Przestań Witek – przerwał mu Tadzio – przestań! Ty wiesz, że ja nic takiego nie mogę zrobić! Wiesz przecież! Durniem nie jesteś! Czy ty w ogóle wiesz jak to u nas wygląda?

-Przepraszam cię Tadziu, ale podpisałem, bo mnie taki jeden od was zastraszył, Rakowiecką groził… No podpisałem – moja wina, ale mnie to męczy, spać nie mogę. Gdyby tego papieru nie było… co Tadziu? Gdyby go nie było?

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Tadzio znowu kiwnął na barmana, a ten bez słowa postawił przed nimi świeże kieliszki i nalał winiaku.

-Witek, Witek, czy ty naprawdę jesteś taki naiwny – podjął po chwili – czy ty nie rozumiesz, że ten świstek nic nie znaczy? Ja go widziałem. To jest nic, bez znaczenia! Czy ty go w ogóle czytałeś?

Witek wstrzymał oddech. Faktycznie, przypomniał sobie, że wtedy, w kadrach „Kameralnej” nawet mu to przez myśl nie przeszło. Szary ubek kazał podpisać, to podpisał, ale co podpisał tego nie wiedział. Pewnie zgodę na współpracę, bo co innego?

Wypili. Tadzio przetarł czoło.

-Ja wiem, że masz rodzinę, dobrą robotę, pracujesz na rządowych przyjęciach i nieźle zarabiasz. Rozumiesz chyba, że my o tobie wszystko wiemy, bo jakby mogło być inaczej. Bez naszej zgody nic się tu nie dzieje. Wiemy też, że kupujesz dolary. Uważaj z tym!

-Moje dni w resorcie są policzone, bo ja jestem ze starej półki i takich jak ja wyrzucają. Normalne. Jedno ci powiem – nie martw się o ten papier. Tak jakby go nie było. Dobra?

-Dobrze Tadziu! Dziękuję!

-No to i nie ma o czym mówić – zakończył Tadzio. Napijesz się jeszcze?

-Jasne! Winiaku.

Uścisnęli sobie ręce i Tadzio wyszedł z baru. Jeszcze przez małą chwilę widać go było, gdy wsiadał do samochodu. Musiał mieć kierowcę, bo usiadł na tylnym siedzeniu.

Witek został. Był w Europejskim i jakoś nie chciał jeszcze wychodzić. To było jego dawne miejsce pracy, a nawet przez krótki czas, jego dom, w którym zdobywał zawodowe ostrogi. Praktyka pod okiem mistrza Konstantego, niezliczone z nim rozmowy, kelnerski egzamin i pierwsze zupełnie samodzielne kroki w tym zawodzie.

Jeszcze teraz miał w oczach tych, z którymi tu wtedy pracował. Wysoka, dystyngowana postać właściciela księcia Czetwertyńskiego, oczywiście pan Konstanty, a dalej kierownik sali i wreszcie cały personel, wraz z którym obsługiwał  podówczas możnych tego nieistniejącego już, przedwojennego świata.

-Tak niedawno – myślał – tak niedawno, głupie dwadzieścia lat, a jednocześnie tak nieskończenie dawno. Inny świat.

To tu poznał się z Dusią, przeszedł pierwsze chwile wojny i dramat najwcześniejszych dni okupacji.

Po wyjściu Tadzia, czuł się odprężony. Mimo wszystko to był ogromny ładunek emocji. Siedział nieruchomo. Barman podszedł dyskretnie i nie pytając nalał jeszcze jeden winiak.

Wypił, a potem wyszedł. Pchnął wahadłowe drzwi i znalazł się w głównym hallu recepcyjnym. Po prawej stronie był duży, dzienny bar, w którym siedziało parę osób. Dalej recepcja, a po lewej stronie wejście do restauracji. Inaczej to wyglądało niż wtedy gdy tu pracował. Inaczej. Inny wystrój, meble, układ recepcji, a nade wszystko inni ludzie.

I nie mógł się zdecydować czy w głębi duszy należy jeszcze do tamtego, minionego świata czy jest już cząstką nowej rzeczywistości…

Ale to trwało tylko krótką chwilę, bo zaraz wyszedł i wolnym  krokiem ruszył przed siebie. Chciał trochę wytrzeźwieć i odpocząć po napięciu i papierosowym dymie.

Szedł koło Bristolu, w dół Karową, aż do samej Wisły. Chłodny wiatr od wody otrzeźwił go prawie zupełnie, ale szedł dalej, w kierunku mostu. Miał jakieś dziwne uczucie, że oto wraz z tym spotkaniem z przyjacielem z dawnych lat i zapomnianą atmosferą Hotelu, zamyka się długi czas jego młodości  i związanych z nią napięć i niepewności. Nagle poczuł się ogromnie zmęczony  i wraz z tym zmęczeniem przyszła pewność, że musi definitywnie skończyć z przeszłością i tym wszystkim co trzymało go i hamowało. Wojnę, więzienia, problemy z bezpieką i wszystkim co było z tym związane zamknąć w swojej pamięci na klucz i nigdy już do tego  nie wracać.

-Ten balast nic mi na daje – myślał – tylko dusi i obciąża! Koniec z tym!

Po pierwsze rodzina – postanowił solennie stojąc na Moście i patrząc w dół na przepływającą Wisłę.

Z tym, mocnym i definitywnym postanowieniem dojechał do domu.

 

Ale rzeczywistość, do której się tak żarliwie przypisywał niosła własne ciężary i problemy, które chociaż inne niż upiory przeszłości, to jednak trudne i bolesne. Czasem nawet ponad ludzką miarę i możliwości.

Przede wszystkim, tuż przed Bożym Narodzeniem 1958-go roku zmarł  bliski przyjaciel mamy Anieli i wierny słuchacz radia Wolna Europa, sparaliżowany pan Żabiński. Po paru dniach wyraźnego polepszenia, a nawet zupełnej świadomości, nagle wszystko się załamało. Cała rodzina, łącznie z dzieciaczkami, mamą Anielą, Elzą, Witkiem i nieocenionym opiekunem Fonso była przy łóżku konającego. Z miejscowej parafii Świętej Rodziny sprowadzono księdza, który udzielił choremu rozgrzeszenia i namaścił olejami na ostatnią drogę.

Potem był pogrzeb na Bródnowskim cmentarzu, z którego jednak wracali z jakimś dziwnym uczuciem, bo pogoda była lodowata, ksiądz pośpieszał, a skostniali grabarze borykając się z zamarzniętą ziemią klęli bez liczenia się z powagą chwili. Wszystko to sprawiało wrażenie, że cała ceremonia nie miała w sobie dostojeństwa i żałobnej atmosfery. Wszyscy, którzy pojawili się w cmentarnej kaplicy myśleli tylko o tym, żeby jak najprędzej ukryć się przed przenikliwym, grudniowym zimnem.

Zaraz też przy wychodzeniu z cmentarza widziało się, że co poniektórzy wyciągają z kieszeni płaszczy buteleczki z czymś rozgrzewającym. Większość przybyłych to byli znajomi mamy Anieli z bazaru i z jeszcze dawniejszych, okupacyjnych lat. Pana Żabińskiego bowiem niewielu znało i w rzeczy samej nikt dobrze nie wiedział skąd pochodził.  On sam, za swojego życia, nigdy o tym nie mówił, żył bieżącą polityką i rozmowami na temat aktualnych wydarzeń.

Teraz, leżał już w zimnym grobie na wielkim, Bródnowskim cmentarzu i cała jego, nieznana innym, przeszłość  wraz z nim.

Niektórych, bliższych znajomych mama Aniela zaprosiła na stypę, na której stół uginał się od dobrego jedzenia i jeszcze lepszej wódeczki. Był doskonały rosół z kaczki, gorący jak piekło, z delikatnymi jak jedwab kluseczkami,  doskonałe wędliny, a wśród nich rzadkość – wędzony półgęsek, który swego czasu przygotowała Elza z myślą o Świętach. Po tych dobrociach przyszedł czas na kotlety, pięknie pokryte sadzonymi jajami, grzyby w śmietanie, różne „kwasieluchy” jak dynia w occie, kiszona kapusta, zielone pomidory w occie na słodko i mnóstwo innych.

Smutna stypa szybko zmieniła się w niezłą pijatykę, ale z umiarem, bo jak w Warszawie – wszyscy starali się „trzymać fason”.

Tak kończył się rok 1958. Nikt o tym nie mówił, ale śmierć pana Żabinskiego przyniosła ogromne odprężenie. Sparaliżowany człowiek – jeszcze tak ogromnej postury jak zmarły był – co by nie powiedzieć – wielkim obciążeniem dla domu.

A gdy „opadł już bitewny kurz” Fonso zaczął się zbierać do odejścia i w tym momencie mama Aniela podeszła do niego, objęła go za szyję i powiedziała ze łzami w oczach:

-Zostańcie z nami Fonso! Zostańcie. Będzie wam z nami dobrze!

A Fonso osunął się dawnym zwyczajem do ziemi i nic nie powiedział tylko objął Anieli stopy.

I został. Cały czas cichy, pracowity i pomocny. Umiał zakrzątnąć się wokół wszelkich domowych spraw, naprawiać, ulepszać a przede wszystkim był wspaniałym opiekunem dla dzieci.

Witek, który oprócz swojego motoru, nie lubił żadnych domowych prac nie mógł wyjść z podziwu, jak temu starszemu już człowiekowi wszystko tak dobrze wychodzi. Po jakimś czasie odkrył tajemnicę. Po prostu Fonso był fenomenalnie cierpliwy. We wszystkim co robił.

Zaczynał się 1959 rok.

Rok zapowiadał się lepiej niż dobrze, bo po śmierci pana Żabińskiego, było już spokojniej i ciszej i wreszcie mogli się wybrać na dawno planowane wakacje. Na Wybrzeże. Wszyscy cieszyli się na ten wyjazd, zwłaszcza, że Elza i Witek akurat obchodzili swoje czterdzieste urodziny!

I tam, gdy w lipcowym słońcu leżeli na sopockiej plaży, a dzieci budowały zamek z piasku, Elza nagle poczuła się źle.

Okrutny rak pustoszył ciało Elzy z gwałtownością stepowego pożaru. W ciągu kilku tygodni z kwitnącej, pełnej życia kobiety został cień, w którym jarzyły się wielkie, ciemne oczy.

Z Sopotu wrócili parę dni przed zakończeniem planowanego terminu, bo Elza wymiotowała, skręcała się z bólu i dostawała ataków drżenia, którego nie mogła opanować. Najpierw sądzili, że coś zjadła, jakąś nieświeżą flądrę, czy może jest na coś uczulona, ale dość szybko zorientowali się, że przecież wszyscy jedli to samo i nawet u dzieci nie było żadnych sensacji. Biegały po piasku, chlapały się w morskiej wodzie i wypatrywały wielkich, galaretowatych meduz.

Elza gasła. Powrotna podróż była już jedną gehenną, bo cały czas jęczała wstrząsana  gwałtownymi skurczami.

W Warszawie pojechali na ostry dyżur, a stamtąd już wprost do szpitala Przemienienia Pańskiego, w którym została na szczegółowe badania. Rak trzustki był już bardzo zaawansowany i przerzucał się na inne organy.