Joan­na: „Gdy­by tyl­ko mój chło­pak cho­ciaż powie­dział „za 2 lata”, lub „kie­dyś na pew­no, ale nie teraz”, a on mi powie­dział – „Nigdy. Nie wie­rzę w insty­tu­cję małżeństwa”.

        Mam 27 lat, on 31. Jeste­śmy ze sobą 2,5 roku. Nie mam zamia­ru nale­gać, bo znam go i wiem, że raczej zda­nia nie zmie­ni. Zasta­na­wiam się czy nie odejść? Potrze­bu­ję gwa­ran­cji, zapew­nień, że ze mną chce być do koń­ca życia. Nic takie­go nie sły­sza­łem… Tyl­ko od cza­su do cza­su „kocham cię”, a to zde­cy­do­wa­nie za mało, aby zbu­do­wać trwa­ły zwią­zek. Może powin­nam odejść? Na począt­ku będzie bola­ło, ale chy­ba lepiej teraz, niż obu­dzić się po 15 latach i stwier­dzić, że 15 lat temu popeł­ni­ło się ogrom­ny błąd…”.

Paweł: „Moja dziew­czy­na nie chce wziąć ślu­bu, ponie­waż uwa­ża, że to prak­tycz­nie tyl­ko zmia­na nazwi­ska i zbęd­ny wyda­tek. Uwa­ża też, że potem trud­no dostać roz­wód. A ja chcę się żenić, mieć dzie­ci i tak zwa­ną nor­mal­ną rodzi­nę i nie zakła­dam z góry roz­wo­du! Dla mnie ślub to przy­się­ga­nie sobie nawza­jem, że zawsze będzie­my razem, i że jeste­śmy sie­bie pew­ni. To poka­za­nie, że innej kobie­ty już nie chcę i inne mnie nie inte­re­su­ją. To pew­ność, że będę wal­czyć o ten zwią­zek i o wspól­ną przy­szłość. Ale to nie­ste­ty tyl­ko moje zda­nie. Co o tym wszyst­kim myśli­cie? Jak ją namó­wić? Jakich argu­men­tów użyć?”.

Dzi­siej­si mło­dzi ludzie, w prze­ci­wień­stwie do ich rodzi­ców, a na pew­no dziad­ków nie chcą zawie­rać mał­żeństw. Rezy­gnu­ją z insty­tu­cji, któ­rej ufa­ło wie­le poko­leń naszych przod­ków, i któ­ra tak napraw­dę spraw­dzi­ła się.

Trze­ba by zatem zapy­tać: jaka jest tego przy­czy­na? Dla­cze­go zakła­da­ją sce­na­riusz, że ich mał­żeń­stwo nie prze­trwa, sko­ro nigdy go nie zawar­li? Prze­cież życie zale­ży od nich samych, od ich deter­mi­na­cji i starań!

Oczy­wi­ście, czę­sto powo­łu­ją się na zna­ne, nega­tyw­ne przy­kła­dy bli­skich, przy­ja­ciół, może nawet wła­snych rodzi­ców. To z pew­no­ścią może znie­chę­cać i budzić lęk. Ale czy posta­wa „na pew­no się nie uda” ma sens? Prze­cież wszyst­ko zale­ży tyl­ko od tych dwóch pobie­ra­ją­cych się osób. Dla­cze­go mał­żeń­stwo, któ­re może być wiel­kim dobrem, jest odrzu­ca­ne i nazy­wa­ne „mar­no­wa­niem życia”?

„Po co tak napraw­dę czło­wiek ślub bie­rze?” Po to, żeby obda­ro­wy­wać miło­ścią i być obda­ro­wy­wa­ne, mieć na kogo liczyć, razem podej­mo­wać decy­zje, poko­ny­wać trud­no­ści, rodzić i wycho­wy­wać potom­stwo, prze­ży­wać sta­rość. Szcze­gól­nie dla dobra nowe­go czło­wie­ka, będą­ce­go owo­cem miło­ści dwoj­ga, potrze­ba, aby mał­żon­ko­wie zawsze byli razem i wspól­nie się wspierali.

Narze­cze­ni ślu­bu­ją sobie: miłość, wier­ność i uczci­wość mał­żeń­ską oraz to, że sie­bie nawza­jem nie opusz­cza aż do śmier­ci. Może przy­się­ga nie­któ­rym wyda­je się zbęd­na, ale dzię­ki niej napraw­dę łatwiej jest wytrwać, choć­by przez to, że ma się więk­szą moty­wa­cję do rze­czy­wi­ste­go roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów, a nie jak w przy­pad­ku wol­ne­go związ­ku – do „zabra­nia swo­ich zaba­wek”. A poza tym – co takie­go prze­ra­ża­ją­ce­go jest w tej przy­się­dze? Miłość, wier­ność? Czy może uczciwość?

Czy ktoś, kto pozo­sta­je w wol­nym związ­ku czu­ję się z tego zwol­nio­ny? Czy chło­pak uwa­ża, że dziew­czy­na, z któ­rą miesz­kał­by bez ślu­bu pozwo­li­ła­by mu na to, żeby jej nie kochał, nie był jej wier­ny, oszu­ki­wał ją? Bo wła­śnie takie zacho­wa­nie jest zaprze­cze­niem przy­się­gi. O to chodzi?

A może to on chciał­by być nie­ko­cha­ny, zdra­dza­ny i oszu­ki­wa­ny? W takim razie po co zwią­zek w ogó­le? A jeśli uwa­ża, że te regu­ły obo­wią­zu­ją też w związ­ku nie mał­żeń­skim to jaki jest pro­blem ze zło­że­niem przy­się­gi? Jeśli twier­dzi, że kon­ku­bi­nę kochał­by tak samo, to dla­cze­go nie może mu przejść przez gar­dło przy­się­ga mał­żeń­ska? Dla­cze­go nie chce jej tego ofi­cjal­nie obiecać?

Jeśli ktoś twier­dzi, że mał­żeń­stwo to mar­no­wa­nie życia, to zna­czy, że praw­dzi­wie nie kocha oso­by, z któ­rą jest, boi się odpo­wie­dzial­no­ści za nią i zosta­wia sobie furt­kę, aby w razie jakichś pro­ble­mów po pro­stu ją opuścić.

To zna­czy, że woli wygod­ne, ego­istycz­ne życie. To zna­czy, że jed­na oso­ba w jakiś spo­sób chce wyko­rzy­stać drugą.

Oże­nić się z kimś, wyjść za kogoś to zary­zy­ko­wać swo­je życie z miło­ści dla dru­giej oso­by. Mał­żeń­stwo jest naj­do­sko­nal­szą for­mą powie­dze­nia komuś, że się go kocha. Bo nie może być więk­sze­go wyzna­nia miło­ści niż uczy­nio­ne w obec­no­ści świad­ków, z obiet­ni­cą, że ta miłość będzie trwa­ła, że będzie­my się sta­rać, że będzie­my sobie poma­gać, że będzie­my się kochać, będzie­my uczci­wi i wier­ni i że cokol­wiek się sta­nie, to chce­my być dla siebie.

Jest to szcze­gól­nie waż­ne dla kobiet. To one zwy­kle bar­dziej pra­gnę ślu­bu, bo pra­gną poczu­cia bez­pie­czeń­stwa, poczu­cia, że są trak­to­wa­ne poważ­nie i że nie zosta­ną same w żad­nej życio­wej sytuacji.

I wła­śnie po to jest ślub – by uko­cha­nej oso­bie zagwa­ran­to­wać dozgon­nie naszą miłość. By nasze zapew­nie­nia o miło­ści mia­ły pokry­cie w rze­czy­wi­sto­ści. By stwo­rzyć sobie nawza­jem takie warun­ki do roz­wo­ju tej miło­ści, by ona mogła wzra­stać, roz­wi­jać się i prze­obra­żać. Nie chcie­li­by­ście takiej miłości?!