Seks w rezerwacie

Od dłuż­sze­go cza­su się zabie­ram do napi­sa­nia tego tek­stu. Zaczy­nam temat i porzu­cam. Uni­kam go. Znaj­du­ję tema­ty zastęp­cze. Może powi­nie­nem w ogó­le go porzu­cić. Może w tym wła­śnie wypad­ku mil­cze­nie było­by lep­sze. Roz­wa­żam za i prze­ciw pły­ną­ce z opi­sa­nia tych dosyć bole­snych i raczej oso­bi­stych histo­rii. Decy­du­ję się o tym pisać, by dać peł­niej­szy obraz tego, jak wyglą­da moje życie w rezer­wa­cie. Nie wiem, czy potra­fię to zro­bić bez wda­wa­nia się w sądy war­to­ściu­ją­ce, bez krzyw­dze­nia ludzi suro­wą oce­ną ich dzia­łań i prze­ko­nań. Łatwo jest rościć sobie pre­ten­sje do moral­nej wyż­szo­ści, gdy się nie prze­szło przez to samo, co oni. Jak mówi indiań­skie przy­sło­wie, “przejdź milę w moich butach” – zanim zaczniesz mnie oceniać.

Ostat­nio wspo­mnia­łem o zna­jo­mej pie­lę­gniar­ce i o sza­lo­nych plot­kach, jakie zaczę­ły krą­żyć po rezer­wa­cie, po tym jak ludzie widzie­li nas idą­cych razem na spa­cer. Przy­znam, że strasz­nie mnie to zasko­czy­ło, bo wie­rzę w to, że (hete­ro­sek­su­al­ny) męż­czy­zna może mieć kole­żan­ki i przy­ja­ciół­ki, z któ­ry­mi będzie spę­dzać czas, roz­ma­wiać, i to bez żad­nych ukry­tych ero­tycz­nych fan­ta­zji i zapę­dów. Może to naiw­ne (?) prze­ko­na­nie wyro­bi­ło we mnie liceum ogól­no­kształ­cą­ce – w mojej kla­sie było zale­d­wie 3 chłop­ców (łącz­nie ze mną) i 27 dziew­cząt. Po czte­rech latach tre­nin­gu w takim “babiń­cu” czu­ję, że łatwiej mi nawią­zy­wać kon­tak­ty z kobie­ta­mi niż z męż­czy­zna­mi. Zwy­kle nie mam opo­rów, by podejść do nie­zna­nej kobie­ty i po pro­stu z nią poga­dać, zagad­nąć przy­jaź­nie i zażar­to­wać. Takie nasta­wie­nie spra­wi­ło, że czę­sto znaj­do­wa­łem się w nie lada tara­pa­tach w rezer­wa­tach. Tego rodza­ju zacho­wa­nia czę­sto­kroć bywa­ją opatrz­nie inter­pre­to­wa­ne – jako chęć nawią­za­nia intym­nych rela­cji.
W pierw­szym z “moich” rezer­wa­tów nie było jesz­cze tak źle. Co praw­da zaraz na począt­ku roku szkol­ne­go dwie cał­kiem nadob­ne dzie­wo­je (czy­li ślicz­ne mło­de dziew­czy­ny) zapu­ka­ły do naszych drzwi (miesz­ka­łem ze współ­lo­ka­to­rem) i wyra­zi­ły chęć “przy­wi­ta­nia” nas w rezer­wa­cie. Mój współ­lo­ka­tor ode­słał je z kwit­kiem i nikt nas wię­cej nie nie­po­ko­ił. Myśla­łem, że wzię­to nas za gejów (czy jak tam Redak­tor Naczel­ny pisze: pede­ra­stów), ale na począt­ku dru­gie­go roku, gdy mój współ­lo­ka­tor wyje­chał na tydzień na kon­fe­ren­cję do Thun­der Bay, ode­zwa­ła się do mnie przez Fejs­buk pew­na bez­zęb­na kobie­ta w wie­ku mojej mat­ki i zasu­ge­ro­wa­ła pota­jem­ne spo­tka­nie. Bynaj­mniej nie w celu oglą­da­nia mojej kolek­cji znacz­ków.
Wcze­śniej roz­ma­wia­łem z nią parę razy na neu­tral­ne tema­ty typu pogo­da, łowie­nie ryb i tak dalej, aż pew­ne­go razu zaczę­ła mi się zwie­rzać z roz­ma­itych przy­krych prze­żyć ze swo­jej prze­szło­ści. A to, że nie ma zębów, bo mąż ją bił, a to że dziec­ko, któ­rym się opie­ku­je, to sie­ro­ta, któ­rej rodzi­ce zgi­nę­li w wypad­ku, etc. Zro­bi­ło mi się jej żal, słu­cha­jąc tych wszyst­kich histo­rii, i powo­do­wa­ny zwy­czaj­nym odru­chem powie­dzia­łem jej kil­ka miłych słów. Nie sądzi­łem, że sta­nie się to przy­czy­ną, dla któ­rej uzna, że moż­na zapro­po­no­wać mi poży­cie intym­ne. Cał­ko­wi­cie zasko­czo­ny jej pro­po­zy­cją pal­ną­łem z głu­pia frant, że nie będzie mnie w domu… Głu­pia wymów­ka, no niby gdzie indziej miał­bym być? Nie przy­ję­ła tego lek­ko i do koń­ca roku uni­ka­ła mnie, jed­no­cze­śnie dając moje­mu współ­lo­ka­to­ro­wi (z któ­rym wcze­śniej nie mia­ła nic do czy­nie­nia) licz­ne dowo­dy sym­pa­tii. A to zapro­si­ła go na wspól­ne polo­wa­nie na głusz­ce, a to przy­nio­sła mu kawa­łek cia­sta, któ­re upie­kła, a to wzię­ła go na ryby. 
Tro­chę było mi żal, że omi­ja­ją mnie te atrak­cje, ale rów­no­cze­śnie byłem zado­wo­lo­ny, że zosta­wi­ła mnie w spo­ko­ju i nie wysu­wa w sto­sun­ku do mnie żad­nych dal­szych pro­po­zy­cji. Na koniec roku uwień­czy­ła swą “zemstę”, przy­no­sząc moje­mu współ­lo­ka­to­ro­wi oka­za­ły dre­am­cat­cher z prze­pięk­nie wyszy­tym kora­li­ka­mi wil­kiem. Wrę­cza­jąc mu ten wspa­nia­ły poda­ru­nek, spoj­rza­ła na mnie i powie­dzia­ła, że dla mnie… zabra­kło jej kora­li­ków. Zabo­la­ła mnie iro­nia jej słów. Oczy­wi­ście, żal mi było, że nie dosta­łem poda­run­ku, ale jesz­cze bar­dziej było mi żal tego, że zupeł­nie tego nie zamie­rza­jąc – ura­zi­łem jej uczu­cia. Nikt nie lubi się czuć odrzu­co­ny i wzgar­dzo­ny. Posta­no­wi­łem na przy­szłość być ostroż­niej­szy w kon­tak­tach z płcią prze­ciw­ną w rezerwacie.


Posta­no­wie­nie było dobre, ale doświad­cze­nia z kolej­ne­go rezer­wa­tu poka­za­ły mi, że jest ono zgo­ła nie­wy­star­cza­ją­ce i że naj­le­piej było­by po pro­stu uni­kać JAKICHKOLWIEK kon­tak­tów z płcią prze­ciw­ną. Co jest raczej nie­moż­li­we, bio­rąc pod uwa­gę, że będąc nauczy­cie­lem w rezer­wa­cie, jest się nie­ja­ko oso­bą publicz­ną i cza­sa­mi po pro­stu trze­ba roz­ma­wiać, czy to z rodzi­ca­mi dzie­ci, czy też z kole­żan­ka­mi z pra­cy.
Nie wiem, jak to ująć, bez bycia posą­dzo­nym o jakiś męski szo­wi­nizm, pra­gnie­nie napom­po­wa­nia wła­sne­go ego czy zwy­czaj­ną mito­ma­nię, ale… nie mniej niż sześć kobiet chcia­ło się ze mną prze­spać. 
Nic, nic z tego, cze­go wcze­śniej w życiu doświad­czy­łem lub nauczy­łem się, nie przy­go­to­wa­ło mnie na tego rodza­ju sytu­ację. 
Na bycie zwie­rzy­ną łowną.


Z począt­ku nawet nie poj­mo­wa­łem sytu­acji, w któ­rej się zna­la­złem.
Przy­znam ze wsty­dem, iż to, że ktoś o mnie zabie­ga, że komuś wyda­ję się atrak­cyj­ny, że ktoś mnie pra­gnie, miło połech­ta­ło moją męską próż­ność. Szyb­ko jed­nak zorien­to­wa­łem się, że żad­nej z tych kobiet nie cho­dzi tak napraw­dę o “mnie” jako oso­bę i że każ­da z nich ma jakiś wła­sny ukry­ty cel w ubie­ga­niu się o moją uwagę.


Uskrzy­dla­ją­ca mnie eufo­ria nie­do­szłe­go Casa­no­vy opa­dła tak szyb­ko, jak się poja­wi­ła, i jedy­ne, co pozo­sta­ło, to bole­sne zde­rze­nie z rze­czy­wi­sto­ścią. Zro­zu­mia­łem, że jestem towa­rem. Środ­kiem do celu – jaki­kol­wiek by to był cel.
Może cho­dzi­ło im o zakosz­to­wa­nie cze­goś “egzo­tycz­ne­go”? 
Może widzia­ły we mnie księ­cia z baj­ki, któ­ry wyrwie je z rezer­wa­tu, zabie­rze do Toron­to, z dala od ich tok­sycz­nych związ­ków? 
Może pra­gnę­ły przy­go­dy: sek­su bez zobo­wią­zań? 
Może cho­dzi­ło o to, że mam pra­cę i sta­łą pen­sję, i to w miej­scu, gdzie pra­wie wszy­scy są bez­ro­bot­ni? 
Może po pro­stu chcia­ły być z kimś, kto ich nie zdra­dzi z poło­wą rezer­wa­tu i po pija­ku nie wybi­je zębów.
Rozu­miem te wszyst­kie moty­wa­cje, ale nie mia­łem ocho­ty być pion­kiem w czy­jejś grze. Łatwiej mi to jed­nak jest powie­dzieć, niż było zro­bić. Z natu­ry jestem raczej towa­rzy­ski i otwar­ty, więc sta­no­wi­łem w mia­rę łatwy cel dla ich zaku­sów, tym bar­dziej że wszyst­ko zawsze zaczy­na­ło się nie­win­nie. No, pra­wie zawsze.
Jed­na z kobiet wto­czy­ła mi się do miesz­ka­nia pod pre­tek­stem bycia spra­gnio­ną. Po pro­stu zapu­ka­ła i popro­si­ła o szklan­kę wody, gdy otwo­rzy­łem drzwi. Powi­nie­nem kazać jej cze­kać na dwo­rze, ale tego nie zro­bi­łem i zapro­si­łem ją do środ­ka. W koń­cu “gość w dom – Bóg w dom”. No i nie chcia­łem, by mi nale­cia­ło much.


Dopie­ro gdy weszła, zauwa­ży­łem, że coś jest z nią nie tak. Była pija­na. Wycią­gnę­ła z kie­sze­ni dwie pusz­ki piwa, oznaj­mia­jąc mi, że są jej uro­dzi­ny i chce, bym się z nią napił.


Grzecz­nie odmó­wi­łem, tłu­ma­cząc się stra­chem przed utra­tą pra­cy (zwy­kle w kontr­ak­cie jest klau­zu­la zaka­zu­ją­ca nauczy­cie­lom spo­ży­wa­nia alko­ho­lu na tere­nie rezer­wa­tu pod groź­bą utra­ty zatrud­nie­nia). Nie­chęt­nie przy­ję­ła to do wia­do­mo­ści. Otwo­rzy­ła jed­ną z puszek, pocią­gnę­ła spo­ry łyk i roz­pła­ka­ła się. Po czym zaczę­ła opo­wia­dać o swo­im życiu – prze­ra­ża­ją­ca była to histo­ria. Peł­na prze­mo­cy, smut­ku, bez­sil­no­ści. Mia­ła zale­d­wie sześć lat, gdy jeden z człon­ków rodzi­ny zgwał­cił ją po raz pierw­szy. Zanim mia­ła lat czter­na­ście, dzie­się­ciu róż­nych męż­czyzn z wio­ski uży­wa­ło sobie z nią od cza­su do cza­su. Wbrew jej woli, a cza­sa­mi i bez jej świa­do­mo­ści. 
Nie wie, kto jest ojcem jej pierw­sze­go dziec­ka – jako nasto­lat­ka podej­mo­wa­ła pró­by samo­bój­cze i upi­ja­ła się do nie­przy­tom­no­ści, by zagłu­szyć ból. Po jed­nej z takich liba­cji zaszła w cią­żę. 
Nie wie­dzia­łem, co powie­dzieć. Cza­sa­mi słu­cha­nie wystar­czy. Gdy się wyga­da­ła, deli­kat­nie popro­si­łem ją, by sobie poszła. Zapy­ta­ła, czy może wyjść tyl­ny­mi drzwia­mi. Zgo­dzi­łem się, bo co mi za róż­ni­ca. 
Róż­ni­ca była taka, że idąc do mnie, “urwa­ła się” z impre­zy z domu naprze­ciw­ko. Widzia­no ją, jak wcho­dzi­ła do mnie – ale nikt nie widział, kie­dy wycho­dzi­ła. 
Plot­ki zaczę­ły się bły­ska­wicz­nie. Nie wiem, czy celo­wo chcia­ła wzbu­dzić zazdrość swo­je­go part­ne­ra, czy wprost prze­ciw­nie – nie chcia­ła, by widzia­no ją wycho­dzą­cą ode mnie i w ten spo­sób chcia­ła mnie “ochro­nić”, ale przez następ­ne kil­ka tygo­dni scho­dzi­łem jej chło­pa­ko­wi – rosłe­mu India­ni­no­wi – z oczu.


Po tym pierw­szym razie przy­cho­dzi­ła jesz­cze parę razy, za każ­dym razem robiąc alu­zje do tego, że powin­ni­śmy być razem. A to że jej ciot­ka wyszła za mąż za Euro­pej­czy­ka i że było im razem bar­dzo dobrze, a to że kie­dyś rzu­ci­ła już swo­je­go part­ne­ra i że była z innym męż­czy­zną przez rok, ale nic z tego nie wyszło, a szko­da, bo nie jest szczę­śli­wa w obec­nym związ­ku, bo chło­pak ją zdra­dza, pije i bije, a to że powi­nie­nem jej dać klu­cze do moje­go miesz­ka­nia w Toron­to i ona tam zamiesz­ka, sko­ro mnie i tak tam nie ma… Ser­ce mi się kra­ja­ło, słu­cha­jąc tego wszyst­kie­go. No ale co zro­bić?
Kolej­na nie wda­wa­ła się w dłuż­sze roz­mo­wy – któ­re­goś wie­czo­ra zna­la­zła mnie na Fejs­bu­ku i zapy­ta­ła, co robię. Odpo­wie­dzia­łem, że jestem zaję­ty pla­no­wa­niem lek­cji i oce­nia­niem prac (zwy­kle jestem tym zaję­ty). Ta na to, że pew­nie jestem zestre­so­wa­ny i potrze­bu­ję się roze­rwać, co dobrze się skła­da, bo ona aku­rat jest “napa­lo­na” i chęt­nie dostar­czy mi roz­ryw­ki, a przy tym i sobie ulży. Dwa w jed­nym. Kto by nie poszedł na taki miły układ? Mło­da, zgrab­na, dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nia dziew­czy­na. Odpi­sa­łem jed­nak, że to nie w moim sty­lu i że pro­po­nu­ję, by wzię­ła zim­ny prysz­nic.
Następ­na krą­ży­ła wokół moje­go domu niczym sęp. Jeź­dzi­ła samo­cho­dem w kół­ko po rezer­wa­cie – cza­sa­mi prze­jeż­dża­ła po kil­ka­na­ście razy dzien­nie przed moim domem. Z wnę­trza jej samo­cho­du dud­ni­ła muzy­ka, więc nie spo­sób było nie zauwa­żyć (czy raczej usły­szeć), że prze­jeż­dża. 
Ile­kroć mnie widzia­ła gdzieś na dro­dze, zatrzy­my­wa­ła się na poga­węd­kę. Wkrót­ce zaczę­ła pukać do mych drzwi o każ­dej porze dnia i nocy (kie­dyś naj­póź­niej łomo­ta­ła do drzwi o dru­giej w nocy), zapra­sza­jąc mnie na prze­jażdż­kę. 
Nie dała sobie powie­dzieć, że nie zna­czy nie. “Nie, nie jadę. Nie mam cza­su” – mówi­łem. – “Ale, chodź, pojedź, co ci szko­dzi pół godzi­ny?” – odpo­wia­da­ła. I tak z dzie­sięć minut takiej słow­nej szarpaniny.


Może trze­ba było zatrza­snąć drzwi przed nosem? Kie­dyś w koń­cu ule­głem, bo prze­cież nud­no w takim rezer­wa­cie jak dia­bli. Zaczę­li­śmy roz­ma­wiać. Zasto­so­wa­łem manewr pod nazwą “typo­we nud­ne pyta­nia nauczy­cie­la”: Do jakiej szko­ły poszła? Co ją cie­ka­wi? Co chce robić za pięć lat? Otóż cie­ka­wi­łem ją ja, a za pięć lat chcia­ła mieć piąt­kę dzie­ci – ze mną. Była ode mnie dużo więk­sza i pew­nie łatwo bym się z jej objęć nie wyrwał, więc dobrze, że nie prze­szła od słów do czy­nów… Za to następ­na przeszła.


Zaczę­ło się (jak zwy­kle) nie­win­nie. Odśnie­ża­łem pod­jazd, gdy zatrzy­mał się przy mnie samo­chód. Kie­row­cą była kobie­ta w śred­nim wie­ku. Powie­dzia­ła mi, że jest prze­wod­ni­czą­cą komi­te­tu impre­zo­we­go w rezer­wa­cie i że za godzi­nę odbę­dzie się mecz bro­om­ball i że jestem zapro­szo­ny. Pomy­śla­łem, że na maso­wej impre­zie będę bez­piecz­ny. Póki co – mia­łem rację. Po meczu zapro­si­ła mnie na następ­ny tydzień na kolej­ny mecz. Przy­sze­dłem, bo zawsze to jakieś uroz­ma­ice­nie, a nie tyl­ko dom, szko­ła, szko­ła, dom. Po tym posy­pa­ły się kolej­ne nie­win­ne zapro­sze­nia: a to by poje­chać sku­te­rem śnież­nym (rów­nież więk­szą gru­pą) przez jezio­ro i potem wdra­pać się na punkt wido­ko­wy na wzgó­rzu na dru­gim brze­gu, a to by odwie­dzić pobli­ską pla­żę, a to by pójść na ryby i w koń­cu “przyjdź do mnie dzi­siaj w nocy, tak by nikt nie widział”. (W języ­ku Odżi­bu­ejów wyra­ża się to sło­wem “kimucz­li”. Kocha­nek to “kimucz”.)


Z tego ostat­nie­go zapro­sze­nia nie sko­rzy­sta­łem, z kolej­nych też nie. Nie zra­zi­ła się zbyt­nio. Była chy­ba jakąś dale­ką krew­ną Andrze­ja Kmi­ci­ca, któ­ry wyło­żył Oleń­ce swo­ją filo­zo­fię związ­ków dam­sko-męskich w sło­wach: “Proś, a jak nie dają, to bierz sam!”. Przy oka­zji czy­ichś uro­dzin odby­wa­ła się ple­ne­ro­wa impre­za: ogni­sko, zespół troj­ga szar­pi­dru­tów, chó­ral­ne śpie­wy pio­se­nek John­ny­’e­go Casha, dar­mo­we piwo, cho­ciaż rezer­wat niby obję­ty prohibicją.


Posze­dłem. “Prze­wod­ni­czą­ca” tym razem nie dała za wygra­ną. Obła­pi­ła mnie, że niby chce tań­czyć, i puścić nie chcia­ła. Jej ręce zaczę­ły wędro­wać w miej­sca z tań­cem raczej nie­zwią­za­ne. Pró­bo­wa­łem ją ode­pchnąć, sta­nąć do niej bokiem, ale nic nie skut­ko­wa­ło. Na szczę­ście sole­ni­zant i mat­ka jed­nej z moich uczen­nic zoba­czy­li, że jestem w tara­pa­tach, i odcią­gnę­li agre­sor­kę. Czmych­ną­łem do domu. Poga­si­łem świa­tła. Ktoś w nocy pukał do drzwi. Nie spraw­dza­łem kto. Nie musiałem.


Cięż­ko się o tym wszyst­kim pisze. Wra­cam myślą do tych kobiet i robi mi się nie­zwy­kle smut­no, jak pomy­ślę o strasz­li­wym gło­dzie miło­ści, jaki musia­ły odczu­wać, o emo­cjo­nal­nej pust­ce w ich życiu. No ale cóż, nie moja w tym wina i nie moją rze­czą to napra­wiać. 
W tym roku sta­ram się raczej trzy­mać z dala od wszyst­kich kobiet i dziew­czyn w rezer­wa­cie. Nie uśmie­cham się, nie zaga­du­ję, nawet uni­kam kon­tak­tu wzro­ko­we­go, o ile się da. Wolę być bra­nym za gbu­ra niż mieć dać komuś poczu­cie, że jestem nim (wła­ści­wie to “nią”) zain­te­re­so­wa­ny. 
Mimo tych wysił­ków z mojej stro­ny już jakaś pija­na kobie­ta zadzwo­ni­ła do szko­ły w cza­sie lek­cji ‚doma­ga­jąc się roz­mo­wy ze mną. Beł­ko­tli­wym gło­sem pyta­ła, co robię po szko­le. Cóż… “Nie będzie mnie w domu.”