Tak jak posta­no­wi­łam dojść do celu strzy­że­nia tra­wy ina­czej niż kosiar­ką spa­li­no­wą, tak i zro­bi­łam, kupu­jąc kosiar­kę elek­trycz­ną. Taką małą zgrab­ną i leciut­ką. A co naj­waż­niej­sze bez szar­pa­ka, czy­li lin­ki do pocią­ga­nia, aby ta dia­bel­ska maszy­na zastar­to­wa­ła. Nowa rzecz a cie­szy. Jesz­cze nie wia­do­mo jakie wyzwa­nia przy­nie­sie, więc trze­ba się nią cie­szyć na samym począt­ku marząc o cichym i bez­pro­ble­mo­wym ści­na­niu trawy.

Cał­kiem nie­daw­no cie­szy­łam się moją czar­no czer­wo­ną i lśnią­cą kosiar­ką spa­li­no­wą. Tak pięk­nie wyglą­da­ła wyję­ta z pudła. Podob­nie i ta – zie­lo­na, lśnią­ca i leciut­ka. Zło­ży­łam do kupy. To zło­że­nie musi być robio­ne w dokład­nie takiej kolej­no­ści jak w załą­czo­nej instruk­cji. Jak ci się krok pomy­li, to trze­ba odro­bić do tego punk­tu, gdzie było zro­bio­ne źle i zro­bić jesz­cze raz. Więc oglą­da­łam tę moją kosia­recz­kę elek­trycz­ną peł­na do niej zachwy­tu. Ach chwi­lo trwaj! To dopie­ro będzie gład­kie kosze­nie. Zanim zaczę­łam jej uży­wać, wszyst­ko dokład­nie prze­czy­ta­łam  i stwier­dzi­łam, że kabel za krót­ki jak na mój ogró­dek, bo to i z przo­du, i z tyłu. Szcze­gól­nie, że zewnętrz­ne gniazd­ko jest umiesz­czo­ne w samym środ­ku domu, czy­li i do przo­du, i do tyłu domu potrzeb­ny jest prze­dłu­żacz. A w domu same jakieś takie prze­dłu­ża­cze do żelaz­ka, albo odku­rza­cza – nic co by się nada­wa­ło. No nic, po pro­stu poja­dę i doku­pię. A tu kabli co nie­mia­ra, i takich i sia­kich, i owa­kich. Ale już nie zga­dy­wa­łam któ­ry, tyl­ko zagad­nę­łam face­ta obsłu­gu­ją­ce­go dział elek­trycz­ny. Wyja­śni­łam, poka­za­łam na komór­ce kosiar­kę. Zapro­wa­dził mnie do odpo­wied­nich półek, wyja­śnił jaki i dla­cze­go, a nawet wska­zał, któ­ry  aku­rat w tym tygo­dniu ma zniż­kę. Dwa za jeden. No to kupi­łam dwa, bo to jeść nie woła, a i nie ma daty przy­dat­no­ści do spo­ży­cia. Od przy­byt­ku gło­wa nie boli. A tak będę mia­ła, jak­by co. Coś mnie widać już wte­dy tknę­ło, choć jesz­cze nie wie­dzia­łam, co to takie­go to ‘jak­by co’.


Całe popo­dłą­cza­nie kabli gra­ło. Zaczę­łam kosić. Ach ulgo! Tym razem bez moco­wa­nia się z szar­pa­kiem, czy­li lin­ki pocią­ga­niem, aby zastar­to­wał spa­li­no­wy motor. Szło dobrze, nawet bar­dzo dobrze. Tak cichut­ko i łagod­nie. Nic nie szar­pa­ło jak przy tym spa­li­no­wym smo­ku, i nie rycza­ło, ani nie chrzę­ści­ło, ani nie śmier­dzia­ło spalinami.

Reklama

Aż nie prze­sta­ło. Prze­sta­ło i koniec.  Patrzę co? A tutaj sobie kabe­lek roz­je­cha­łam na pół. Ech, jakie szczę­ście, że kupi­łam dwa prze­dłu­ża­cze za cenę jed­ne­go. Człek lepiej się zaraz czu­je jak nie jeź­dzi po tę samą rzecz dwa razy, bo był taki prze­zor­ny, że kupił na zaś. Tym razem bar­dzo uwa­ża­łam, aby mi się kabe­lek nie zaplą­tał i żebym sobie go w mak nie posie­ka­ła. To trze­ba nie­źle tań­czyć, i chwy­tać luz kabla w lot, bo ina­czej to zgro­za. Uda­ło się. Skoń­czy­łam. Dodat­ko­wo, pora­dzo­no mi, aby ten posie­ka­ny kabe­lek napra­wić, uży­wa­jąc izo­lat­ki elek­trycz­nej i łącząc odpo­wied­nie dru­ty. Ponoć łatwe, bo łączy się kolor do kolo­ru, a potem  izo­lu­je dooko­ła w jed­ną całość. Kie­dyś spró­bu­ję, bo to dobrze mieć w zapa­sie coś napra­wio­ne­go. I dobrze poko­ny­wać wyzwa­nia życia. Teraz mogę ucho­dzić za spe­ca od kosia­rek, bo w Kana­dzie tra­wa sko­szo­na być musi.

Micha­lin­ka