Cyprian Klahs OP, 3 listopada 2019

Wielu ludzi traktuje chrześcijaństwo jak supermarket, w którym może sobie dowolnie wybierać, co im się podoba, co się przyda, a co nie.

Kto obroni autentyczność i integralność chrześcijańskiego sposobu życia przed nami samymi?

Otóż sumienie nie stanowi o tym, co jest dobre, a sąd sumienia to nie to samo, co moja opinia.
Kościołowi byłoby łatwiej powiedzieć: Róbcie, mówcie, myślcie, co chcecie. Ale z pewnością ci, którzy są w Kościele odpowiedzialni za przekaz wiary, usłyszeliby kiedyś wyrzut Pana: „Roztrwoniliście skarb, prawdę, którą wam przekazałem”.

Franciszek żyje w przykładnym sakramentalnym małżeństwie, ale uważa, że związki partnerskie, życie bez ślubu, także w związkach homoseksualnych, są w porządku. Genowefa i Ferdynand do małżeństwa dopiero się szykują, starają się żyć w czystości, uważają jednak, że współżycie przed ślubem nie jest niczym złym. Maryla osobiście nigdy nie dopuściłaby się aborcji, jednak jej zdaniem są sytuacje, kiedy jest ona uzasadniona i nie powinna być traktowana jako coś złego. Samanta ma podobne zdanie w sprawie eutanazji. Herman, choć jest wierzącym i pobożnym katolikiem, uważa, że księża powinni się żenić. Mariola sądzi, że Kościół powinien udzielać święceń także kobietom. Podobne przykłady można mnożyć.

Czy takie przekonania są grzechem? Czy to coś złego, że człowiek ma swoje zdanie? Czy tego rodzaju poglądy wyrządzają jakąś szkodę? Czy trzeba się z nich spowiadać? Kiedy, dlaczego? I jak to ocenić?

Takie jest moje zdanie

Temat jest ważny, poważny i bardzo skomplikowany. Zbliżam się więc do niego z ostrożnością, delikatnie, na paluszkach, nasłuchuję, badam. Najpierw przychodzą skojarzenia lekkie, niemal frywolne. Na przykład taki dialog z Tanga Mrożka:

Ala: Powiedz, czy ty masz zasady? Edek: Owszem, mogę mieć. Ala: Jakie? Edek: Pierwszorzędne.

Zaraz po tym przychodzi mi na myśl zdanie z Trans-Atlantyku Gombrowicza: „Nie jestem ja na tyle szalonym, żebym w Dzisiejszych Czasach co mniemał albo i nie mniemał”. A jako zwieńczenie dodam jeszcze to obiegowe i do bólu logiczne stwierdzenie: „Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam!”.



W ten sposób można traktować przekonania albo zasady. Mogę je mieć. Takie albo inne. Pierwszorzędne, pierwsze z brzegu, takie, jakie mają wszyscy, albo przeciwnie, takie, które są na przekór wszystkim. A może bezpieczniej jest nic nie mniemać, przekonań nie mieć? W końcu jaka to różnica, mam czy nie mam? Najważniejsze, że są moje, że ja się z nimi zgadzam. Moje i wara wszystkim od tego! Nikt mi nie będzie mówił, jakie mam mieć przekonania, co mam myśleć lub sądzić na taki czy inny temat!

Ale przecież tu chodzi o sprawy poważne, nie o żarty, o frywolność. Rzeczywiście nieraz w konfesjonale albo podczas rozmowy duszpasterskiej można usłyszeć pytanie: Czy to jest grzech, czy muszę się z tego spowiadać? Czasami ludzie spowiadają się z tego, że w konkretnej sprawie nie zgadzają się z nauczaniem Kościoła. Inni mówią z niepewnością albo poczuciem winy, że w jakiejś dyskusji nie bronili wiary, nie umieli uzasadnić stanowiska Kościoła. Jak zatem na takie sprawy i sytuacje patrzeć i jak je oceniać?

Kiedy myślę o tym poważnie, z pomocą przychodzi mi przypisywana św. Tomaszowi z Akwinu zasada, którą można ująć tak: „Rzadko potępiaj, często afirmuj, ale przede wszystkim rozróżniaj”. Sam Tomasz stosował tę zasadę do bólu. Zbierał wszelkie argumenty i kontrargumenty, analizował, rozróżniał, czasami niemal dzielił włos na czworo, by dojść do prawdy. Właśnie o tę konieczność i umiejętność rozróżniania przede wszystkim chodzi. Jest ona tutaj bardzo potrzebna.

Osoba a czyn

Mówi się o Bogu, że nienawidzi grzechu, ale ma miłosierdzie dla grzesznika; pierwsze spojrzenie Chrystusa nigdy nie pada na grzech, ale na cierpienie i nieszczęście, jakie grzech sprowadza na grzesznika! Często trudno jest oddzielić czyny człowieka od niego samego, a jednak jest to coś potrzebnego, choćby dlatego, że konkretny czyn nigdy nie stanowi o całym człowieku, zawsze kryje się w nim więcej – może się on nawrócić, czyny z upływem czasu nabierają innego znaczenia i ciężaru. I to jest pierwsze, może najbardziej fundamentalne rozróżnienie, którego potrzebujemy, starając się o właściwe postawy i przekonania.

Dla przykładu można przytoczyć to, czego uczy Katechizm Kościoła katolickiego w kwestii homoseksualizmu. Czytamy tam, że osoby homoseksualne „powinno się traktować z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji” (n. 2358). Jednakże w tym samym Katechizmie Kościół jednoznacznie wyraża opinię na temat homoseksualizmu, szczególnie zaś aktów homoseksualnych:

„Tradycja, opierając się na Piśmie Świętym, przedstawiającym homoseksualizm jako poważne zepsucie, zawsze głosiła, że »akty homoseksualizmu z samej swojej wewnętrznej natury są nieuporządkowane«. Są one sprzeczne z prawem naturalnym; wykluczają z aktu płciowego dar życia. Nie wynikają z prawdziwej komplementarności uczuciowej i płciowej. W żadnym wypadku nie będą mogły zostać zaaprobowane” (KKK 2357).

To oczywiście jeden z przykładów pokazujących, że szacunek dla osoby nie oznacza, że trzeba akceptować jej postawy i przekonania. A skoro już poruszony został temat homoseksualizmu, który aktualnie wywołuje tak wiele dyskusji i budzi tyle emocji, to warto przeczytać z Katechizmu przynajmniej trzy akapity poświęcone temu tematowi (KKK 2357– 2359), choć oczywiście lepiej byłoby rozpatrywać je w kontekście chrześcijańskiego rozumienia miłości, seksualności i małżeństwa.



Na poziomie bardziej ogólnym tę potrzebę rozróżniania warto zastosować do trzech odrębnych kategorii spraw. Oczywiście odnoszę się do pytania o grzech, a więc domyślnie do pytań osób wierzących i tego, co ich wiary – oraz moralności – dotyczy. Otóż w tym obszarze można wyróżnić kwestie neutralne, otwarte i określone.

Wśród kwestii neutralnych można na przykład wymienić oddanie narządów do przeszczepu. Kościół tego nie nakazuje, ale uznaje, że może to zasługiwać na uznanie (o ile nie jest w żaden sposób wymuszone i „jeśli fizyczne i psychiczne niebezpieczeństwa, jakie ponosi dawca, są proporcjonalne do pożądanego dobra biorcy”; zob. KKK 2396). Inny przykład to kremacja zwłok. Jakkolwiek „Kościół usilnie zaleca zachowanie pobożnego zwyczaju grzebania ciał zmarłych. Nie zabrania jednak kremacji” („jeśli nie została wybrana z pobudek przeciwnych nauce chrześcijańskiej”; KPK 1176, §3). Są tu podane pewne warunki, niemniej jednak sama istota sprawy jest neutralna. Każdy może wobec nich zająć stanowisko „za” lub „przeciw”.

Inna kategoria to sprawy otwarte, co do których ciągle toczą się dyskusje, podlegają one badaniu, ocenie, przytaczane są argumenty. Weźmy na przykład celibat księży. W Kościele katolickim istnieje obowiązująca od wieków tradycja wymagająca od księży zachowywania celibatu. Niemniej już zdarzają się wyjątki, a raz po raz powraca dyskusja, także wśród hierarchów, o ewentualności święcenia żonatych mężczyzn. Do spraw otwartych można zaliczyć pytanie, czy katecheza powinna być prowadzona w szkole, czy przy kościele, czy sakrament bierzmowania powinien być zwyczajnie udzielany w wieku piętnastu czy osiemnastu lat itp.

Wiele spraw dotyczących wiary i moralności zostało już jasno określonych i zdefiniowanych, przede wszystkim przez samo Pismo Święte i autentyczną Tradycję Kościoła, przez Urząd Nauczycielski Kościoła, przez sobory lub papieży. Na przykład to, że aborcja i eutanazja, jeśli zostały przeprowadzone intencjonalnie i celowo, są grzechem (nawet jeśli prawo cywilne w niektórych wypadkach dopuszcza takie czyny). Jednoznaczne też jest nauczanie na temat sakramentalnego małżeństwa, mianowicie, że tworzą je mężczyzna i kobieta. Jasno powiedziane jest również, że wspólne życie i współżycie bez sakramentu małżeństwa jest grzechem. Określona też została kwestia święcenia kobiet. Jan Paweł II w liście apostolskim Ordinatio sacerdotalis z 1994 roku napisał: „Aby zatem usunąć wszelką wątpliwość w sprawie tak wielkiej wagi, która dotyczy samego Boskiego ustanowienia Kościoła, mocą mojego urzędu utwierdzania braci (por. Łk 22,32) oświadczam, że Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich kobietom oraz że orzeczenie to powinno być przez wszystkich wiernych Kościoła uznane za ostateczne”. Nauczanie to zostało potwierdzone przez Kongregację Nauki Wiary jako definitywne. Także papież Franciszek nieraz odwoływał się do tego stwierdzenia jako ostatecznego.

Ten ostatni temat przedstawiłem nieco obszerniej, choć może nie budzi on największych kontrowersji, ponieważ jest dobrym wprowadzeniem do następnej sprawy, którą chcę omówić. Chodzi o rolę i znaczenie Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, inaczej zwanego Magisterium Kościoła. Kościół, a dokładniej właśnie Magisterium, ma władzę (i obowiązek!) określania – nie arbitralnie, ale w oparciu o objawienie – co jest, a co nie jest zgodne z nauką chrześcijańską. Zadaniem tego urzędu jest chronić depozyt wiary przed wypaczeniami i słabościami oraz zapewnić wiernym możliwość wyznawania bez błędu autentycznej wiary (zob. KKK 890). Orzeczenia Magisterium mogą być definitywne, oparte na udzielonym Kościołowi charyzmacie nieomylności, i wówczas katolik powinien, jak to określił Sobór Watykański II, „do takich definicji przylgnąć posłuszeństwem wiary” (Lumen gentium, 25). A nawet „nauczaniu zwyczajnemu wierni powinni okazać »religijną uległość ducha«, która różni się od uległości wiary, a jednak jest jej przedłużeniem” (KKK 892).

Można oczywiście powiedzieć z oburzeniem: Jak to? Nikt mi nie będzie mówił… itd. W tym momencie przychodzi mi na myśl wypowiedź mądrego człowieka, jakim był Romano Guardini: „Coraz bardziej natarczywe staje się pytanie o to, kto obroni Jezusa przed nami samymi. Kto uwolni Go od przebiegłości i przemocy naszego »ja«, które czyni wszystko, by uniknąć rzeczywistego naśladowania Jezusa?”. Tu mowa jest o Jezusie, ale uzasadnione będzie rozszerzenie tego na całą treść wiary.



Wielu ludzi traktuje chrześcijaństwo jak supermarket, w którym może sobie dowolnie wybierać, co im się podoba, co się przyda, a co nie, i z tego montować sobie swoją własną wiarę, która, choć zbudowana z „chrześcijańskich klocków”, chrześcijaństwa może w ogóle nie przypominać. Kto obroni autentyczność i integralność chrześcijańskiego sposobu życia przed nami samymi?

Doprawdy, Kościołowi byłoby łatwiej powiedzieć: Róbcie, mówcie, myślcie, co chcecie. Ale z pewnością ci, którzy są w Kościele odpowiedzialni za przekaz wiary, usłyszeliby kiedyś wyrzut Pana: „Roztrwoniliście skarb, prawdę, którą wam przekazałem”. Święty Grzegorz Wielki mówi o pasterzach, którzy nie upominają się o prawdę chrześcijaństwa, „nieme psy”.

Niektórzy twierdzą: „Ale nauczanie Kościoła może się kiedyś zmienić”. Myślę, że często stoi za tym takie nastawienie: Skoro „może się zmienić”, to nie ma na co czekać, weźmy sprawy w swoje ręce i zmieńmy to już dziś. Zastosujmy metodę faktów dokonanych. Możliwe, że coś kiedyś się zmieni, jednak najistotniejsze rzeczy zmienić się nie mogą, jeśli chrześcijaństwo ma być chrześcijaństwem!

Wolność sumienia

A co z wolnością sumienia? Czy ono nie jest gwarancją prawa do własnych przekonań i poglądów?

Sumienie to temat niesłychanie ważny i rozległy. Można pisać o nim traktaty. W tym miejscu chcę rozwiać przynajmniej jedno fałszywe pojmowanie sumienia. Otóż sumienie nie stanowi o tym, co jest dobre, a sąd sumienia to nie to samo, co moja opinia. Używając kulawego porównania, można powiedzieć, że sumienie odgrywa rolę podobną do władzy sądowniczej w państwie. Ono nie jest władzą ustawodawczą, nie stanowi prawa. Sumienie, odnosząc się do prawa naturalnego, Bożego, ewangelicznego, kościelnego, w konkretnych wypadkach wydaje sąd, czy coś jest zgodne, czy niezgodne z tym prawem. W efekcie jest to sąd o tym, czy coś – czyn, wybór, decyzja, przekonanie – jest zgodne z dobrem, czy jest złe.

Znów sięgając do Katechizmu, możemy przeczytać:

„Sumienie moralne obecne we wnętrzu osoby nakazuje jej w odpowiedniej chwili pełnić dobro, a unikać zła. Osądza ono również konkretne wybory, aprobując te, które są dobre, i potępiając te, które są złe. Świadczy ono o autorytecie prawdy odnoszącej się do najwyższego Dobra, do którego osoba ludzka czuje się przyciągana i którego nakazy przyjmuje” (n. 1777).



Trzeba tu zwrócić uwagę na odniesienie do autorytetu prawdy i dobra! I w następnym punkcie: „Człowiek we wszystkim tym, co mówi i co czyni, powinien wiernie iść za tym, o czym wie, że jest słuszne i prawe”. A jeszcze nieco dalej: „Godność osoby ludzkiej zawiera w sobie prawość sumienia i jej się domaga” (KKK 1780). Tu ważna jest owa „prawość sumienia”. Według nauczania katolickiego człowiek powinien słuchać głosu sumienia nawet wtedy, gdy jest ono błędne, ale równocześnie każdy używający rozumu człowiek jest zobowiązany do nieustannego formowania swojego sumienia. Zaniedbanie tego także może być grzechem. Tu obowiązuje zasada: zawiniona ignorancja nie zwalnia z odpowiedzialności!

A wracając jeszcze na chwilę do zasady „przede wszystkim rozróżniaj”, to koniecznie trzeba rozróżnić wątpliwości, pytania, poszukiwanie racji od twierdzeń i przekonań, które się wyraża z całkowitą pewnością (zwłaszcza jeśli jest ona nieskażona cieniem namysłu i znajomością rzeczy).

Przekonania i poglądy

Czas wreszcie przejść do samych przekonań i poglądów i do zasadniczego pytania: Czy mogą one być grzechem? Czy trzeba się z nich spowiadać?

W mszalnym akcie pokuty mówimy: „Spowiadam się, że zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. Nie ma tu mowy o poglądach, ale przecież mieszczą się one co najmniej w myślach, a jeśli je głosimy, to w mowie. Kiedy więc są one grzechem? Wtedy, gdy są niezgodne z wiarą i moralnością, którą wyznaje i głosi Kościół. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę to, co podkreśliłem wyżej: różnicę między pytaniami, wątpliwościami itd.

A czy należy się z przekonań spowiadać? Na spowiedzi koniecznie trzeba wyznać grzechy, które określa się jako ciężkie albo śmiertelne, a „grzechem śmiertelnym jest ten, który dotyczy materii poważnej i który nadto został popełniony z pełną świadomością i całkowitą zgodą” (KKK 1857). Zatem są trzy kryteria: pełna świadomość, całkowita dobrowolność i poważna materia. Wszystkie trzy muszą zachodzić równocześnie. Czy przekonania mogą podpadać pod kategorię grzechu ciężkiego? Z pewnością mogą.

Jakie zło mogą wyrządzić przekonania i poglądy? Myślę, że najbardziej fundamentalnym złem – nawet jeśli komuś wyda się to stwierdzenie abstrakcyjne – jest to, że nasze poglądy mogą być fałszowaniem rzeczywistości. Wielu ludzi w praktyce wyznaje pewnego rodzaju nominalizm: To, czym jest rzecz, zależy od tego, jak ją nazwę. Pół biedy, jeśli marchewkę nazwiemy owocem i ślimaka rybą. Ale przecież chodzi o sprawy poważniejsze. Czy jeśli zamiast powiedzieć „ukradłem rower” powiem „rower zmienił właściciela”, to przestaje to być kradzieżą? Jeśli ktoś kłamstwo określa „rozmijaniem się z prawdą”, to nie jest ono już kłamstwem? Jeśli powiemy, że rozwód rodziców nie ma żadnego wpływu na rozwój dziecka, to rzeczywiście nie ma wpływu? Albo gdy Żydów, Cyganów, homoseksualistów nazwiemy podludźmi, to istotnie przestają oni być ludźmi? W ten sposób nasze poglądy, jeśli nie mają odniesienia do prawdy i dobra, mogą fałszować rzeczywistość.

Jeśli nasze przekonania niezgodne z chrześcijańskimi prawdami wiary i zasadami moralności głosimy innym, to możemy się stać przyczyną zgorszenia. Jeśli mówię, że wspólne życie bez ślubu to nic złego, mogę kogoś utwierdzać w przekonaniu, że to rzeczywiście jest w porządku. Jeśli jestem katolikiem, to wywołuję wrażenie, że katolik może tak postępować, nawet jeśli ja sam tego nie robię.



Ale czy dziś jeszcze można mówić o zgorszeniu? Czy moje przekonania mogą kogoś gorszyć, a mój sprzeciw może być dla kogoś wsparciem, otrzeźwieniem? Może! Szczególnie dla osób, które toczą w sobie jakąś walkę wewnętrzną, zmagają się z pokusą. Dla kogoś takiego nawet świadectwo pojedynczej osoby może być decydujące. A jeśli jest ono gorszące, to „biada”. Tak mówi Jezus: „biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie” (Mt 18,7). Katechizm podkreśla, że „ten, kto dopuszcza się zgorszenia, staje się kusicielem swego bliźniego. Narusza cnotę i prawość; może doprowadzić swego brata do śmierci duchowej” (KKK 2284). Do wszystkich chrześcijan odnoszą się słowa Jezusa: „wy jesteście solą ziemi, wy jesteście światłem świata” (por. Mt 5,13n). W tym kontekście może warto przytoczyć jeszcze jeden fragment z Katechizmu: „…ponosimy odpowiedzialność za grzechy popełniane przez innych, gdy w nich współdziałamy: uczestnicząc w nich bezpośrednio i dobrowolnie; nakazując je, zalecając, pochwalając lub aprobując; nie wyjawiając ich lub nie przeszkadzając im, mimo że jesteśmy do tego zobowiązani; chroniąc tych, którzy popełniają zło” (n. 1868).

Nawet jeśli nasze przekonania czy poglądy, które są niezgodne z wiarą i moralnością katolicką, zachowujemy dla siebie, mogą one być szkodliwe. Zawsze bowiem będzie to powodowało nasze oddzielenie od wspólnoty Kościoła, będzie kładło się cieniem na naszym zaufaniu do nauczania Kościoła, do wiarygodności Tradycji, a czasami do samego Pisma Świętego. Ostatecznie zaś będzie to skutkowało naszym oddzieleniem od Boga, nieufnością wobec Niego lub też przekonaniem, że Bóg powinien się do naszych przekonań dostosować.

Prawda versus opinia

Z naszymi poglądami i przekonaniami, jak mi się wydaje, jest często tak, jak w jednym z teleturniejów. Zawodnicy muszą odpowiedzieć na pytanie, ale najwyżej punktowana jest nie ta odpowiedź, która jest prawdziwa, ale ta, która jest najbardziej popularna. Wygrywa ten, kto myśli tak samo jak większość, choćby to było myślenie absurdalne i najgłupsze z możliwych. Czasami może się okazać, że „poprawną” odpowiedzią na pytanie: „Więcej niż jedno zwierzę to…?” będzie „Lama”.

Tertulian, pisarz chrześcijański z II wieku, mówił: „Pan nasz Chrystus powiedział, że jest prawdą, a nie zwy­czajem”. Dziś można by powiedzieć: „Chrystus jest prawdą, a nie opinią czy przekonaniem”. Jeśli Chrystus jest prawdą, to przekonania i poglądy wierzących w Chrystusa zawsze muszą być kształtowane przez prawdę, na niej oparte, ku niej muszą prowadzić.

Jeden z najwybitniejszych współczesnych teologów, Hans Urs von Balthasar, napisał książkę zatytułowaną Prawda jest symfoniczna, chciał przez to powiedzieć, że składa się na nią wiele głosów. Ale symfonia brzmi, kiedy jest „posłuszna” partyturze i dyrygentowi. Inaczej wychodzi kakofonia, rzępolenie. Naturalna, zrozumiała i potrzebna jest różnorodność spojrzeń, zdań, poglądów. Ale jeśli jako wspólnota, społeczność czy społeczeństwo chcemy usłyszeć symfonię, a nie kakofonię, potrzebujemy i partytury prawdy, i dyrygenta, którym dla nas jest Kościół.

***

Nie mogę się oprzeć, by nie dodać jeszcze: Wydaje mi się, że poruszanie się w kategoriach „grzech – nie grzech” czasami wpędza nas w jakiś formalizm czy faryzeizm. W niejednej sytuacji złożonej, niejasnej warto sobie postawić pytanie „Co się Bogu podoba?”. Tak uczy św. Paweł: „Nie bierzcie wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe” (Rz 12,2).

Esej pochodzi z nowego wydania miesięcznika W Drodze. Zachęcamy do zakupienia całego numeru.

Cyprian Klahs OP, 3 listopada 2019