Mała, wątła, nie­ru­cho­ma, ale uśmie­cha­ją­ca się Mary­sia, któ­ra od swo­je­go uro­dze­nia nie wypo­wie­dzia­ła ani jed­ne­go sło­wa, ale któ­ra dzię­ki swo­je­mu przy­bra­ne­mu bra­cisz­ko­wi Krzy­sio­wi, poru­sza­ła rącz­ka­mi i rozum­nie na nie­go spo­glą­da­ła. Mia­ła tyl­ko pięt­na­ście lat. Zawsze cichut­ka, spo­koj­na i jak­by prze­pra­sza­ją­ca za samo swo­je istnienie.

I mimo jej cicho­ści, jej śmierć była cio­sem dla wszyst­kich, a już naj­bar­dziej dotknę­ła dwie oso­by — Krzy­sia i mamę Renię.

Od tego momen­tu ani jed­no ani dru­gie nie było już takie jak daw­niej. Renia zamknę­ła się w sobie i jesz­cze bar­dziej odsu­nę­ła od Wit­ka, mamy Anie­li i nawet dzie­ci, a Krzyś cho­dził oso­wia­ły i zamy­ślo­ny i wresz­cie któ­re­goś dnia oświad­czył, że chciał­by zostać misjo­na­rzem, poje­chać do Afry­ki i opie­ko­wać się cho­ry­mi na jakieś nie­ule­czal­ne choroby.

reklama

Renia przy­ję­ła to mil­czą­co, ale Witek wycią­gnął do chłop­ca ręce i powie­dział przez łzy:

-Chcesz od nas odejść, syn­ku? Prze­cież tu jesteś bar­dziej potrzeb­ny niż gdzieś w Afry­ce! Widzisz, że cię potrze­bu­je­my jak wody i powie­trza! Nie odchodź!

I tak jak kie­dyś Krzy­sio jego, tak teraz on pro­sił go taki­mi samy­mi sło­wa­mi — nie odchodź!

Pogrzeb Mary­si odbył się na Bród­nie. Na począt­ku Witek chciał ją pocho­wać razem z Elzą, ale mama Anie­la szyb­ko mu to z gło­wy wybi­ła. Dobrze, że nie zdą­żył się podzie­lić tą myślą z Renią!

-To by dopie­ro było — pomyślał.

Może zresz­tą nic by nie było, bo wyglą­da­ło na to, że Reni wszyst­ko  już jest obo­jęt­ne. Zmie­ni­ła się ogromnie.

Po paru mie­sią­cach Kraj zdą­żył jako tako ochło­nąć i spra­wy wró­ci­ły do nor­my, ale co to była za norma?!

Osła­wio­ne, gier­kow­skie hasło “Bogać­cie się” znaj­do­wa­ło coraz dziw­niej­sze dro­gi i wyra­ża­ło się w nie­le­gal­nym han­dlu, prze­my­cie, korup­cji i szmu­glu. Wszyst­kie dro­gi do boga­ce­nia się były dobre, każ­de roz­wią­za­nie dopusz­czal­ne i wszel­ka nie­uczci­wość wytłumaczona.

Ludzie docho­dzi­li do pie­nię­dzy wszyst­ki­mi moż­li­wy­mi spo­so­ba­mi, jak­by czu­li, że zbli­ża się koniec tego eldo­ra­do, po któ­rym nastą­pi cha­os i powszech­ne bez­ho­ło­wie. Wyglą­da­ło na to, że tak robi­li wszy­scy i widząc wszech­obec­ną korup­cję i nie­po­sza­no­wa­nie spo­łecz­ne­go dobra, oczysz­cza­li się ze skru­pu­łów i jakich­kol­wiek wyrzu­tów sumienia.

W pew­nym sen­sie, reali­zo­wa­li rewo­lu­cyj­ne, leni­now­skie hasło: “Grab zagra­blon­no­je” czy­li  “rabuj zra­bo­wa­ne”, któ­re roz­grze­sza­ło z wszyst­kich gra­bie­ży i nieprawości.

Któ­ryś już raz w powo­jen­nej histo­rii, nad nie­chcia­nym reżi­mem, zaczę­ły się zbie­rać czar­ne chmu­ry i zawisł nad nim cięż­ki miecz Damoklesa.

Jesz­cze pró­bo­wa­no sta­rych haseł, jesz­cze wal­czo­no o robot­ni­cze dusze, jesz­cze mamio­no Naród świe­tla­ną przy­szło­ścią,  ale wszyst­ko wska­zy­wa­ło, że to jest ostat­ni bój, któ­ry musi się skoń­czyć klęską.

Witek nie czuł się dobrze. Lekarz mówił mu, że jego ser­ce pra­cu­je tyl­ko na trzy­dzie­ści pro­cent i musi na sie­bie “bar­dzo uwa­żać”. Takie gada­nie dopro­wa­dza­ło Wit­ka do skraj­nej furii, w cza­sie któ­rej zno­wu musiał brać pod język nitro­gli­ce­ry­nę i odpo­czy­wać, żeby dojść do siebie.

A poza tym męczył go nija­ki zwią­zek z Renią, z któ­rą ani nie miał sek­su, ani jakie­goś wza­jem­ne­go zro­zu­mie­nia, ani nawet zwy­kłe­go, ludz­kie­go kon­tak­tu. Pró­bo­wał roz­ma­wiać, przy­tu­lać, pro­sić, ale napo­ty­kał chłód, obo­jęt­ność i jakiś marazm, któ­ry go draż­nił, bolał i denerwował.

Pytał mamy Anie­li, ale ta nie zaj­mo­wa­ła żad­ne­go stanowiska.

To wasza spra­wa Wiciu­nia. Ja się w to mie­szać nie będę.

Zwró­cił się więc do ostat­niej deski ratun­ku jaką był Krzyś, ale nie­spo­ro mu było mówić nasto­lat­ko­wi o swo­ich mał­żeń­skich pro­ble­mach, więc  plą­tał się i klu­czył, aż wresz­cie prze­rwał i popa­trzył pro­szą­co na chłopca.

A Krzyś roze­śmiał się weso­ło i powiedział:

-Prze­cież jeśli się kocha­cie, to wszyst­ko się dobrze ułoży.

Zaraz też wziął Wit­ka za rękę, poszedł z nim do sypial­ni gdzie leża­ła Renia  i sto­jąc mię­dzy nimi zapytał:

-Kocha­cie się?

Renia popa­trzy­ła na nie­go sze­ro­ko otwar­tym ocza­mi, potem prze­nio­sła wzrok na Wit­ka i nagle, po małej chwi­li,  wycią­gnę­ła do nich obie ręce i powiedziała:

-Pew­nie, że się kocha­my! Pew­nie, że się kocha­my! Chodź­cie tu do mnie! Obaj!

I przy­pa­dli do niej z pła­czem, a ona obję­ła ich cie­pło, ser­decz­nie tak jak kie­dyś, gdy w pra­skim szpi­ta­lu opie­ko­wa­ła się Wit­kiem, któ­ry roz­bił się swo­im moto­rem na Poniatowszczaku.

I było dobrze, a nawet lepiej niż dobrze, a Witek jesz­cze raz utwier­dził się w prze­ko­na­niu„ że tam­te­go wrze­śnio­we­go dnia 1961 roku, Zuza z Leonem, przy­nie­śli do nich praw­dzi­we­go anioł­ka, któ­ry zszedł z nie­ba po to, żeby opie­ko­wać się jego rodziną.

W paź­dzier­ni­ku zało­żo­no im wresz­cie tele­fon. To było wyda­rze­nie na mia­rę wyna­le­zie­nia dru­ku, bo wszyst­ko sta­wa­ło się bliż­sze i szybsze.

Któ­re­goś dnia ten nowy tele­fon zadzwo­nił. Renia, któ­ra była naj­bli­żej, z nabo­żeń­stwem pod­nio­sła słu­chaw­kę i po chwi­li powiedziała:

-Do cie­bie Witek…

-Halo? Tak, to ja…kto mówi? Cooo? Tadzio??? Też jesteś na eme­ry­tu­rze?  Kie­dy? W hote­lu? Dobrze, przy­ja­dę! Przy­ja­dę na pew­no. Na pew­no Tadziu!

Wol­no odło­żył słu­chaw­kę i zaraz zaczął szu­kać fiol­ki z nitro­gli­ce­ry­ną. Mama Anie­la wyj­rza­ła z kuch­ni, a Fon­so zszedł z góry i przy­sta­nął na schodach.

-Co Wiciu­nia? — pyta­ła Anie­la — kto to był? Tadzio???

-Tadzio, mamo. Tadzio. Chce się widzieć ze mną… ale nie mówił dlaczego.

Renia tro­chę przybladła.

-To ten z UB?

-Tak, ale on już tam nie pra­cu­je. Na eme­ry­tu­rze jest. Chce się widzieć ze mną. Ma mi coś powiedzieć.

-A skąd on znał nasz numer?

-W książ­ce tele­fo­nicz­nej jest, a zresz­tą mógł zadzwo­nić do infor­ma­cji. Zresz­tą to bez zna­cze­nia. Muszę jutro jechać. Tadzio, Tadzio… powta­rzał tro­chę bez sensu.

- Żeby tyl­ko nic złe­go — powie­dzia­ła wol­no Renia.

Mama Anie­la się­gnę­ła po swój kubek z her­ba­tą i szepnęła:

-Ucho­waj Boże!

Następ­ne­go dnia wyje­chał dość wcze­śnie. Do spo­tka­nia miał dużo cza­su. Dzień był pięk­ny, jesien­ny i pra­wie cie­pły. Jechał wol­no i cho­ciaż to nie było po dro­dze, skie­ro­wał się na Szmul­ki do Ząb­kow­skiej, koło Różyc­kie­go, a potem Tar­go­wą i dalej, koło Sta­dio­nu na most.

Wszyst­ko to były miej­sca, któ­re znał od dawna.

Jechał wol­no. Otwo­rzył okno i chło­nął idą­cy od Wisły powiew. Widok pra­skich ulic przy­wo­ły­wał wspo­mnie­nia z lat wojen­nych i powo­jen­nych, gdy po pra­cy w “Dzie­dzil­li”, przy­jeż­dżał tu do mamy Anie­li, do jej jadło­daj­ni, a potem na bazar. Wła­śnie tu, po tych uli­cach  cho­dził z Ziut­ką i Elzą, a potem z Renią…Tyle wspomnień!

Jadąc przez most widział War­sza­wę obla­ną paź­dzier­ni­ko­wym słoń­cem i wyda­ło mu się, że rze­czy­wi­ście  “War­sza­wa się śmie­je do nie­go”. Zje­chał na Wisło­stra­dę. Koło Mariensz­ta­tu przy­po­mniał sobie Zoch­nę z kawiar­ni Lar­del­lie­go i zaraz potem uko­cha­ną Dusię, któ­rą wraz z nie­na­ro­dzo­nym dziec­kiem porwa­no gdzieś na zawsze.

Wszyst­kie te wspo­mnie­nia mie­sza­ły się z tra­gicz­ny­mi obra­za­mi woj­ny, ale o nich sta­rał się nie myśleć.

Z Tadziem miał się spo­tkać w Euro­pej­skim, więc zje­chał na Kra­kow­skie i przy Hote­lu zapar­ko­wał od stro­ny Komen­dy Miasta.

Cią­gle jesz­cze miał parę minut, więc wyszedł na chwi­lę na Plac, żeby z odda­li popa­trzeć na Grób Nie­zna­ne­go Żoł­nie­rza i Saski Park.

To była jego War­sza­wa. Poczuł radość i satys­fak­cję, że był tu w cza­sie krwa­wych dni Wrze­śnia, oku­pa­cji, a potem Powstania.

Prze­tarł ręką czo­ło, bo wszyst­kie te myśli były rado­sne, ale też bole­sne i było ich tak wie­le… Tak wiele…

Poczuł ucisk w pier­siach i odru­cho­wo się­gnął po nitro­gli­ce­ry­nę, ale zorien­to­wał się, że musiał ją zosta­wić w domu, bo przed wyj­ściem zmie­niał płaszcz.

Poszedł więc w kie­run­ku Hote­lu z nadzie­ją, że usią­dzie w fote­lu i tro­chę odpocz­nie. Zresz­tą było już połu­dnie, czas spo­tka­nia i sły­szał dzwo­ny na  Anioł Pań­ski od świę­tej Anny i od Wizytek.

Idąc w kie­run­ku wej­ścia zoba­czył nad­cho­dzą­ce­go z dru­giej stro­ny Tadzia, więc przy­śpie­szył kroku.

Razem weszli do hal­lu i skie­ro­wa­li się do baru, ale ból w pier­siach przy­giął Wit­ka i nie mógł już dojść, tyl­ko osu­nął się na naj­bli­żej sto­ją­cy fotel.

-Witek, Witek co ci jest? — pytał szyb­ko Tadzio — masz jakieś lekar­stwo? Gdzie? Może chcesz wody? Powiedz, powiedz… Pocze­kaj, przy­nio­sę wody…

Ale Witek uśmiech­nął się bla­do, zama­chał ręką i szepnął:

- Nie Tadziu! Nie chcę wody… przy­nieś mi duży winiak…

Ale Tadzio nie zdą­żył go przy­nieść, bo to były ostat­nie sło­wa Wit­ka Koro­ny, któ­re­go dusza ula­ty­wa­ła już dale­ko do nie­ba, ponad Hotel Euro­pej­ski, War­sza­wę, odle­głą rodzin­ną wieś i całą uko­cha­ną przez nie­go Polskę.

A dzwo­ny od świę­tej Anny i od Wizy­tek cią­gle jesz­cze biły jak­by go żegna­ły i wszyst­kim chcia­ły oznaj­mić, że oto koń­czy się jesz­cze jed­no war­szaw­skie życie.

•••

Na pogrze­bie Wit­ka Koro­ny było nie­wie­le osób. Rodzi­na, a oprócz niej Zuza z Leonem, paru kole­gów z Coun­try Clu­bu, z Euro­pej­skie­go i chy­ba dwóch czy trzech z daw­nej pra­cy w Grand Hote­lu. Tro­chę póź­niej, już w cza­sie żałob­ne­go nabo­żeń­stwa poja­wił się pan Win­cen­ty Fli­siak z Socha­cze­wa, któ­ry cią­gle jesz­cze pro­wa­dził tam swo­ją restau­ra­cję „U Wic­ka” i poda­wał w niej pie­czo­ne pro­się z kaszą gryczaną.

Ksiądz skoń­czył requ­iem, zain­to­no­wał „Dobry Jezu, a nasz Panie” i kon­dukt ruszył cmen­tar­ną ale­ją w kie­run­ku gro­bow­ca. Czy to przez nie­do­pa­trze­nie, czy przez oszczęd­ność  zade­cy­do­wa­no, że Witek zosta­nie poło­żo­ny koło swo­jej Elzy. Trud­no powie­dzieć, czy tę decy­zję pod­ję­ła mama Anie­la czy może ksiądz nie zro­zu­miał pole­ce­nia i mał­żeń­stwo poło­żył razem — ale trze­ba przy­znać, że rzecz była wiel­ce nie­de­li­kat­na wobec Reni, któ­ra widząc to pokry­ła się szkar­ła­tem wypieków.

Sły­sza­ne rze­czy! Byli tacy, któ­rzy czu­li tę nie­wła­ści­wość, ale nikt nic nie mówił. Wia­do­mo — pogrzeb. Tyl­ko, sto­ją­cy obok przy­bra­nej mat­ki, Krzyś ści­snął jej rękę i przy­su­nął się do niej nie­co bliżej.

Ksiądz pokro­pił trum­nę i był czas na powie­dze­nie paru słów poże­gna­nia, ale nikt się jakoś nie kwapił.