Nie ma chyba nikogo, kto nie oglądałby choć jednego odcinka serialu „Stawka większa niż życie” z niezapomnianym Stanisławem Mikulskim w ikonicznej już roli kapitana Hansa Klossa. Któż jednak wie, że fikcyjna postać agenta o kryptonimie J-23, ukrywającego swoją prawdziwą tożsamość pod mundurem niemieckiej Abwehry, miała swój najbardziej realny odpowiednik w osobie mieszkańca Grodziska Mazowieckiego, niewielkiego miasta znajdującego się około 30 km na południowy zachód od Warszawy?

        – To był nasz Kloss – przekonuje Andrzej Jakubowski, żołnierz Armii Krajowej pseudonim „Mały”. – Ilu ludziom on życie ocalił. Mnie także uratował od pewnej śmierci. Kiedy zostałem aresztowany przez Gestapo i znajdowałem się już na posterunku, wyprowadził mnie stamtąd i kazał uciekać. Do dziś myślę, że żyję dzięki niemu.

Kim był człowiek, który mógł poczynać sobie z podobną brawurą i to w samej „jaskini lwa”? Igrać z wrogiem tuż pod jego nosem? Jakim cudem pozostał niezauważony? I najważniejsze pytanie: co w istocie łączyło go z Grodziskiem?

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Powiedzmy na razie tyle, że bohater opowieści pana Andrzeja posługiwał się pseudonimem A-5 i miał nieograniczony dostęp do pomieszczeń zajmowanych przez niemieckich okupantów. Zarówno urzędowych jak i prywatnych. Niepowstrzymany przez nikogo buszował po gabinetach, salach zebrań, garsonierach oficerskich i żołnierskich kwaterach. Ba, sam bywał do nich zapraszany. Wręcz oczekiwany. Pozostawiany bez nadzoru swobodnie przeglądał szuflady i szafy, sprawdzał zawartość kieszeni mundurów i teczek rozłożonych na biurkach. Czytał dokumenty i przepisywał treść dokumentów. Pracował metodycznie, bez pośpiechu w przekonaniu, że z pewnością nikt nie będzie chciał mu przerywać. A potem, nie niepokojony przez nikogo, wychodził w poczuciu dobrze wykonanego obowiązku, by podzielić się zdobytą wiedzą z przedstawicielami polskiego podziemia operującymi na terenie miasta.

Sprzyjało mu wszystko: zamiłowanie Niemców do porządku, przepisy obowiązujące w okupacyjnej administracji, uniform, dzięki któremu stawał się dla wrogów niejako „przezroczysty”, wreszcie zajmowane stanowisko – nie budzące podejrzeń u niemieckich mocodawców, a zarazem gwarantujące skuteczną realizację rozkazów wydawanych przez dowódców z szeregów Armii Krajowej: dezynfektora.

Tę właśnie funkcję pełnił Edmund Syrokomla-Syrokomski, zatrudniony z dniem 1 września 1943 r. przez okupacyjny Zarząd Związku Gmin na podstawie przepisów obowiązujących nie będących Niemcami „pracowników fizycznych i umysłowych w służbie publicznej na obszarze Generalnej Guberni”.

Wcielony do kolumny sanitarnej odpowiedzialnej za rejon Grodziska został asystentem lekarza powiatowego, doktora Piotra Żebrowskiego.

Jeszcze przed objęciem posady, w sierpniu, Edmund Syrokomla-Syrokomski – od roku mieszkający z żoną Zofią i dwojgiem małych dzieci w Grodzisku przy ul. Kraśniczej 37 – został włączony do konspiracji jako żołnierz AK Obwodu Bażant Ośrodka „Osa”.


Do zadań Syrokomskiego, któremu nadano kryptonim A-5 należało zwalczanie wywiadu Gestapo i żandarmerii oraz zabezpieczanie działań AK, rozpracowywanie agentów i konfidentów. Nie trzeba dodawać, że powierzone zadania idealnie zgadzały się z codziennymi obowiązkami Edmunda, przeprowadzającego dezynfekcje gazowe w lokalach niemieckich i uczestniczącego stale w akcjach odwszawiania odzieży należącej do okupantów. Poruszając się swobodnie po korytarzach urzędów, odwiedzając żołnierskie koszary i kantyny, zaglądając systematycznie na posterunki żandarmerii i Gestapo, jak rasowy szpieg zbierał informacje, które dla lokalnych struktur podziemia posiadały największą wartość, pozwalając na sabotowanie działań Niemców, unikanie „wpadek” i aresztowań oraz skuteczne eliminowanie kolaborantów.

Poza pełnieniem misji z zakresu szeroko pojętego kontrwywiadu, A-5 doprowadził do ocalenia wielu członków organizacji, schwytanych i przetrzymywanych w celu przesłuchania lub transportu do miejsc kaźni. Wykorzystując znajomość budynków, a pewnie także ludzi i ich słabości, ułatwiał ucieczkę osadzonym akowcom. Nigdy nie został zdemaskowany, co więcej, cieszył się u swych niemieckich pracodawców nieposzlakowaną opinią, czego dowodem pozostają referencje, zaświadczające, iż Edmund Syrokomla-Syrokomski wykazywał się w czasie pełnienia służby „dużą samodzielnością, inteligencją i zdolnościami”.

Po 1945 r. Edmund Syrokomla-Syrokomski, przedstawiciel szlacheckiego rodu, syn organizatora i pioniera polskiego lotnictwa, Jerzego Syrokomla-Syrokomskiego, przedwojenny porucznik WP kontynuował pracę kontrolera sanitarnego w Grodzisku, a potem był szefem Kolumny Sanitarno-Epidemicznej na dzielnicę Mokotów w Warszawie. Jego małżonka, Zofia, podobnie jak on zaangażowana w struktury podziemne przez kilkanaście lat prowadziła w Grodzisku łaźnię publiczną, z której korzystali żołnierze niemieccy i kontyngent węgierski (a zaraz po wojnie Sowieci), posiadającą specjalną komorę w której poddawano odwszawianiu mundury, podczas gdy żołnierze korzystali z publicznych natrysków, a oficerowie wanien.

Edmund Syrokomla-Syrokomski pozostał w pamięci towarzyszy broni asem wywiadu, co najmniej tak dobrym jak Kloss. Nie, lepszym, bo prawdziwym.

Łukasz Nowacki

        Tekst powyższy, opublikowany wcześniej w Kraju dostarczył Gońcowi syn Edmunda, Maciej Syrokomla-Syrokomski, właściciel agencji tłumaczeń „Habdank Communications” z siedzibą w Toronto.