Micha­lin­ka: Ostroż­nie z tymi grzybami

Pra­wie każ­dy Sło­wia­nin wie jakie rodza­je grzy­bów zbie­rać. Obec­nie entu­zja­ści zwą­cy się myko­lo­ga­mi (myko­lo­gia — nauka o grzy­bach) rekru­tu­ją się z róż­nych środowisk.

Sama za zbie­ra­niem grzy­bów nie prze­pa­dam, choć samo łaże­nie po kniei mi odpo­wia­da. Poza tym, dobrze, aby ktoś z grzy­bo­bra­nio­we­go towa­rzy­stwa, wie­dział coś o grzy­bach i roz­róż­nił, któ­ry jest jadal­ny, a któ­ry tru­ją­cy, czy­li psi

W dro­dze na wieś prze­czy­ta­łam, że w Onta­rio w roku bie­żą­cym dwu­krot­nie wzro­sła licz­ba szpi­tal­nych inter­wen­cji spo­wo­do­wa­nych zatru­ciem grzy­ba­mi.  A prze­cież tych przy­tru­tych, któ­rzy nie poje­cha­li do szpi­ta­la jest znacz­nie więcej.

W naj­śmiel­szych marze­niach, nie spo­dzie­wa­łam się tego, że i ja do tych przy­tru­tych będę nale­żeć. A było to tak. Grzy­bów w tym roku w bród. Nie wia­do­mo, czy dla­te­go, że ludzie mają wię­cej cza­su na grzy­bo­bra­nie z powo­du pan­de­mii, czy dla­te­go, że fak­tycz­nie jest dobry rok. Lato było raczej suche, ale grzy­ba­mi wysy­pa­ło. Na grzy­bo­bra­nie poszłam z doro­sły­mi lato­ro­śla­mi. Jed­na cór­ka jest spe­cem, a myko­lo­gia (nauka o grzy­bach) to jej pasja. Zbie­ra grzy­by nawet w kwiet­niu. Moja rola ogra­ni­czy­ła się do pro­wa­dze­nia pie­sków na smy­czy, żeby nie pobie­gły za tro­pem jakiejś dzi­kiej zwie­rzy­ny w las. Pogo­da była bar­dzo malow­ni­cza. Kolo­ro­we liście spa­da­ły nam na gło­wy, świe­że powie­trze zaty­ka­ło przy­du­szo­ny mia­stem oddech, covi­du w oko­li­cy nie było. Łaże­nie po chasz­czach było nie­złym ćwi­cze­niem. A grzy­by były: i rydze, i maśla­ki, i mnó­stwo bocz­nia­ków (oyster mush­ro­oms), oraz opień­ków.  Wypeł­ni­li­śmy nie tyl­ko koszycz­ki, ale i kape­lu­sze, a potem moją kurt­kę. Dobra nasza! Po przy­jeź­dzie do let­nie­go dom­ku zaczę­ło się nie­koń­czą­ce czysz­cze­nie, segre­go­wa­nie, przy­go­to­wy­wa­nie zapra­wy, sło­ików, itp. Gene­ral­nie wszyst­ko to za czym nie prze­pa­dam. Dzie­ci przy­dzie­li­ły mi susze­nie, co nie było takie znów złe, szcze­gól­nie, że  mamy taką spe­cjal­ną wie­lo­plat­for­mo­wą suszar­kę. Ok. Ukła­da­łam i prze­kła­da­łam te suszą­ce się grzy­by na tych plat­for­mach przez pół dnia, ale koń­ca nie było widać. Ist­na klę­ska uro­dza­ju! Wpa­dłam więc na pomysł przy­spie­sze­nia pro­ce­su susze­nia i przy komin­ku zbu­do­wa­łam rusz­to­wa­nie na któ­re wyło­ży­łam grzy­by. Tak jak u bab­ci w Rydzy­nie. Nie byłam jed­nak pew­na, czy dobrze się suszą, więc spró­bo­wa­łam. Jeden, a potem dru­gi. Pfuj!  Ale zja­dłam. Do kola­cji – ziem­niacz­ki z sosem grzy­bo­wym i sma­żo­ny­mi na maśle rydza­mi, mniam, mniam, nie mogłam patrzeć na jedze­nie. Bez poda­wa­nia zbęd­nych szcze­gó­łów do rana sie­dzia­łam na kiblu, bo albo mnie czy­ści­ło (takie ład­ne pol­skie sło­wo na bar­dzo mod­ny ostat­nio ‘cle­an­sing’) albo mia­łam odru­chy wymiot­ne. Już, już myśla­łam, że to covid, bo jakaś tam pani, co zna inne­go pana, a ten znów zna jakąś panią, była pozy­tyw­na. Na całe szczę­ście nad ranem mi przeszło.

Oka­za­ło się, że opień­ki w sta­nie suro­wym, albo nie dogo­to­wa­nym, są tru­ją­ce — nie śmier­tel­nie tak jak sro­mot­ni­ki, ale powo­du­ją poważ­ne iry­ta­cje żołąd­ka i jelit. Zadzwo­ni­łam do sio­ry, a ta mi zaraz mówi: —  Pew­nie zja­dłaś nie­do­go­to­wa­ne­go opień­ka? — Znów. Wszy­scy wie­dzie­li, tyl­ko nie ja.  A morał z tego nie pole­ga na uża­la­niu się nad sobą, tyl­ko na uwa­ża­niu. Pro­ste i doty­czy też covi­da.  A mój przy­ja­ciel (ten od kaja­ka) rycząc ze śmie­chu pytał – Co?  Zatru­łaś się opień­kiem w cza­sie covi­du? — No fakt, śmiesz­ne. Dobry tytuł na książ­kę ‘Zatru­cie opień­kiem w cza­sie cowi­du’. Może napiszę.

Micha­lin­ka