W każ­dym wystę­pie musiał być jeden numer pro­gra­mo­wy na temat pra­cy ludz­kiej albo poko­ju na świe­cie; na przy­kład Mary­na jako pro­myk słoń­ca budzi­ła dzie­ci do robo­ty: Wsta­waj­cie, do pra­cy się zabie­raj­cie. Każ­de dziec­ko przed­sta­wia­ło robot­ni­ka innej bran­ży i mówi­ło zwrot­kę o swo­jej pra­cy, a potem wziąw­szy się za ręce recy­to­wa­ły wiersz: Gdy doro­snę ja, gdy doro­śniesz ty, kie­dy wszy­scy doro­śnie­my, do robo­ty się weź­mie­my, raz dwa, trzy. W wyko­na­niu dzie­ci bar­dzo to ład­nie brzmia­ło. Trud­no wyli­czać cały nasz reper­tu­ar, moje dzie­ci na pew­no wie­le pamię­ta­ją. Bar­ba­ra dba­ła o to, aby stro­je były ład­ne i zro­zu­mia­łe. Per­so­nel sana­to­ryj­ny poma­gał przy deko­ra­cjach. Na przy­kład elek­try­cy, gdy Mary­na była pro­my­kiem słoń­ca, raz się świe­ci­ła, raz gasła, zale­ży od tego, czy zaci­snę­ła, czy otwo­rzy­ła dłoń. Tak samo Kryś­ka Kotar­ska, smok, w odpo­wied­nich momen­tach świe­ci­ła ocza­mi i na ogo­nie, albo gasła. Jak mia­ło na sce­nie padać, to pada­ły drob­niut­ko pocię­te gaze­ty, któ­re chęt­nie cię­ły dla nas poko­jów­ki i pomo­ce kuchen­ne, a sprzą­ta­ły bez żad­nych dąsów, zado­wo­lo­ne, że je dopusz­czo­no do współudziału.

Egzem­plarz Bajo­wych Baje­czek Marii Kow­nac­kiej prze­cho­wy­wa­ny przez Kry­sty­nę Kra­mar­ską-Any­szek, autor­kę Książ­ki Bab­ci. Bajo­we Bajecz­ki wysta­wia­ne były w reży­se­rii Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek z udzia­łem (mię­dzy inny­mi) jej dzieci.

Potem urzą­dza­ły­śmy przed­sta­wie­nia dla kura­cju­szy, któ­rym potrze­ba było roz­ryw­ki. Dla dzie­ci same pró­by sta­no­wi­ły świet­ną zaba­wę, a speł­nia­ły rolę przed­szko­la. Naj­dłu­żej na afi­szu, gra­na jako przed­sta­wie­nie otwar­te, była baj­ka M. Kow­nac­kiej Bajo­we bajecz­ki i świersz­czo­we skrzy­pecz­ki czy­li o strasz­nym smo­ku i dziel­nym szew­czy­ku, prze­ślicz­nej kró­lew­nie i kró­lu Gwoź­dzi­ku (War­sza­wa 1935).

Egzem­plarz Bajo­wych Baje­czek Marii Kow­nac­kiej prze­cho­wy­wa­ny przez Kry­sty­nę Kra­mar­ską-Any­szek, autor­kę Książ­ki Bab­ci. Bajo­we Bajecz­ki wysta­wia­ne były w reży­se­rii Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek z udzia­łem (mię­dzy inny­mi) jej dzieci.

Tekst trzy­mam dotąd jako bar­dzo miłą ser­cu pamiąt­kę. Obsa­da: Ewa baj w stro­ju astro­lo­ga, prze­myśl­nie skom­ple­to­wa­nym przez Bar­ba­rę, śpie­wa­ła rów­nież rolę Siw­ka Zło­to­grzyw­ka, a robi­ła to tak pięk­nie, że skła­da­no mi gra­tu­la­cje, Mary­na Baba Jaga z przy­pra­wio­nym nosem i dłu­gach­ny­mi szpo­na­mi u rąk, hula­ła po sce­nie na mio­tle, a na każ­dym kro­ku towa­rzy­szył jej Kot w butach Baś­ka Wiciń­ska, któ­ra od cza­su do cza­su coś zaim­pro­wi­zo­wa­ła, na przy­kład kie­dyś zrzu­ci­ła buty na widow­nię, ku wiel­kiej ucie­sze dzie­ci z pod­opiecz­nej, wiej­skiej szko­ły. Jola Szew­czyk, filar pro­gra­mu, w dłu­gich spodniach Pio­tra, któ­re dla niej były trzy­ćwier­cio­we, ze ślicz­ny­mi kolo­ro­wy­mi łata­mi i w szew­skim far­tu­chu (spe­cjal­nie uszy­tym) poru­sza­ła się na sce­nie jak praw­dzi­wa aktor­ka, Kryś­ka Zło­to­wło­sa Kró­lew­na z dłu­gi­mi loka­mi fran­cu­ski­mi i w naj­praw­dziw­szej kry­no­li­nie wyglą­da­ła jak z saskiej por­ce­la­ny, Król Gra­ży­na Skal­ska ze swo­im niskim gło­sem i zło­tym łań­cu­chem na szyi świet­nie repre­zen­to­wa­ła maje­stat, Och­mi­strzy­ni Kryś­ka Szy­dłow­ska w ogrom­nym czep­cu i suk­ni w for­mie robro­ny sta­no­wi­ła dobrą parę z kró­lem, no i prze­raź­li­wy smok Kryś­ka Kotar­ska z dłu­gim ogo­nem, któ­ry nie tyl­ko w odpo­wied­nich momen­tach świe­cił, ale dawał rów­nież efek­ty aku­stycz­ne, bo we wnę­trzu oprócz sta­rych poń­czoch mie­ścił kasz­ta­ny. Bar­ba­ra wszyst­ko dokład­nie obmy­śli­ła. Były jesz­cze posta­cie wpro­wa­dza­ją­ce: Sza­ra Godzi­na Jaś­ka, cór­ka kuchar­ki, otu­lo­na w tiu­le i gazy i jej towa­rzysz Świersz­czyk Maj­ka Wiciń­ska w stro­ju uszy­tym przez mat­kę z zie­lo­nej por­tie­ry i z minia­tu­ro­wy­mi, praw­dzi­wy­mi skrzyp­ca­mi, któ­ra to malut­ka Maj­ka bar­dzo pil­nie zawsze wywią­zy­wa­ła się ze swo­jej roli i była tak zado­wo­lo­na, że w refre­nie na koń­cu śpie­wa­ła: Bum cyk, bum cyk, bum cyka­ła, to się Maj­ka nam uda­ła, zamiast „baj­ka”. Na drew­nia­nych koni­kach wjeż­dża­li na sce­nę dwaj ryce­rze Aśka Skal­ska i Zby­szek Gut­man, a fan­fa­ry odgry­wa­li dwaj trę­ba­cze Piotr i Zdzi­sek Woj­dy­gow­ski, któ­rzy pod­czas prób prze­waż­nie bawi­li się pod for­te­pia­nem, a na sło­wa kró­la: Hej! Trę­ba­cze!, wbie­ga­li na sce­nę, aby ode­grać rolę i to raczej Pio­trek, bo Zdzi­siek był nie­śmia­ły. Przed­sta­wie­nie prze­bie­ga­ło spraw­nie i mia­ło wiel­kie powo­dze­nie. Atmos­fe­ra była prze­mi­ła. Kie­dyś zapro­szo­ny na przed­sta­wie­nie przy­jezd­ny ofi­cer inspek­cyj­ny pytał Zen­ka, jakie wykszał­ce­nie ma reży­ser­ka tego przed­sta­wie­nia, bo mu się nie zda­rzy­ło być na ama­tor­skim, dzie­cin­nym przed­sta­wie­niu i nie nudzić się ani chwili.

Egzem­plarz Bajo­wych Baje­czek Marii Kow­nac­kiej prze­cho­wy­wa­ny przez Kry­sty­nę Kra­mar­ską-Any­szek, autor­kę Książ­ki Bab­ci. Bajo­we Bajecz­ki wysta­wia­ne były w reży­se­rii Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek z udzia­łem (mię­dzy inny­mi) jej dzieci.
Bajo­we Bajecz­ki Marii Kow­nac­kiej w reży­se­rii Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Bab­ci. Kry­sia w roli kró­lew­ny, Jola szewczyka.
Bajo­we Bajecz­ki Marii Kow­nac­kiej w reży­se­rii Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek (stoi po pra­wej stro­nie zdję­cia), autor­ki Książ­ki Bab­ci. Ewa, nar­ra­ror, trzy­ma książ­kę, z któ­rej wycho­dzi­ły wszyst­kie posta­cie w tym przedstawieniu.
Bajo­we Bajecz­ki Marii Kow­nac­kiej w reży­se­rii Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Bab­ci. Z pra­wej cór­ka Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, Mary­na, jako Baba Jaga. Kry­sia Kotar­ska jako Pajac, koło niej Jola jako lalecz­ka. Z tyłu Ewa, nar­ra­tor.    Oso­by, któ­re gra­ły w tym przed­sta­wie­niu pamię­ta­ją je jak­by to było wczo­raj cho­ciaż nie są już dzieć­mi (moja mama jest jed­ną z nich). Ja sama tyle sły­sza­łam o tym spek­ta­klu, że czu­ję się jak­bym go widzia­ła na wła­sne oczy. — przyp. wnucz­ki Bab­ci od Książ­ki Babci.
Bajo­we Bajecz­ki Marii Kow­nac­kiej w reży­se­rii Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Bab­ci. Z tyłu zdję­cia widać Kry­sty­nę Kra­mar­ską, jej cór­ka Ewa trzy­ma wiel­ką książ­kę z baj­ka­mi, z któ­rej wycho­dzą postacie.

Potem nasta­ły inne cza­sy. Przy­cho­dzi­li nowi ludzie, nie wia­do­mo jak nasta­wie­ni, bra­ko­wa­ło zaufa­nia, doszło do tego, że w miesz­ka­niu nie mie­li­śmy żad­ne­go adre­su, aby w razie rewi­zji unik­nąć jakie­go­kol­wiek punk­tu zaczepienia.