Od tematu pandemii uciekać? Czy tam od nadwiślańskiego szaleństwa wyborczego? Niemożliwe. Nie w tych czasach, nie w czasach zarazy. To znaczy można próbować, ale to jakby zachód słońca za ogon chwytać.

Pewnie, że chciałoby się od wspomnianych tematów dwóch prysnąć, ale jak, czym, którędy, jak szybko gnać, gdy twoje państwo zaraz twoją absencję zauważa, natychmiast rzucając się w pościg? Uciekać to żadna sztuka, swoją drogą, ale nigdzie nie uciekniesz, biegnąc w niewłaściwym kierunku. No uparło się państwo w czasach zarazy pomagać obywatelom i co państwu zrobisz?

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Weselcie się i radujcie albowiem pomagamy wam, powiada emanacja państwa, to jest rząd dobrej zmiany, czy tam zamiany, czy jakoś podobnie, a my zaraz weselimy się i radujemy. Wszyscy my, jak jeden. Niechby któryś tam spróbował nie radować się na gwizdek i nie weselić na rozkaz. Nie po to urzędnik wnioski o zapomogi rozpatruje, żeby jeden z drugim malkontent degenerat smucić się miał, zamiast radować i weselić, jak nakazane jest, hej!

Dewastacja

Co z perspektywy wroga dostatecznie mocno dewastuje wspólnotę? Już odpowiadam: błędna wiara zaszczepiona jednostkom z aspiracjami do przywództwa. Pragnącymi statusu emerytowanych zbawców ojczyzny. Precyzyjniej: zaszczepiona takim ludziom wiara w to, że postępują właściwie. Że czynią dobrze. W powyższym kontekście zaprawdę powiadam nam: pycha to straszna rzecz, bo w czasach postępu i nowoczesności zabija skuteczniej niż kule z pistoletów oprawców, zwykle rozrywające potylice.

Jeszcze raz, przy czym proszę wybaczyć mi manierę nadmiernie pedagogizującą przekaz – nic na to nie poradzę, taki jestem i już się nie zmienię. Nawet nie będę próbował. Więc. Więc, raz jeszcze, dla tak zwanego zapamiętania, obie refleksje razem: pycha to rzecz straszna, a wspólnota umiera, gdy jednostki ją tworzące błędnie uwierzą w to, że postępują słusznie. Otóż, nie postępują. Oni tam wszyscy poszaleli.

Beczenie

No dobrze, a jak konkretnie rząd mianowicie pomaga? “No jak to, że jak? Wpompujemy w firmy i gospodarkę setki miliardów złotych!”. Aha, aha. Dalibyście spokój ludziom przytomnym. Wstyd, naprawdę. Wszyscy przytomni ogarniają, że takie “dawanie” to tylko ułuda. Normalnie siwy dym, sztuczna mgła i kóz beczenie. Czy tam owiec milczenie.

Niby jak i skąd rząd da, kiedy swojego grosza nie ma? No nie ma takich fikołków, żeby siano dać, wcześniej stadu siana nie odbierając. Wniosek: zapewne o rząd wielkości, czy tam o ile, skuteczniej jest po prostu nie zabierać, niż zabierać, żeby potem dawać.

Powiedzcie to tym mądralom rządowym, nim dramat rozkręci się na dobre. Zresztą, niczego mądralom nie mówcie. Oni to wiedzą lepiej od was.

Dysonans

Zostań w domu, zostań w domu, w domu zostań. Koniecznie. Dzieje się źle, sam widzisz. Tylko spójrz: jak świat długi, jak Ziemia szeroka, jak rzeczywistość nasza okrągła, czy tam półokrągła i skomplikowana, ludzie padają wszędzie niczym stonka ziemniaczana traktowana azotoksem. Jak muchy ludzie mrą. Do mogił tymczasowych ciała ich pakują. Patrz, pamiętaj: z domu wyjdziesz – sam zginąć możesz. Nie będziesz poleceń słuchać – mandat otrzymasz, a zer po jedynce nie zdołasz się doliczyć, czy tam po trójce, aż pośladki twoje ze strachu złączą się trwale. Kręgosłup ci zamarznie. Skóra na amen ścierpnie. I tak dalej, i tak dalej. Ale.

Ale to ale, czy ale tamto, nie ma to czy tamto wcale ale. Dziesiątego zatem zagłosować musisz. Dziesiątego maja. Innego rozwiązania nie ma. Bo konstytucja! Kon-sty-tu-cja!! KON-STY-TU-CJA!!!

Otóż, nie ma we mnie wiele wiary w mądrość powszechną tak zwanego elektoratu, czy też w tegoż elektoratu powszechną przewidywalność, z drugiej strony jednakowoż nie sądzę, by ludzie konfrontowani na co dzień z jakże oczywistym dysonansem poznawczym – w tym również ci nie ogarniający co to za zwierzę jest, ów dysonans – więc żeby ludzie konfrontowani tak nachalnie z dysonansem poznawczym, pozwolili traktować się niczym stado baranów. Baranów, innego bydła, trzody chlewnej, nieważne. Ale może mylę się. Popatrzymy sobie, poobserwujemy.

Pytanie

Mam 63 lata, jestem emerytem, ze względu na “choroby współistniejące” należę do “grupy ryzyka”, do której nota bene nie zapisałbym się dobrowolnie nigdy w życiu. Co to, to nie. Ale do rzeczy. Żona jest (……………).                 Do domu nie wpuszczamy nikogo. Ksiądz nie ksiądz, listonosz nie listonosz, sąsiadka nie sąsiadka. Sąsiad próbował, ale kto to widział, pchać się do nas z raną postrzałową ramienia lewego.                 No nie wypada. Sam tak powiedział, gdy w sieni przebrzmiał już huk i rozwiał się dym. Więc.

Nie wychodzimy więc nigdzie, nikogo nie wpuszczamy, naprawdę stosujemy się do zaleceń. Zakupy dostarcza nam pan Internet. Czy tam pani, bo dziś czy to o wiek, czy o płeć, pytać wszak nie uchodzi. Miru domowego strzeże roztwór chloru (nie połykamy, stosujemy zewnętrznie), roztwór spirytusu 65% (stosujemy powierzchniowo), maseczki, przyłbice, takie rzeczy. Na wszelki wypadek. Nawet pudełko z mlekiem, zanim do domu wpuszczę, odkażam, ubrany niczym niejaki kosmonauta Hermaszewski tuż przed startem. Czy tam jak inny astronauta. Sto procent dystansu społecznego, można powiedzieć. Podsumowując: czujemy się bezpiecznie – na tyle, na ile w zastanych okolicznościach sami możemy sobie to bezpieczeństwo zapewnić.

Tymczasem rząd decyduje o “odmrażaniu gospodarki”. Lada tydzień żona, chcąc nie chcąc, będzie musiała wrócić do pracy. Czy w sytuacji rozwijającej się epidemii – a w Polsce rośnie zarówno ilość chorych hospitalizowanych jak i zarażonych bezobjawowo, zarażających – więc czy w tej sytuacji jej powrót do pracy, wymuszony decyzją rządu, nie jest świadomym narażaniem, jej i mnie, na zachorowanie? Pan mnie słyszy, Dobry Panie Rządzie? Państwo nasze ukochane, ojczyzno nasza, słyszycie nas?

Metoda

Metoda wyborcza oczywiście. Boć pandemia pandemią, wirus wirusem, tym niemniej warto zauważyć, iż od dobrych paru miesięcy wszystko dookoła nas dzieje się w ramach metody wyborczej. Metody wyborczej “na wirusa”, ma się rozumieć. Kotłowanina, że u mnie pod schodami takiego bajzlu nie ma, nie było i nie będzie.

Weźmy wybory korespondencyjne. Tajne. Konkretnie: w jednej przesyłce imię, nazwisko, adres, pesel. Żniwa, nie inaczej. Dla oszustów bankowych, dajmy na to. Łapcie, ludzie, te swoje pakiety i w ogień rzucajcie. Czym prędzej. Zaprawdę powiadam nam: Wiara w to, że nasze państwo, rząd nasz kochany, ochronią nas przed oszustami, dajmy na to zaciągającymi pożyczki w naszym imieniu, przypomina wiarę panienki w to, że ciąża przechodzi sama z siebie. Otóż, nie przechodzi. Nawet na koleżankę. Nawet gdyby koleżanka chciała.

La grande finale

“La grande finale” to znaczy “wielki finał”. Nie ustawa więc, nie rozporządzenia oparte o zapisy ustawy, nic podobnego. W finale: decyzja administracyjna. A dalej: się podjęło, się realizuje. Dla dobra ogólnego. Dla dobra wspólnoty. Stolec prezydencki ponownie zdobędzie się, się wytłumaczy wszystko i wszystkim, co i jak rozumieć należy, co i jak powinni rozumieć. Kto zaś do wyjaśnień podejdzie bokiem, wierzgając nadto, tego miotłą ze sceny na bok, wierzgającego niesłusznie – i pozamiatane. Koniec przedstawienia.

Skoro koniec, dodajmy, to niechybnie w tym miejscu przestrzeń wyrasta dla braw. Dla oklasków. Dla owacji niekiedy. Tymczasem właśnie w tym momencie – na każdym spektaklu nieodmiennie, zauważmy – w tym momencie na scenę wpada Czarzasty Włodzimierz, z okrzykiem: “Będziecie sieeedzieeeć!” (że takich ludzi w tak wiodących rolach dobry Bóg obsadza, uwierzyć trudniej niż w Najwyższego ironizujace poczucie humoru). Więc: “Będziecie siedzieć!!! – woła Czarzasty, i dopiero gdy okrzyk jego przebrzmi, kurtyna wie na pewno, że może spadać. Że spadać pora. Więc spada.

…A co z nami, ja się pytam, co z nami? Show must go on, przedstawienie musi trwać? Czy jak?

Krzysztof Ligęza

Kontakt z autorem:

widnokregi@op.pl