Pew­nie da się zauwa­żyć, że coś krę­cę na tę swo­ją Kana­dę nosem… pro­szę tyl­ko nie pytać„ to dla­cze­go tutaj sie­dzisz? Dro­ga wol­na. Powiem tyle – jest w życiu taki szach.  To jest mój trze­ci kraj i dla mnie wła­ści­wie oka­zał się naj­gor­szy. Żyję w jakimś reżi­mie. Już tak bez­tro­sko się nie śmie­ję, jak kiedyś.

        Gdy­by ktoś nie miał cza­su słu­chać tego, co chcę prze­ka­zać o kra­ju, w któ­rym obec­nie prze­by­wam,  zapy­tał: — To jak jest w tej Kana­dzie, Jaki to jest kraj? W pro­win­cji, w któ­rej miesz­kasz? Jak się tam żyje w ogó­le? Jak sobie radzisz z wie­lo­kul­tu­ro­wo­ścią, języ­ka­mi? Czy Polo­nia wspie­ra się nawza­jem? Nie czu­jesz się wyob­co­wa­na?  Naj­kró­cej, jak to  tyl­ko moż­li­we, odpo­wie­dzia­ła­bym: — Ano tak, jak kraj ten poka­zał całe­mu świa­tu całą swo­ją kra­sę parę lat temu – jak obcho­dzą się na lot­ni­sku w Van­cu­ver z emi­gran­ta­mi z Euro­py, nie zna­ją­cy­mi języ­ka angielskiego.

        Zapew­ne wszy­scy pamię­ta­ją ten „wyczyn” kil­ku stró­żów pra­wa, któ­rzy w efek­cie pozba­wi­li życia syna, któ­ry po latach roz­dzie­le­nia z mat­ką, przy­le­ciał do niej, gdy ta z utę­sk­nie­niem wycze­ki­wa­ła go tego dnia  na lot­ni­sku, żeby go rado­śnie powitać.

Reklama

        Histo­ria trwa­le wpi­sa­ła się w moją pamięć. Histo­ria pana (Dzie­kań­skie­go).  Emi­gra­cja prze­trzy­my­wa­ła go na tym lot­ni­sku oko­ło dzie­się­ciu godzin. Mat­kę poin­for­mo­wa­no, że samo­lot nie wylą­do­wał, lub też syn nie przy­le­ciał … W efek­cie naka­za­no jej wra­cać  do domu.

        A tam na tym całym lot­ni­sku roz­gry­wa­ły się praw­dzi­we tor­tu­ry dla doro­słe­go męż­czy­zny, któ­ry pierw­szy raz leciał samo­lo­tem, któ­ry nie był w sta­nie z kim­kol­wiek się porozumieć.

        Był tak zwa­ny week­end, nie mie­li tłu­ma­cza, kaza­no cze­kać. Po tych dłu­gich godzi­nach wycze­ki­wa­nia na opusz­cze­nie lot­ni­ska, po godzi­nach spę­dzo­nych wśród umun­du­ro­wa­nych, po nie­uda­nych pró­bach komu­ni­ka­cji,  zmę­czo­ny i zwy­czaj­nie zde­ner­wo­wa­ny męż­czy­zna zaczął oka­zy­wać znie­cier­pli­wie­nie, aż w koń­cu chy­ba pod­niósł krze­seł­ko jak­by we wła­snej obro­nie. Był jak szczu­ty pies, któ­ry nie wie­dział co go może spotkać.

        Natych­miast po uzna­niu go za agre­syw­ne­go, gdy tak trzy­mał to krze­seł­ko w ręku, nastą­pi­ło zgło­sze­nie  do Moun­ties (policja)o obec­no­ści „ trud­ne­go”   emi­gran­ta prze­by­wa­ją­ce­go – baga­te­la – dzie­sięć godzin na lotnisku.

        Został  oto­czo­ny przez czte­rech „heroes’s „  stró­żów pra­wa, któ­rzy w bru­tal­ny i nie­lo­gicz­ny spo­sób zaata­ko­wa­li bez­bron­ne­go czło­wie­ka, nie wie­dzą­ce­go co się z nim dzie­je, dla­cze­go mat­ka nie jest przy nim, dla­cze­go prze­trzy­mu­ją go. Po męczą­cej podró­ży, każ­dy pra­gnie coś prze­ką­sić, a w efek­cie poło­żyć się spać.

        Nie zna­lazł się pra­cow­nik, czło­wiek dobrej woli, roz­sąd­ny, któ­ry umiał­by zara­dzić tej sytu­acji. Nikt nawet nie poin­for­mo­wał mat­ki, zgod­nie, któ­ra mogła­by wspo­móc ocze­ku­ją­ce­go na opusz­cze­nie lot­ni­ska syna. A prze­cież mie­li sto­sow­ne doku­men­ty doty­czą­ce celu podró­ży jak i wszel­kie dane  o spon­so­ru­ją­cej mat­ce. Infor­ma­cje kto jest odpo­wie­dzial­ny za tego męż­czy­znę były — prawda?

        Nikt nie posta­rał się o ścią­gnię­cie cho­ciaż­by tłu­ma­cza! A mat­ki obec­ność w tym momen­cie była nieodzowna.

        Cóż za bez­dusz­ność sys­te­mu, ludzi pod­pie­ra­ją­cych się pra­wem.  Jeste­śmy dla nich już od daw­na tyl­ko numerami.

        A dzia­ło się to w 2007 roku, kie­dy wła­śnie ten Polak przy­je­chał do tego  kra­ju na łącze­nie rodzin.  Były inne spo­so­by, żeby zaże­gnać dez­orien­ta­cję zaszczu­te­go Pola­ka na tym wiel­kim lotnisku.

        Z psem tak nie wol­no postą­pić, a co dopie­ro z czło­wie­kim. Sam pies zaczął­by  w koń­cu war­czeć, gdy oto­czo­ny był­by obcy­mi, bez wody i strawy.

        Po uśmier­ce­niu nowe­go emi­gran­ta z Pol­ski na tery­to­rium wol­ne­go, cywi­li­zo­wa­ne­go kra­ju,  w obro­nie przed odpo­wie­dzial­no­ścią kar­ną, ci czte­rej musz­kie­te­ro­wie skła­da­li fał­szy­we korzyst­ne dla sie­bie zezna­nia. Zosta­li uka­ra­ni za ten „boha­ter­ski czyn” – kie­dy ich czwór­ka uzbro­jo­na po zęby, rzu­ci­ła się i powa­li­ła na grunt kom­plet­nie zdez­o­rien­to­wa­ne­go i bez­bron­ne­go mężczyznę.

        Nie­któ­rzy z nich twier­dzą po dzień dzi­siej­szy, że „they were sim­ply doing the­ir job“.

        I To jest ta Cana­da w wiel­kim skrócie.

        Moimi ocza­mi, po moich doświad­cze­niach i innych, któ­rzy odwa­ży­li się mówić praw­dę.  Jestem  zapew­ne nie jedy­na, któ­ra nie posia­da zbyt inspi­ru­ją­cych doświad­czeń w tym kra­ju, któ­ra zapew­ne nie chcia­ła­by oddać życia za ten kraj, pro­win­cję w szczególności.

        Zda­ję sobie spra­wę, że każ­dy będzie miał odmien­ne zda­nie, inne doświad­cze­nia, ale wiem, że nie jestem osa­mot­nio­na w swo­ich  opiniach.

        Jak żyje się w „bań­ce mydla­nej”, dobra pra­ca, podró­że, waka­cje, wyjaz­dy week­en­do­we, pie­czy­ste na tyłach swo­je­go domu, przy­ja­cie­le o podob­nej men­tal­no­ści, poczu­cie, że się osią­gnę­ło to, co się chcia­ło itd.  to nie widzi się zbyt­nio realiów, któ­re są obok nas, lub czy­ha­ją, żeby się urzeczywistnić.

        Tak jak ta zna­jo­ma – mężat­ka z dłu­go­let­nim sta­żem, w momen­cie pro­ce­sów roz­wo­do­wych otwie­ra oczy sze­ro­ko na świat zdu­mio­na, że może z nią jest coś nie tak. Świat adwo­kac­ki, zależ­ność od adwo­ka­ta i śle­pa wia­ra, że to jest repre­zen­tant sprawiedliwości.

        I wte­dy zaczy­na zauwa­żać, że ci, co wczo­raj byli przy­ja­ciół­mi, dzi­siaj są obcy­mi ludź­mi. Zna­jo­mi prze­szli na dru­gą stro­nę, a ona pozo­sta­ła sama; że nie liczy się dobro czło­wie­ka, żeby wes­przeć w sta­nie, w jakim się znaj­du­je oso­ba szu­ka­ją­ca wspar­cia w kan­ce­la­rii adwo­kac­kiej,  ale  tyl­ko i wyłącz­nie… kocha­ne pieniążki …

        Oso­ba popa­da w stan depre­syj­ny, ponie­waż myśla­ła, że żyje w pięk­nym świe­cie kana­dyj­skim, fran­cu­skim, gdzie ludzie się uśmie­cha­ją – nie­szko­dzi, że nie­szcze­rze, ale jest ten uśmiech przy­le­pio­ny do twarzy.

        Swój kraj wspo­mi­nam jesz­cze za cza­sów komu­ni­stycz­nych. To były trud­ne cza­sy, a jak­że łatwiej­sze,  porów­nu­jąc te cza­sy z obec­ny­mi. Gościn­ność, raczej praw­do­mów­ność — zda­rza­ły się wyjąt­ki … ale ludzie w moim kra­ju byli hono­ro­wi. Spo­łe­czeń­stwo wyklu­cza­ło ze swo­je­go gro­na jakie­goś, powiedz­my, nie­bez­piecz­ne­go krętacza.

        Poda­ło się rękę, na znak że dotrzy­ma się sło­wa … i wyko­na­ło się daną pra­cę, czy zada­nie. Ludziom zale­ża­ło na dobrej opinii.

        A krę­tacz i nie dotrzy­mu­ją­cy sło­wa, zaczy­nał mieć złą opi­nię i wszy­scy mie­li się na bacz­no­ści, uni­ka­li takie­go typa.  Ludzie byli dokład­ni w swo­jej pra­cy. Zale­ża­ło im na uzna­niu i sta­ra­li się, jak tyl­ko mogli. Byli fachowcami.

        W tych cza­sach, kie­dy kawa i mię­so były  na kart­ki, ludzie gości­li jed­ni dru­gich. Kto­kol­wiek kto poja­wił się  w  czy­imś domu —  był ugosz­czo­ny. Już na wstę­pie oso­ba taka, czę­sto nie­za­po­wie­dzia­na, była pyta­na, ale w spo­sób, nie zno­szą­cy sprze­ci­wu – czy nie napi­je­my się kawki?

        — Ale żeby  kawy nie zapro­po­no­wać w ogó­le, zasła­nia­jąc się ogra­ni­cze­nia­mi kart­ko­wy­mi? Lub też pytać dopie­ro po pół­go­dzin­nym posie­dze­niu? – to był tak zwa­ny obciach towa­rzy­ski … A szar­lot­ka była dopeł­nie­niem picia kawy.  Czę­sto zale­wa­na w prze­zro­czy­stej szklan­ce, z mlecz­kiem od kro­wy, z cukrem. Jaka to była pysz­na kawa!   Było miło. Było swoj­sko. Nikt nie uda­wał, że jest kimś innym.

        Nie był potrzeb­ny psycholog.

        Trud­no było w owym cza­sie o pro­duk­ty, ale każ­dy jakoś radził… Kwitł han­del wymien­ny. Każ­dy zdo­by­ty pro­dukt, mógł też stać się pre­zen­tem dla kogoś. Taka obda­ro­wa­na oso­ba nie posia­da­ła się z radości.

        Tak było.

        Pamię­tam wra­ca­łam z siat­ką zaku­pów i napo­tka­na cię­żar­na – wca­le nie aż taka kole­żan­ka, zatrzy­ma­ła się i z cie­ka­wo­ścią zagląd­nę­ła do mojej siat­ki, pyta­jąc jed­no­cze­śnie – „ co tam masz? — A ja uśmie­cha­jąc się – No mam.

- Masz kakao pyta, musisz mi je dać. Jestem ciężarna.

- Bierz powia­dam, roze­śmia­na od ucha do ucha.

        Nikt nie pro­po­no­wał, że zapła­ci, nikt się nie upo­mi­nał, że chce tej zapła­ty.  I było faj­nie. Nikt sie nie obra­żał i nie osą­dzał, że może jego pry­wat­ność zosta­ła naruszona.

        Z mili­cjan­tem moż­na było jakoś się doga­dać – jak to się mówi … Ludzie byli bar­dziej ludzcy.

        Domo­wa kuch­nia, te pie­ro­gi, pyzy, nawet nale­śni­ki – ich smak odczu­wam po dzień  dzi­siej­szy. Inni, obcy też zachwy­ca­li się tym sma­kiem i podzi­wia­li zdol­no­ści kuli­nar­ne gospodyni.

        Nie­wąt­pli­wie, gdy­by żyła w póź­niej­szych cza­sach, mogła­by mieć nie­źle pro­spe­ru­ją­cy biz­nes, a może gdy­by jed­nak opu­ści­ła swój kraj, zaraz po woj­nie , i zna­la­zła­by się z rodzi­ną na tak zwa­nym zacho­dzie, nie­wąt­pli­wie pro­wa­dzi­ła­by swo­ją dzia­łal­ność  gastro­no­micz­ną.   Ale, o tym nikt nie myślał na ówcze­sne cza­sy. – To nasz kraj ! „ Na ponie­wier­kę nie chcę „

        — A  może ja mia­ła­bym łatwiej­szy start …

        Pamię­tam to jedze­nie:  owo­ce, warzy­wa nie­ska­żo­ne, kury od gospo­dy­ni, mle­ko rów­nież. Prze­cież to mle­ko było pro­sto od kro­wy i kto się przej­mo­wał, że nie bada­ne, nikt nie robił problemu.

        Jedze­nie pach­nia­ło jedze­niem, a chleb chlebem.

        Te ryby o nazwie kar­gu­le­na. Do dziś mam przed ocza­mi peł­ny pół­mi­sek usma­żo­nych, wyglą­da­ją­cych jak nasze scha­bo­we.  Teraz – tutaj, jak pisze że coś jest eko­lo­gicz­ne, pła­ci się za to wię­cej i to jest takie „ Wow „, ale te tutej­sze owo­ce i warzy­wa aż tak nie pach­ną jak te z lat dzie­ciń­stwa i młodości.

        Jako mło­dy jesz­cze czło­wiek opu­ści­łam ten swój komu­ni­stycz­ny kraj i zna­la­złam się w Gre­cji, jako turyst­ka tygo­dnio­wa.  Jesz­cze przed  wyjaz­dem rodził się zamysł pozo­sta­nia. Tak się sta­ło i kraj ten oka­zał się być  przej­ścio­wym kra­jem, żeby zna­leźć się na tym kon­ty­nen­cie, gdzie prze­by­wam obecnie.

        O pasz­port skła­da­ło się proś­bę. A bilet na wyku­pio­ną wyciecz­kę miał pomóc.

        Pamię­tam, że nawet cel­nik zna­jo­my zna­jo­mych powiedz­my, bez cere­gie­li przy­sta­wił swo­ją pie­cząt­kę któ­rą wycią­gnął ze swo­jej pra­cow­ni­czej tor­by zamknię­tej na kłód­kę. A to w celu uzy­ska­nia uza­sad­nie­nia, skąd posia­da­my dewi­zy. Mimo, że nie był za tą gra­ni­cą. Nie­moż­li­we sta­ło się możliwym.

        Na lot­ni­sku w Pol­sce musia­łam oddać pościel do spa­nia – nie wol­no. A pra­cow­ni­ca na lot­ni­sku w Gre­cji kaza­ła otwo­rzyć waliz­kę, po czym dziw­nie na mnie popa­trzy­ła, gdyż zoba­czy­ła tyle ciu­chów. Było tro­chę „strasz­nie” na lot­ni­sku w Pol­sce. Pamię­tam, że agent­ka kaza­ła otwo­rzyć mi  waliz­kę. Z jakiś ner­wów nie mogłam zna­leźć klu­czy­ka. Powie­dzia­ła – „ nie odzy­waj się, bo jesz­cze nie  wyjedziesz „

        Czu­łam się, jak­bym wyjeż­dża­ła gdzieś do stre­fy dla uprzy­wi­le­jo­wa­nych, nie do koń­ca pew­na, czy aby wyja­dę. To było pierw­sze moje i osta­nie zetknię­cie z „wła­dza­mi” Wte­dy poczu­łam, że jest nie­zbyt cie­ka­wie. Musia­łam żyć w bań­ce mydla­nej i byłam bar­dzo młoda.

        W Gre­cji żad­nych obo­zów, wspar­cia finan­so­we­go nie było, jak pamię­tam. Ludzie znaj­dy­wa­li miesz­ka­nia na wła­sną rękę, a Gre­cy zacie­ra­li ręce, że biz­nes się kręci.

        Brak zna­jo­mo­ści języ­ka dawał się we zna­ki. Inni Pola­cy byli skłon­ni poma­gać, tłu­ma­czyć. To byli smut­ni ludzie, któ­rzy prze­by­wa­li tam już 1,5 roku, będąc na pro­gra­mie rzą­do­wym i ocze­ki­wa­li na wezwa­nia do amba­sad danych kra­jów, gdzie mie­li moż­li­wość wyje­cha­nia do tych kra­jów. Myśla­łam – są pół­to­ra roku i nie wie­dzą, kie­dy wyja­dą … — Jak oni wytrzy­mu­ją tę tułaczkę?

        Oka­za­ło się póź­niej, że ja sama spę­dzi­łam wśród Gre­ków prze­szło sześć lat. Mniej wię­cej ile trwa­ła dru­ga światowa.

        Wydo­sta­łam się z tej mojej bań­ki mydla­nej w Pol­sce, i rodzi­łam się na nowo. Inna kul­tu­ra, jedze­nie – wia­do­mo.  Te owo­ce – soczy­ste i  pach­ną­ce brzo­skwi­nie, nek­ta­ry­ny, już bana­ny nie były taką atrakcją.

        Soczy­ste i pach­ną­ce poma­rań­cze, któ­re jada­łam raz w roku na świę­ta w swo­im kra­ju, tutaj były na wycią­gnię­cie ręki. Robi­ło się soki z poma­rań­czy.  Atrak­cją były sufla­ki — jakie sma­ko­wi­te! Moż­na było mieć szyb­ki obiad po dro­dze, wra­ca­jąc z pracy.

        Ale ten suflak, nie jest tym sufla­kiem, co tutaj.

        Od razu, gdy tyl­ko noga moja posta­ła na tej zie­mi, gdzie obec­nie prze­by­wam, szu­ka­łam grec­kich restau­ra­cji, żeby wła­śnie zjeść takie­go dobre­go sufla­ka. Nie­ste­ty roz­cza­ro­wa­nie. Ten suflak nie pach­nie, jak ten praw­dzi­wy grecki.

        Prze­trwa­łam prze­by­wa­jąc na czar­no w tym grec­kim świe­cie. Tutaj nie sądzę, że taki wyczyn był­by moż­li­wy do zrobienia.

        Gre­cy – otwar­ci, cie­ka­wi, wciąż zada­wa­li pyta­nia. — Skąd jesteś? – jak dłu­go jesteś? Ile masz lat? Jesteś może Gre­czyn­ką? A to dla­te­go, że opa­no­wa­łam ten język do takie­go stop­nia, że gesty­ku­lo­wa­łam ręko­ma jak oni, rusza­łam  gło­wą jak oni… i też się potra­fi­łam drzeć się  jak oni, kie­dy wyma­ga­ła tego sytuacja.

        Nikt, nigdy nie zarzu­cił mi, że jestem nie­po­praw­na poli­tycz­nie, że jestem pyska­ta, a już w ogó­le, że agre­syw­na. Wręcz prze­ciw­nie chęt­nie roz­ma­wia­li, słu­ży­li informacją.

        Ale były i ciem­ne stro­ny, więc nale­ża­ło  być czujnym.

        Przez pierw­sze dwa lata mie­li­śmy ofi­cjal­ne zezwo­le­nie na pobyt w tym kra­ju. W latach 90 tych sytu­acja się zmie­ni­ła, prze­sta­li dawać nam zezwo­le­nie, bo mówi­li, że rząd nawo­łu­je Pola­ków do powro­tu, że nas potrze­bu­je w kra­ju,  a to chy­ba zasłu­ga nasze­go Lesia … któ­ry wygło­sił taką prze­mo­wę… wracajcie…

        Kana­da przy­sto­po­wa­ła emi­gra­cję na pro­gram rzą­do­wy, a Gre­cy zaczę­li wyła­py­wać z uli­cy takich jak ja i odsta­wia­li do gra­ni­cy z Jugo­sła­wią po prze­trzy­my­wa­niu w wię­zie­niach. Aż się dzi­wi­łam, że tacy otwar­ci na tury­stów, szczę­śli­wi, że tako­wych mają, a potra­fią być rów­nież bezwzględni.

        Wyglą­dem jak mi mówio­no  przy­po­mi­na­łam Niem­kę, lub Angiel­kę, nie mia­łam pro­ble­mów na uli­cy. Gre­cy wła­śnie tak myśle­li, że jestem turyst­ką.  Zaczę­łam sie­bie dodat­ko­wo chro­nić, mówiąc, że jestem pra­cow­ni­cą amba­sa­dy, że jesz­cze tutaj popracuję.

        Ale otwar­tość i spon­ta­nicz­ność gospo­da­rzy, słoń­ce, zdro­we i pach­ną­ce jedze­nie rekom­pen­so­wa­ły strach. Zna­jo­mość języ­ka była coraz lep­sza. Sie­dząc tam tak na „czar­no„ prze­trwa­łam jakoś i docze­ka­łam się w  koń­cu prze­słu­cha­nia  w amba­sa­dzie kana­dyj­skiej. Mia­łam spon­so­rów prywatnych.

        Na uli­cach grec­kich czu­łam  się  bez­piecz­na, że nie zosta­nę napad­nię­ta na uli­cy. Bez pla­sty­ków, iden­ty­fi­ka­cji mogłam nawet posia­dać kon­to w banku.

        Porów­nu­jąc tam­te dwa świa­ty (a może nie nale­ży w ogó­le porów­ny­wać) z tym świa­tem: Nie­bo a Ziemia.

        Pamię­tam, że po wylą­do­wa­niu na lot­ni­sku już w Kana­dzie w Toron­to – poin­for­mo­wa­łam, że ścią­gam swo­je­go dzie­cia­ka. Zasko­czo­na Ofi­cer powie­dzia­ła, „zasta­nów się, czy chcesz to zro­bić? Pod­pi­su­jesz spon­sor­stwo na dzie­sięć lat. Jeśli nie będziesz mieć pra­cy, będziesz mia­ła dług, będziesz pła­cić za dzie­cia­ka.  Zmro­zi­ło mnie ta rada bez­dusz­na.   Prze­cież to moje dziec­ko ! –  Co ona do mnie mówi? Byłam zasko­czo­na jej myśle­niem. Nie rozu­miem. Pod­pi­su­ję papie­ry. Na dzie­sięć lat i bio­rę odpowiedzialność.

        Pierw­sze kro­ki sta­wia­łam w małym mia­stecz­ku onta­ryj­skim. Wyda­wa­ło mi się takie małe, takie nie tęt­nią­ce życiem, nie widzia­łam spa­ce­ru­ją­cych ludzi, cen­trum nie widzia­łam pomi­mo, że miej­sce to ucho­dzi­ło za centrum.

        Chcia­łam Euro­py. Mia­sto euro­pej­skie. Dra­pa­cze  chmur w cen­trum robi­ły wra­że­nie. To wła­śnie był  Mont­re­al w pro­win­cji Quebec.

        Było lato i  dużo kolo­ro­wych kwia­tów, dużo  zie­le­ni. Pta­ki śpie­wa­ły w par­kach. To było naj­faj­niej­sze w tym momencie.

        Od razu zwró­ci­łam uwa­gę, (a dało się zauwa­żyć w miej­scach prze­peł­nio­nych ludzi­ska­mi) na te nie­ru­cho­me twa­rze w środ­kach komu­ni­ka­cji miej­skiej, te twa­rze niczym nie­uśmiech­nię­te maski. A jeśli się poja­wiał to był sztucz­ny jakiś uśmiech, jakiś gry­mas twa­rzy w rodza­ju uśmie­chu, a oczy przy­mru­żo­ne, że two­rzy­ły widocz­ną sieć zmarszczek.

        Jedze­nie jakieś inne. Nic nie sma­ko­wa­ło, jakieś sztucz­ne wytwo­ry uda­ją­ce kieł­ba­sy / parów­ki. Owo­ce nie były owo­ca­mi z Pol­ski, Gre­cji w ogó­le. Ani to soczy­ste, ani pachnące.Będąc z zawią­za­nym ocza­mi, nie umia­ła­bym okre­ślić, jaki owoc trzy­mam przed swo­im nosem.

        Urzęd­ni­cy oka­za­li się być bez­dusz­ny­mi wyko­naw­ca­mi pra­wa, bez empa­tii, a może mie­li też nie­chęć do Euro­pej­czy­ka. Dużo jest tutaj ludzi, mają­cych intrat­ne sta­no­wi­ska, któ­rzy po dzień dzi­siej­szy twier­dzą, że dozna­li krzywd od nasze­go narodu.

        Pod­czas pro­ce­su spon­so­ro­wa­nia moje­go dzie­cia­ka, urzęd­nicz­ka nie pozwa­la­ła nawet sko­rzy­stać z jej biu­ro­we­go tele­fo­nu, a trze­ba zadzwo­nić do inne­go urzę­du, żeby dopeł­nić tego pro­ce­su. Ode­sła­ła mnie na uli­cę, żeby zadzwonić.

        Mówię – udo­stęp­nij swój pro­szę, nie znam ulic, gdzie są tele­fo­ny … a co jeśli nie uda mi się dodzwo­nić? – To jest mój tele­fon, rze­kła i nie dam. Odsu­nę­ła nawet ode mnie. Była nie­grzecz­na.  Tyl­ko mówi­ła o pie­nią­dzach, ile jesz­cze mam dopłacić.

        Mdle­ję gdzieś na scho­dach. Nie jestem w sta­nie iść o wła­snych siłach.

        Natknę­łam się na Polkę z biu­ra podróży.

        Pyta­łam o pew­ne rzeczy.

        A ta rodacz­ka na któ­rej wła­ści­wie widok się ucie­szy­łam – chwy­ci­ła się za gło­wę patrząc w dół na stół i rze­kła: „pani nic nie wie, pani dopie­ro co przy­je­cha­ła, ja nie mam cza­su, jestem zaję­ta. – niech pani idzie do biblio­te­ki pol­skiej, do kościo­ła … — nie wiem  gdzie jest Pol­ska biblio­te­ka rzekłam

        — To  pani nic nie wie. Nie mam cza­su tłumaczyć.

        Dało się zauwa­żyć, że jestem kom­plet­nie w innym świe­cie. Nie­przy­ja­znym, zim­nym, wręcz lodo­wa­tym.  A Gre­cy oka­za­ło się, nie są Gre­ka­mi z Gre­cji. Tele­ko­mu­ni­ka­cja była jed­na i mia­ła wyłącz­ność. Pła­ci­ło się kro­cie za roz­mo­wy z kra­jem. Oszczęd­no­ści top­nia­ły w eks­pre­so­wym tempie.

        Byłam mło­da i ener­ge­tycz­na. Lata­łam chęt­nie po szko­łach, robi­łam kur­sy języ­ko­we, zetknę­łam się z inny­mi emi­gran­ta­mi z róż­nych stron świa­ta.  Żeby nauczyć się języ­ka nale­ży prak­ty­ko­wać ten język i się z nim osłu­chać. Ale tutaj trze­ba było od razu być goto­wym – przy czym język fran­cu­ski był i jest domi­nu­ją­cym językiem.

        Zna­jąc już ten angiel­ski w jakimś tam stop­niu, ale wciąż małym, żeby sobie radzić wystar­cza­ją­co, kon­ty­nu­owa­ło się naukę w tym wła­śnie języku.

        Do naj­prost­szych prac trze­ba umieć poro­zu­mie­wać się we fran­cu­skim, bo jak mówio­no: „jak poro­zu­miesz się ze swo­imi fran­cu­ski­mi kole­ga­mi”. Śmie­chu war­te. Ile nie­wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych ludzi pra­cu­je, nie mają­cych poję­cia co robią. Ale ich atu­tem jest zazwy­czaj zna­jo­mość języka.

        Potrze­bu­ją ludzi do tak zwa­nych gor­szych prac, któ­rych „czy­sty québéco­is”  nie chce podej­mo­wać. Zna­ją swo­je pra­wa, są u siebie.

        Do dzie­cia­ka będą­ce­go wów­czas w tak zwa­nej szko­le języ­ko­wej dla emi­gran­tów, co tydzień przy­cho­dzi­ła jakaś nauczy­ciel­ka, pyta­jąc ich o pla­ny na przy­szłość. Wszy­scy pra­wie chcie­li się kształ­cić na wyż­szych stu­diach. A ona wów­czas zaczę­ła agi­to­wać tych stu­den­tów, aże­by nie zapi­sy­wa­li się na wyż­sze uczel­nie. Mówi­ła, że potrze­bu­ją elek­try­ków, ludzi do sprzą­ta­nia ulic, ot – po pro­stu pra­cow­ni­ków fizycz­nych.  Doda­wa­ła „a kto będzie pra­co­wał, jeśli pój­dzie­cie na stu­dia „ — A tak przy­naj­mniej będzie­cie szyb­ko mie­li pie­nią­dze i będzie­cie nie­za­leż­ni. Były to czę­ste prak­ty­ki powta­rza­ne regu­lar­nie. No – myślę sobie, rodzi­ce mają dziec­ko z poten­cja­łem, a tu szko­ła mówi, że wykształ­ce­nie jest nie­waż­ne. Jakiś  rebe­liant, nie wie­dzą­cy co robić, zro­bi jak mu szko­ła radzi i rodzi­ców nie posłu­cha. A wia­do­mo, że w naszej kul­tu­rze kła­dło się nacisk na wykształcenie.

        Jest część Fran­cu­zów dwu­ję­zycz­nych, że gdy mówią w tych języ­kach, to trud­no odgad­nąć czy są anglo­fo­na­mi, czy też fran­ko­fo­na­mi. Nato­miast inni Fran­cu­zi jak mówią po angiel­sku, nie moż­na ich zro­zu­mieć. Prze­pra­sza­ją, że nie mówią po angiel­sku, są zawsty­dze­ni. Prze­waż­nie są ci, któ­rzy uda­ją że nie mówią w ogó­le po angiel­sku.  Jak zoba­czą że czło­wiek się sta­ra, to prze­cho­dzą na język angiel­ski. Są też  tacy wdzięcz­ni, któ­rzy mówią „Mer­ci Mada­me. – Pytam – Za co mi dzię­ku­jesz? — Odpo­wia­da – za to że mówisz do mnie po fran­cu­sku. Jest mi miło, ale do koń­ca nie jestem pew­na, czy nie jestem przy­pad­kiem zbyt śmiesz­na z tym „ Kali jeść, Kali pić”.

        W jed­nym ze skle­pów reno­mo­wa­nych z pie­czy­wem, wypie­ka­mi, kawą, obsłu­gi­wał mło­dy Fran­cuz, któ­ry powie­dział sumę dwu­cy­fro­wą po francusku.

        Gdy popro­si­łam, żeby powie­dział po angiel­sku – odpo­wie­dział – jesteś w Quebe­cu, powin­naś mówić po fran­cu­sku. Powie­dzia­łam – jesteś mło­dy i powi­nie­neś być dwu­ję­zycz­ny dla dwu­ję­zycz­nej popu­la­cji, pra­cu­jesz w usłu­gach. Nie szko­dzi – odpo­wie­dział — to jest Quebec. — Nie wiesz kim jestem. — Mogę być turystką …

        Peł­no ludzi w skle­pie w mil­cze­niu przy­glą­da­ło się tej sce­nie. Kie­row­nik skle­pu nie zwró­cił uwa­gi pra­cow­ni­ko­wi, że powi­nien być może – bar­dziej ela­stycz­ny? Nikt się nie ode­zwał. Nikt nie sko­men­to­wał. Patrzy­li, jak­by czło­wiek się zerwał z jakiejś cho­in­ki w pre­ten­sjach, że nie rozumie.

        Mia­sto jest gene­ral­nie brud­na­we i wiecz­nie  roz­ko­pa­ne. Od począt­ku, jak tyl­ko się­gam pamię­cią, kon­struk­cje i poma­rań­czo­we trój­ką­ty sta­no­wi­ły jak­by uro­dę tego mia­sta. Jest to normalnością.

        Począt­ko­wo nie zwra­ca­łam  aż takiej uwa­gi, ale w pew­nym momen­cie, ten widok stał się rażą­cy. Nie ma koń­ca prac. Każ­de­go roku blo­ka­dy dróg, nie­sa­mo­wi­ty tra­fik, a widok pra­cow­ni­ków w poma­rań­czo­wych ubra­niach i te trój­ką­ty sta­ły się jak­by normalnością.

        Rowe­rem uda­je się poko­nać tra­sę wzdłuż dro­gi szyb­kie­go ruchu szyb­ciej, ani­że­li samo­cho­dom cią­gną­cym, jak pod­czas czy­je­goś pogrzebu.

        To samo dzie­je się w przy­pad­ku dróg rowe­ro­wych. Nie­spo­dzie­wa­na nie­spo­dzian­ka w posta­ci blo­ka­dy, głę­bo­kie roz­ko­pa­ne doły odgro­dzo­ne siatkami.

        Takie ozna­ko­wa­nia, że moż­na się pogu­bić. Naj­go­rzej jest w przy­pad­ku dłu­gich dystan­sów, kie­dy prze­by­wa się w innej miej­sco­wo­ści.  Trze­ba poko­nać most łączą­cy dwa mia­sta, któ­re odgra­dza rze­ka. Zda­rza­ło się, że taki zwo­dzo­ny most był zamknię­ty, trze­ba było zna­leźć inne rozwiązanie.

W skle­pie sprze­daw­ca fran­cu­sko­ję­zycz­ny wię­cej cza­su spę­dza z fran­cu­sko­ję­zycz­nym klien­tem.  Otrzy­mu­je się bar­dziej ubo­gi ser­wis. Natych­miast widzi się tą  róż­ni­cę, kie­dy pra­cow­nik oży­wa na widok klien­ta – Francuza.

        Zda­rza się, bo i takie mamy przy­pad­ki, że ktoś przy­mil­nie  pod­czas kon­wer­sa­cji po angiel­sku pyta nagle: „ A może twój fran­cu­ski jest lepszy?

        — Po co pytasz pytam? – nie rozu­miesz co mówię? – Oh nie, tak tyl­ko myślałam …

        Nawet tacy, któ­rzy opa­no­wa­li ten język, czy  przy­by­sze z Fran­cji nie są rozu­mia­ni przez tutej­szych. Quebe­cy nie rozu­mie­ją Fran­cu­zów z Fran­cji, takie­go emi­gran­ta po świe­żych naukach języ­ko­wych  rów­nież nie rozu­mie­ją. Trze­ba bar­dzo dużo cza­su i prak­tycz­nie codzien­nie roz­ma­wiać, żeby posiąść tą sztu­kę mówie­nia po francusku.

        Ta ich poli­cja języ­ko­wa jest dla nich jak dla kato­li­ka Kościół, jak modli­twa dla wie­rzą­ce­go i prak­ty­ku­ją­ce­go. Pra­cow­ni­cy rzą­do­wi cho­dzą z linij­ka­mi i mie­rzą, czy napis na biz­ne­sie po fran­cu­sku jest odpo­wied­nio duży w sto­sun­ku do napi­su po angiel­sku umiej­sco­wio­ne­go zgod­nie z pra­wem pod  fran­cu­skim napisem.

        Jeśli tak nie jest, trze­ba zdjąć i zmie­nić napis pod groź­bą kary pieniężnej.

        Byłam świad­kiem sce­ny w cza­sie godzin  pra­cy, kie­dy fran­cu­ska / urzęd­nicz­ka robi­ła z każ­dej stro­ny  zdję­cia takie­go napi­su. Nasza kie­row­nicz­ka poki­wa­ła jej ręką, wita­jąc ją chyba ….

        Szko­ły pry­wat­ne i kur­sy dro­gie. Zachę­ca­ją­ce ogło­sze­nia w pam­fle­tach, że kurs jest dwu­ję­zycz­ny. A w prak­ty­ce oka­zu­je się, że nauczy­ciel nie mówi na tyle dobrze, żeby pro­wa­dzić zaję­cia dla popu­la­cji angielskiej.

        Na moją skar­gę – dowia­du­ję się w dyrek­cji: — że dla­cze­go nie dać jej szan­sy?- uro­dzi­ła się z tym fran­cu­skim we fran­cu­skiej (quebec­kiej) rodzi­nie i nie  zdą­ży­ła się nauczyć.  I trze­ba dać jej szan­sę. Kiwam gło­wą ze zro­zu­mie­niem, bo jestem życz­li­wa i przyjacielska.

        W sądzie też już byłam. Poda­łam do małe­go sądu tutej­szą quebecz­kę – wła­ści­ciel­kę pry­wat­nej szko­ły – tam zapi­sa­łam się na kurs tech­nicz­ny. Wszę­dzie infor­ma­cje, że kurs jest dwu­ję­zycz­ny. Oka­za­ło się, że tyl­ko na bro­szu­rach był. Ona sama led­wie duka­ła i na moją proś­bę o angiel­ski – powie­dzia­ła, że ona mi wszyst­ko wytłu­ma­czy  na koniec lek­cji w tym języ­ku i da w koń­cu mate­riał po angiel­sku. A teo­rii było dużo.

        Prze­sie­dzia­łam  cały dzień słu­cha­jąc lek­cji po fran­cu­sku z inny­mi Fran­cu­za­mi – ja jedy­na angiel­ka i obca. Wła­ści­ciel­ka szko­ły znik­nę­ła tłu­ma­cząc się  pil­nym spo­tka­niem. Oka­za­ło się póź­niej, że sędzi­na jest zna­jo­mą tych ludzi biz­ne­su i tak pro­wa­dzi­ła spra­wę, kró­lu­jąc  na sali sądo­wej, prze­ry­wa­ła  mi, (a prze­cież też nie mówię w swo­im języ­ku) sto­su­jąc wszyst­kie sędziow­skie tech­ni­ki, żeby mnie onie­śmie­lać. I to się nazy­wa być u sie­bie i mieć znajomosci.

        — Jak to się nazy­wa? Dyskryminacja.

        Wszę­dzie moż­na ją napo­tkać w momen­tach, tak zwa­nych pod­bram­ko­wych, jak się zała­twia róż­ne sprawy.

        Miesz­ka­nia / Apar­ta­men­ty nie były i nie są moc­ną stro­ną tej prowincji.

        Sta­re budyn­ki z tymi miesz­ka­nia­mi wyma­ga­ją  remon­tów.  Wła­ści­cie­le nie chcą inwe­sto­wać. Nie­kie­dy utrud­nia­ją wynaj­mu­ją­cym, bo chcą ich się pozbyć. Zmę­cze­ni loka­to­rzy wypro­wa­dza­ją się, a wła­ści­ciel robi jakieś szyb­kie malo­wa­nie, napra­wi coś i zawy­ży cenę takie­go mieszkania.

        Nie każ­dy ma siłę, lub ocho­tę na docho­dze­nie swo­ich praw. Jest tutaj tro­chę tych kli­nik adwo­kac­kich z adwo­ka­ta­mi, któ­rzy bro­nią praw loka­to­rów. Ale myślę, że prze­pi­sy nie nadą­ża­ją za wpro­wa­dza­niem ich w życie.

        Widać zanie­dba­nia i byle­ja­kość usług.

        Pral­nia potra­fi oddać kasz­mi­ro­wy sza­lik – spa­lo­ny czę­ścio­wo bez spo­rej końcówki.

        Na wie­sza­ku zawie­szo­ny i okry­ty folią — nie wzbu­dza podej­rzeń.  Nale­ży zapła­cić i tak się prak­ty­ku­je, a patrzy dopie­ro w domu, lub gdy chce się zało­żyć taką rzecz. Ja robię po swo­je­mu. Aku­rat odwrot­nie. Po  kil­ku takich róż­no­ra­kie­go rodza­ju usłu­gach  – jestem czujna.Oglądam rzecz przed zapła­ce­niem. Nie pła­cę, a patrzę. I tak zoba­czy­łam pięk­ny sza­lik bez  spo­rej koń­ców­ki. Jestem bar­dziej sfru­stro­wa­na tym oszu­stwem niż utra­tą sza­li­ka. — Jak moż­na tak  chcieć zała­twić klien­ta w reno­mo­wa­nej pral­ni w cen­trum handlowym?

        Szpi­ta­le – zawsze były zapeł­nio­ne, na emer­gen­cy cze­ka­ło się wie­le godzin, żeby zoba­czyć lekarza.

        I tak było w moim przy­pad­ku, kie­dy mia­łam zaka­że­nie pal­ca. Niech mój przy­kład będzie prze­stro­gą. Zwy­kłą igłą ukłu­łam się mię­dzy paznok­ciem, a opusz­kiem pal­ca. Wyjąt­ko­wo nie zde­zyn­fe­ko­wa­łam tego miej­sca, pomi­mo że oto­czo­na zawsze jestem taki­mi pro­duk­ta­mi. Towa­rzy­szył mi nie­sa­mo­wi­ty ból, nie mogłam ruszyć pal­cem, a jak cze­goś dotknę­łam, chciał odpaść.

        Po sze­ściu godzi­nach ocze­ki­wa­nia, zaczę­łam się dopy­ty­wać, kie­dy zoba­czę lekarza.Dowiedziałam się od jakiejś pie­lę­gniar­ki, że im wię­cej będę pytać, tym dłu­żej posie­dzę. W efek­cie, po sied­miu godzi­nach jakiś pie­lę­gniarz podał mi zastrzyk w ramię. Naka­za­no dalej czekać.

        Po kolej­nej godzi­nie, weszłam do duże­go poko­ju, gdzie byli jacyś leka­rze. Pytam, jak dłu­go mam jesz­cze cze­kać, palec boli, nie mogę nawet trzy­mać jedze­nia oraz jaki rodzaj zastrzy­ku otrzymałam.

        Kobie­ta o czar­nej kar­na­cji skó­ry w szpi­tal­nym far­tu­chu, poka­zu­jąc mi pal­cem, naka­zu­je roz­ka­zu­ją­cym tonem wyjść i mówi, że nie muszę wie­dzieć, jaki zastrzyk mi wstrzyknięto.

        Sta­ję się upar­ta i odma­wiam posłu­szeń­stwa. Mówię „moje cia­ło i mam pra­wo wie­dzieć co mi poda­no w cia­ło. Ona „wystar­czy że lekarz wie„  że to nie jest dla mnie ważne.

        Nadal odma­wiam akcep­ta­cji takiej odpo­wie­dzi, po czym sam kie­row­nik tego emer­gen­cy przy­stą­pił do akcji. Popro­si­łam o nazwę na papie­rze, któ­rą otrzy­ma­łam. Ale już byłam na celow­ni­ku. Póź­niej oczysz­czo­no mi palec, ale nie­mi­le doświad­cze­nia pozostały.

        Zawsze cze­ka­ło się dłu­go na leka­rza w sytu­acjach z pro­ble­mem zdro­wot­nym. Sami Ame­ry­ka­nie, któ­rych spo­tka­łam pod­czas takich posie­dzeń, dzi­wi­li się, że tak jest w Kana­dzie. Mówi­li, że u nich tak nie ma.

        I taka ta Kana­da – Quebec – Montreal.

To jest praw­dzi­we quebec­kie państewko.

        Ludzie nie mówią praw­dy. Zwy­czaj­nie   kła­mią. To jacyś pro­fe­sjo­nal­ni kłamcy.

        To pora­ża. Na począt­ku nie zwró­ci­łam szcze­gól­nej uwa­gi, ponie­waż ludzie są na ogół jak­by mili, niby uśmiech­nię­ci, zapew­nia­ją, prze­ko­nu­ją. Pra­wie każ­dy jest psy­cho­lo­giem. Sto­so­wa­na tech­ni­ka to „rever­se psychology“

        Prze­ina­cza się treść roz­mo­wy. Nie ma szans na kon­fron­ta­cję i wte­dy mamy problem.

        Posłu­żę się przy­kła­dem: jeśli powiesz roz­mów­cy, że zagi­nął pies sąsia­da,  zerwał się z lin­ki, chcia­łeś pomóc, dogo­nić, to w efek­cie może oka­zać się, że chcia­łeś uśmier­cić tego psa, bo hała­su­je za dużo i nie możesz odpoczywać.

        Nie do pomy­śle­nia. Ja jesz­cze w to nie wie­rzę, że tak jest. Sama mię­dzy inny­mi jestem ofia­rą takiej misinterpretacji.

        Pew­nie da się zauwa­żyć, że coś krę­cę na tę swo­ją Kana­dę nosem… pro­szę tyl­ko nie pytać„ to dla­cze­go tutaj sie­dzisz? Dro­ga wolna.

        Powiem tyle – jest w życiu taki szach.

        To jest mój trze­ci kraj i dla mnie wła­ści­wie oka­zał się naj­gor­szy. Żyję w jakimś reżi­mie. Już tak bez­tro­sko się nie śmie­ję, jak kiedyś.

        Nigdy nie wol­no było zbyt dużo pytać, lub mieć swo­je zda­nie odmien­ne od ogó­łu. Czło­wiek czu­je się stłam­szo­ny tym nowym światem.

        Innym się podo­ba —  nawet bar­dzo. Chwa­ła  im za to, są wdzięcz­ni loso­wi, że ich tu przygnał.

        Inni, nie­ko­niecz­nie wyłącz­nie roda­cy szy­ku­ją sobie w ich kra­ju gniaz­do, na tak zwa­ne zło­te lata. Tutaj chcą zwy­czaj­nie dobić do eme­ry­tu­ry i wyje­chać stąd na zawsze, ale mają punkt zacze­pie­nia i swo­je rodzi­ny. Odno­szę wra­że­nie, że dla mnie ani tu, ani tam. Może gdzieś pomię­dzy, jeśli coś takie­go jest.

        Dotrwa­łam do cza­sów, że jest jesz­cze gorzej.

        Ani rów­no­ści spo­łecz­nej tutaj nie zauwa­ża­łam. Lepiej są trak­to­wa­ni ci z odmien­nym kolo­rem skó­ry. Już mi publicz­nie  wykrzy­cza­no kie­dyś na uli­cy, że pocho­dzę z kra­ju anty­se­mic­kie­go, że jestem rasist­ką. Po czym pozna­jesz pytam – z jakie­go kra­ju jestem? — Po akcen­cie, jest odpo­wiedź. U was nie lubi­cie kolo­ro­wych… — Poczy­taj tej praw­dzi­wej histo­rii, powiadam.

        Skan­da­lem jest, że w pry­wat­nych szko­łach, gdzie cze­sne jest spo­re, dzie­cia­ki uczą­ce się na pozio­mie col­le­geu,  dowia­du­ją się, że byli tak zwa­ni Nazi­ści, ale nie Niemcy.

        Pytam – kim byli, z jakie­go kra­ju się wywo­dzi­li? No — byli nazi­sta­mi. Mówię – Niem­cy byli nazi­sta­mi, zapo­cząt­ko­wa­li hor­ror dla ludzi.Nie. —  Niem­cy nie byli tacy, to byli naziści.

        Quebec zawsze myślał o sepa­ra­cji od pozo­sta­łych pro­win­cji.  Pewien poli­tyk kie­dyś zarzu­cił, że prze­grał przez emi­gran­tów… któ­rzy nie chcą tej separacji.

        Obec­nie ta pro­win­cja coraz bar­dziej pod­du­sza. Wzię­li się za miło­śni­ków kupu­ją­cych ulu­bio­ne trun­ki jak i miło­śni­ków zaży­wa­ją­cych ziel­sko w każ­dej postaci.

        Czę­sto zza szyb samo­cho­dów docho­dzi mnie zapach tra­wy. Ponoć to relak­su­je. Zatem spo­łe­czeń­stwo jest bar­dzo zrelaksowane.

        Moje pra­wa w obec­nym kraju/Quebecu już daw­no były naru­sza­ne, nie mia­łam swo­bo­dy wypo­wie­dzi myśli, ta popraw­ność poli­tycz­na i mówie­nie bia­łe na czar­ne oka­za­ło się być męczące..

        Posłu­gi­wa­nie się tyl­ko angiel­skim ogra­ni­cza dostęp do wie­lu innych dzie­dzin życia. Trze­ba przy­znać, że Fran­cu­zi lubią się bawić, wyda­wać pie­nią­dze. Jest wie­le roz­ryw­ki,  spek­ta­klów, w więk­szo­ści po fran­cu­sku. Fran­cu­zi lubią się śmiać. Wszyst­ko „easy”, żeby było.

        Tutaj trze­ba być koope­ra­tyw­nym. Co ozna­cza donosić.

        To prze­czy moim zasa­dom i odstrę­cza mnie od tej inte­gra­cji. A jak się mil­czy, to nie współ­pra­cu­je się i jest się dziwnym.

        Nie wiem, gdzie mnie jesz­cze losy rzu­cą, to nie jest mój dom.

        Zima jest tutaj zbyt dłu­ga i uciąż­li­wa. Dla upra­wia­ją­cych spor­ty zimo­we – nar­ty, to jest fraj­da. Tyle mie­się­cy cho­dzi­my w sza­lach, pra­wie do koń­ca kwiet­nia. Zim­no prze­szy­wa na wskroś. Lidzie okap­tu­rze­ni, widać tyl­ko te ciem­ne oczy wysta­ją­ce spod cza­pek i tych kapturów.

        Nie ma wiosny.

Nato­miast jesień jest pięk­na i kolo­ro­wa, ale taka krót­ka, że trze­ba „łapać”  te dni.

        Chęt­nie słu­cham nie­za­leż­nych. Tam dowia­du­ję się praw­dy. Słu­cham o swo­im kra­ju. Lubię spo­łecz­no­ści, któ­re trzy­ma­ją się razem i wspie­ra­ją, zwłasz­cza w tych trud­nych czasach.

        Nie­daw­no zna­jo­ma stwier­dzi­ła, że tęsk­ni za swo­ją zie­mią – a mia­ła jej kawa­łek. Przy­nio­sła drew­na, roz­pa­li­ła ogień, wydo­iła kro­wę, poroz­ma­wia­ła z sąsia­da­mi… Że ta komu­na aż taka zła nie była.

        A tu – pew­na pani felie­to­ni­sta Polka,  miło­śnicz­ka histo­rii, pisze i publi­ku­je swo­ją pra­cę oskar­ża­jąc nas  o czy­ny „nie­god­ne”, bo z innym histo­ry­kiem robi­li docho­dze­nie… wyszło, że jeste­śmy spraw­ca­mi mor­du ma pew­nej gru­pie etnicz­nej pod­czas wojny.

        Pocią­gnę­ła za sobą innych czy­tel­ni­ków, któ­rzy w komen­ta­rzach popar­li ją mówiąc: „tak pew­nie robi­li  to dla pieniędzy …”

        Na moje dostar­czo­ne mate­ria­ły doty­czą­ce tej spra­wy łącz­nie z fil­mi­kiem, jak praw­dzi­wi Pola­cy mani­fe­sto­wa­li w tym mia­stecz­ku,  żeby poło­żyć kres tym szka­lu­ją­cym nas oskar­że­niom, wyłą­czo­no mnie z gru­py, usu­nię­to moje mate­ria­ły, a felie­ton tej pani pozostał.

        Okrop­ność. Prze­cież mogła ta pani wspo­mnieć o rocz­ni­cy wyda­rzeń i upa­mięt­nie­nia tych wyda­rzeń,  ale jako Polka żeby tak oszka­lo­wać roda­ków i to pod­czas kie­dy osta­tecz­nie  prac nie zakoń­czo­no i kie­dy dostar­cza­ne sa nowe dowo­dy unie­win­nia­ją­ce Polaków.

        Jak inni Pola­cy pozwa­la­ją na zaist­nie­nie w ogó­le takich mate­ria­łów dzien­ni­kar­skich na forach spo­łecz­no­ścio­wych. Uwa­żam to za skan­da­licz­ne. Nikt spe­cjal­nie nie opo­no­wał. Ja na pew­no nie mam ocho­ty na słu­cha­nie wywo­dów takiej pani.

        No cóż – i  takie oso­by moż­na spo­tkać na tej ziemi.

        Ale pocie­szam się, że jest gru­pa nie­złom­nych Pola­ków, dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy wal­czą o Pol­skę, o jej dobre imię. Pan Pio­trek S, któ­re­go podzi­wiam za odwa­gę. Nie­złom­ny, odważ­ny, wytrwa­ły w swej walce.

        Nie jest sam. Ma dużo zwo­len­ni­ków. Jestem peł­na podzi­wu. Czy on aby cza­sem oglą­da się za siebie?

        A nasz Quebec zno­wu się wyróżnia.

        Wła­śnie premier/król nakla­da kary pie­nięż­ne dla osób, któ­re są nie­za­igło­wa­ne tym pre­pa­ra­tem. Pod­czas gdy inne pro­win­cje m.in. Alber­ta nie par­ty­cy­pu­ją w przy­mu­sza­niu do igły..

        Jest zbyt dużo dez­in­for­ma­cji na temat całej sytu­acji, a ludzi trak­tu­je się jak pion­ki na szachownicy.

        Jestem zastra­szo­na chy­ba bar­dziej dyk­ta­tu­rą i meto­da­mi obec­ne­go rzą­du, ani­że­li samym wiru­sem. Nie wiem co jest gorsze..

        To tak jak­by sie­dzieć w jakimś uno­wo­cze­śnio­nym obo­zie – dostęp do inter­ne­tu, cie­płej wody… ocze­ku­jąc  na kolej­ny wyrok.

        Zima nie sprzy­ja tym warun­kom. Wiel­ki mróz. Okna poza­ma­rza­ne. Syberia?

        Jakoś nigdy ten Quebec nie był dla mnie przy­ja­zny. Tak, jak­bym mia­ła kon­takt z opraw­ca­mi. Nie jestem popraw­na politycznie.

Mario­la