Pierwszy dzień listopada wiadomo co dla nas oznacza, Polaków, ale tutaj na emigracji, od czasu kiedy się przyjeżdża „prześladuje” nas zestawienie Halloween i zaraz potem Wszystkich Świętych. Inne nastroje, inne „klimaty”.

        Niektórzy, co prawda, mówią, że jak się rzecz poskrobie, to Halloween jest to święto katolickie, ale myślę, że dobrze jest powiedzieć o różnicy teologicznej.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

        Nie jestem żadnym specjalistą, powiem więc jak ja to rozumiem i jak to do mnie dociera; gdzie są te znaczące różnice i na czym polegają, bo myślę, że właśnie te dwa dni, ostatni dzień października i pierwszy dzień listopada, pozwalają nam, jak to się dzisiaj w Polsce mówi, „ogarnąć” temat, służyć jako kontrast, który pozwala lepiej zrozumieć to, kim jesteśmy.

        Globalizacja, jedna ideologia, druga ideologia, totalitaryzmy, to wszystko z czym mamy tutaj do czynienia, to nie tłumaczy tego skąd przychodzimy i dokąd idziemy, jaki jest sens życia.

        Co prawda totalitaryzmy, takie jak sowiecki czy nazistowski, usiłowały ten sens ostateczny, gdzieś tam podkładać. Dlatego m.in. Sowieci zmumifikowali Lenina, żeby był „wiecznie żywy”. Więc była to pewnego rodzaju obietnica nieśmiertelności dla przodowników pracy i wszystkich najbardziej wartościowych ludzi systemu, ale zbiorowa pamięć to jednak słaba nadzieja w porównaniu z obietnicą indywidualnego świadomego życia wiecznego, jaką niesie chrześcijaństwo.

        Dzisiejszy totalitaryzm także zaczyna nam oferować wizję wiecznego człowieka; połączonego z komputerem, z maszyną, którego pamięć być może będzie zapisana na zawsze, który być może stanie się nieśmiertelny przez to że  jego świadomość zostanie w jakiś sposób maszynowo zarejestrowana…

        Oczywiście to wszystko są  bzdury. Państwo o tym wiedzą, ja to wiem i myślę że większość ludzi, która nawet to reklamuje, o tym wie. Nie jesteśmy w stanie przekroczyć bariery, którą przed nami, przed naszym życiem stawia śmierć.

        Są ludzie, którzy mówią przecież jeszcze nie umierasz, po co o tym myśleć?

        Właśnie większość tych „naszych” ideologii usiłuje nam zamknąć świat w doczesności, bo wiadomo że wtedy jesteśmy bardziej przewidywalni, „racjonalni” i bardziej można tam nas różnymi rzeczami kupić. Bardziej reagujemy na bodźce niż ktoś, kto ma wizję przyszłego świata, gdzie wchodzi się przez śmierć, którego jest przez to trudniej kontrolować i straszyć.

        Jako młody człowiek, zanim skończyłem 15 lat, uczestniczyłem może w dziewięciu pogrzebach;  byłem „późnym dzieckiem” w rodzinie i co chwilę ktoś umierał; a to stryjenka, a to ciotka czy wujek.

        Potem  codziennością zasłoniłem sobie ten ludzki wymiar śmiertelności. Żyłem tak jakby to mnie nie dotyczyło. Bardzo wielu ludzi żyje, jakby to ich nie dotyczyło, w przeświadczeniu, że skoro jest „n”, to zawsze będzie „n+1” – następny dzień.

        Po jakimś czasie jednak zaczęło to docierać, że ten świat zostawię.

         Nasze chrześcijańskie pojmowanie śmierci zakłada nieśmiertelność duszy; że to wszystko nie kończy się na cmentarzu, nie kończy się na kościotrupach, czy na jakiś tam zombi. Zresztą nawet nasze trupie czaszki  i tak w proch się zamienią. Minie tysiąc lat, milion lat, miliard lat;  wieczność…

        I proch tylko zostanie. Wszystko tu oddamy; wszystko tutaj zostanie. Ale my,  wychodzimy.

        I to jest przesłanie naszej cywilizacji, to jest podstawa zachodnio-europejskiego pojmowania człowieka. To jest nasza antropologia.

         No i mamy zło.

        Część ludzi odmawia złu prawa do istnienia, mówi, że to tylko brak dobra. Ale zło jest namacalne. Wielu z nas tego doświadczyło.

        Halloween przez  trick or treat nawiązuje do teologii pogaństwa;

        w większości mitologii pogańskich mamy bogów dobrych i tych  złych;  składa się ofiary bogom dobrym i bogom złym, czyli z naszej perspektywy demonom.

        Po co?

        Składa się im ofiary po to, żeby nam osobiście, albo naszym społecznościom nie czyniły te złe duchy zła, nie były niemiłe.

        Opowiem anegdotę zasłyszaną podczas spotkania z księdzem egzorcystą w Centrum Jana Pawła II. Ksiądz opowiadał o tym, jak polski misjonarz w Afryce chrzcił wioskę.

        Chrzest odbywał się tak, że ludzie stali w rzędzie, on wypowiadał ten pierwszy egzorcyzmy, czyli formułę Chrztu Świętego. Wszystko szło dobrze, aż do momentu, gdy dwie młode kobiety – później się okazało, że siostry – gdy on wypowiadał te słowa – nagle upadły na ziemię zaczęły się tarzać i krzyczeć. Ksiądz podejrzewając z czym ma do czynienia rozpoczął  egzorcyzm od pytania o imię złego ducha. Wówczas jedna z tych kobiet krzyknęła do niego po polsku, „ty jesteś księdzem i nie wiesz?”.

        Okazało się później, że jako dzieci siostry zostały ofiarowane duchom dżungli czy czegoś tam, żeby nie czyniły zła i żeby plony były dobre.

        No i właśnie tak to jest w religiach pogańskich, że odpowiadamy na treat or trick… Że zapalamy diabłu ogarek..

        Składamy ofiarę. I ta formuła jest dokładnie powtarzana przez te wszystkie dzieci które od drzwi do drzwi zbierają swoje cukiereczki. Złu trzeba dać cukierka, żeby się od nas odwaliło.

        To nie jest przesłanie katolicyzmu, to nie jest przesłanie chrześcijaństwa. My nie musimy się złu niczym opłacać. Nas odkupił Jezus Chrystus. Jesteśmy dziećmi nowego świata i dlatego proszę państwa warto o tym pamiętać, warto poznawać te rzeczy, zwłaszcza gdy swego czasu rzadko widywano nas na katechezie.

        A propos, inna anegdota, która utkwiła mi w pamięci jeszcze z czasów studenckich w Krakowie byłem w Pałacu pod Baranami na wykładzie doktora Kabaja o herezjach wczesnego chrześcijaństwa. Sala wypełniona  zbieraniną różnych ludzi. Ot, taki publiczny odczyt w domu kultury.

        Po wykładzie wstaje młoda kobieta z pierwszych rzędów i mówi „ja, jako młoda lekarka, przedstawicielka młodego pokolenia widzę, że  pan tutaj mówi o tych herezjach czyli o tym co było z boku, no a nie wiemy, jaki był ten główny nurt…

        Brzmiało to niczym „Z pamiętnika młodej lekarki” w „60 minutach na godzinę”, i ocknął się gdzieś w tylnych rzędach podsypiający emeryt, wykrzykując: a bo to na katechezę trzeba było chodzić!

        Właśnie tak często jest, że jesteśmy analfabetami religijnymi i nie wiemy skąd się co bierze i co znaczą symbole. A symbole są ważne. Używanie bez rozeznania symboli, które mają znaczenie wykraczające, transcendentne, które sięgają właśnie tej sfery duchowej, gdzieś tam w nią wnikając to jest niebezpieczna zabawa. To jest tak, jak wywoływanie duchów dla zabawy, kiedy to można się różnych rzeczy przy okazji nabawić.

        Wracając do tego zestawienia;  z jednej strony mamy pogański Halloween, czyli dawanie ofiary, żeby się zło nie działo, a z drugiej mamy Wszystkich Świętych, czyli ludzi, którzy żyją już w światłości Bożej, żyją w raju, i do których możemy się zwracać o wstawiennictwo.

        I mamy Zaduszki, czyli modlitwę za dusze w Czyśćcu cierpiące, wszystkich  bliskich, rodaków, ludzi, o których pamiętamy,  których dusze wymagają jeszcze wsparcia, czyli modlitwy, czyli pamięci.

        To właśnie stwarza w nas doświadczenie ponadczasowej wspólnoty.

        Bo wtedy tworzymy wspólnotę ponadczasowego narodu,  wspólnotę Ludu Bożego, gdy nasza troska modlitewna nie wygasa wraz ze śmiercią, gdy ona sięga również tam gdzie są oni.

        A zło? Zło jest realne i namacalne. Myślę, że w wielu życiowych momentach było nam dane to odczuć.

        Wiele lat temu rozmawiałem z człowiekiem który był kamerzysta, jeździł po różnych krajach i był między innymi w Rwandzie u polskich misjonarzy. Historia była taka, że jeden z tubylców dobry parafianin miał bardzo długą drogę do pracy. Półtorej godziny szedł na piechotę w jedną stronę. Po jakimś czasie ta wspólnota, ten ksiądz polski,  postanowili kupić mu rower.

        On na tym rowerze potrafił jeździć, ale pierwszego dnia wrócił prowadząc pojazd, miał jakiś wypadek, przewrócił się, cały był zakrwawiony.

        Wyjaśnił, że napadł go zły. Wpadł w busz. Był wypadek. Następnego dnia to samo. Następnego dnia to samo…

        I w końcu ten ksiądz postanowił pojechać za nim, podpatrzeć co się dzieje. Okazało się, że zjeżdżając z góry ów Murzyn po prostu nie trzyma nóg na pedałach i nie hamuje, a w dole jest zakręt drogi i wpada w krzaki.

        Ha, ha, ha, taki był problem.

        A teraz  puenta z Mississaugi. Śmiejąc się, opowiedziałem to znajomym, jako dobry dowcip i  dokładnie tego samego dnia, nie wiem dlaczego, nie wiem, w jaki sposób, wjechałem w tył  innego samochodu ruszając spod świateł. Moja nieuwaga? Prawdopodobnie, ale od razu przyszedł mi na myśl ten Murzyn, którego zły napadł…

        Ale przecież to głupota… Nie, to niemożliwe… Takie rzeczy się nie zdarzają…

        5 dni później miałem identyczną stłuczkę, znowu wjechałem w tył na światłach w tył samochodu. Tym razem zacząłem się zastanawiać, czy coś ze mną jest nie tak, że tracę do siebie zaufanie. Zacząłem się zastanawiać, czy czasem coś nie daje mi do zrozumienia, że zło to nie jest sprawa do śmiechu.

        Podobnie śmierć „nie jest sprawą do śmiechu”, ale po to, by się jej nie bać nie trzeba przysypywać grobów ludyczną kakofonią, nie trzeba się od dziecka oswajać z widokiem w pół rozłożonych kadawerów; trzeba się po prostu do niej przygotować, trzeba o niej codziennie pamiętać, trzeba uwierzyć czerpiąc z tego olbrzymiego skarbca naszej religii, tradycji i kultury, jaki zostawili nam oni, którzy już są tam. Poczucie duchowej nieśmiertelności daje prawdziwą siłę, której nie zastąpią żadne obietnice doczesności.

         W tym miesiącu pamiętajmy też o naszych zmarłych, bo to jest nasza wspólnota, nasza ciągłość trwania tutaj, na ziemi.

        I nie dajmy sobie tego wszystkiego zasłonić problemami, które nas na co dzień spotykają. My tutaj nie zostajemy, i z tej perspektywy odchodzenia do wieczności, a nie grobu i cmentarza, powinniśmy patrzeć na to, co się dzieje. I nigdy nie tracić ducha.

Andrzej Kumor