Od dwu lat mam w domu pro­jek­tor któ­ry trze­ba dostar­czyć na Kubę do księ­dza Cze­sła­wa. Trze­ba też dostar­czyć i dużo innych potrzeb­nych do życia ple­ba­nii rze­czy. Na Kubie bra­ku­je wszyst­kie­go. Nie ma dłu­go­pi­sów, nie ma pod­sta­wo­wych lekarstw, jak anty­bio­ty­ki, nie ma papie­ru, nie ma świe­czek, moż­na powie­dzieć, że nicze­go nie ma.

        Ponad­to w cza­sie swej ostat­niej wizy­ty w Kana­dzie, pra­wie 2 lata  temu, ksiądz mówił, że chciał­by wybu­do­wać w mie­ście, w któ­rym posłu­gu­je kościół. To mia­sto nazy­wa się Cie­go de Avi­la i jest poło­żo­ne oko­ło 100 kilo­me­trów od wyspy Cayo Coco. Pod­glą­dam ceny bile­tów do Cayo Coco na por­ta­lu Sun­wing Vaca­tions. Zbli­ża­ją się Świę­ta i widać że ceny w tur­nu­sach przed­świą­tecz­nych zaraz pój­dą bar­dzo w górę. Na tydzień przed wylo­tem kupu­ję bilet i jak mi pora­dzo­no, doda­tek do bile­tu tak zwa­ny Eli­te Plus, któ­ry pozwa­la na zwięk­szo­ny bagaż 30 kilo­gra­mów od oso­by. Doku­pu­ję też nad­ba­gaż dla sie­bie i żony po 23 kilo­gra­mów każ­dy. W cza­sie zaku­pu bile­tu jesz­cze mówię  że będę wiózł też rower…

        Pako­wa­nie zabie­ra dużo cza­su. Śred­nio jeden dzień to jed­na spa­ko­wa­na waliz­ka. Wali­zek jest 4. No i rower. Zna­jo­ma dała mi rower. Rower wyglą­dał na mało uży­wa­ny. Ale kie­dy przy­szło do roz­krę­ca­nia go na czę­ści to oka­za­ło się, że jest pordze­wia­ły, i że na przy­kład, nie moż­na odkrę­cić kie­row­ni­cy. Moco­wa­nie kie­row­ni­cy było zardze­wia­łe. W koń­cu pod­da­ję się i nie bio­rę roweru.

Reklama

        Na dwa dni przed wyjaz­dem na Kubę mam infek­cję zęba. Reje­stru­ję się do den­ty­sty. Ten mówi, że trze­ba zro­bić 2 kana­ło­we lecze­nia. Zale­pia dziu­ry tym­cza­so­wym opa­trun­kiem, któ­ry jak zapo­wia­da, roz­le­ci się po tygo­dniu. Daje mi anty­bio­tyk i śro­dek na ból.

        Następ­ne­go dnia rano odlot. Paku­je­my do moje­go mini­va­na 4 waliz­ki, i dodat­ko­we tor­by i z ręką na ser­cu jedzie­my na lot­ni­sko. W przed­się­wzię­ciu poma­ga nam dwóch kole­gów. Jeden z nich zosta­je z żoną i baga­ża­mi na lot­ni­sku. Ja szyb­ko wra­cam samo­cho­dem do domu, gdzie cze­ka na mnie inny kole­ga, któ­ry zawie­zie mnie na lotnisko.

        Jeste­śmy przy sto­isku odlo­tów. Jed­na z wali­zek ma dwa i pół kilo­gra­ma nad­ba­ga­żu. Pani mówi, żeby wycią­gnąć 2 kilo­gra­my, lub zapła­cić nad­ba­gaż w wyso­ko­ści 70 dola­rów. Wycią­ga­my z żoną 3 kon­ser­wy mię­sne i kła­dzie­my je na bla­cie przed tą panią. Do sto­iska pod­cho­dzi chy­ba jej kie­row­nicz­ka i chy­ba jest Kuban­ką. Patrzy się na kon­ser­wy i mówi że wystar­czy, że waliz­ka może przejść.

        Ulga.

        Jesz­cze tyl­ko wej­ście do samo­lo­tu z tymi pakun­ka­mi, któ­re mamy. Ja mam w kie­sze­niach kurt­ki 3 pary butów i sukien­kę ślub­ną. Żona ma w kie­sze­niach te 3 kon­ser­wy, cukier­ki dla dzie­ci i 2 kilo­gra­my socze­wi­cy dla Sióstr Miło­sier­dzia Boże­go, któ­re w więk­szo­ści są z Indii. Przy wej­ściu do samo­lo­tu ta sama pani, któ­ra nas wcze­śniej odpra­wia­ła przy­glą­da się kry­tycz­nie naszym dziw­nie gru­bym kurt­kom. Nie mówi jed­nak nic. Chy­ba to że mamy miej­sca Eli­te Plus pomaga?

        Lądo­wa­nie. Odpra­wa. Jesz­cze w samo­lo­cie wpi­sa­łem do dekla­ra­cji cel­nej że wie­zie­my pro­jek­tor. Wpi­sa­łem jego war­tość w wyso­ko­ści $400 Can. Bagaż z pro­jek­to­rem prze­cho­dzi przez rent­ge­na i  zaraz pod­cho­dzi do mnie cel­nik i każe poka­zać co tam w moim baga­żu pod­ręcz­nym jest. Mówię że to pro­jek­tor. Otwie­ram bagaż. Każe mi poka­zać dekla­ra­cję cel­ną. Idzie do dru­gie­go cel­ni­ka. Patrzą się na pro­jek­tor. Mówię, że to dla kościo­ła. Kiwa­ją gło­wa­mi. Mogę przejść. Zabie­ra­my waliz­ki na wózek. Kie­row­ca auto­bu­su poma­ga zała­do­wać waliz­ki. Daję mu 20 pesos, czy­li po kur­sie rzą­do­wym to lek­ko ponad dolar. Hotel jest nie­da­le­ko. I zno­wu roz­ła­du­nek wali­zek. Recep­cja. Cze­ka­my na nasza kolej­kę. Dłu­ga kolej­ka, bo samo­lot był peł­ny. I zno­wu zała­du­nek wali­zek do elek­trycz­ne­go samo­cho­dzi­ku. Ja sia­dam z przo­du, za mną sie­dzi dwo­je innych tury­stów i na ostat­nie sie­dze­nie pró­bu­je wejść żona. W trak­cie jak ona sta­ra się wsiąść do samo­cho­dzi­ku zaga­da­ny przez sie­dzą­ce­go za mną męż­czy­znę kie­row­ca rusza. Sły­szę krzyk żony. Ma skrę­co­ną nogę.

        Wsia­da jakoś do samo­cho­dzi­ku i rusza­my. Nikt już nie roz­ma­wia. Dojeż­dża­my do nasze­go budyn­ku. Kie­row­ca sta­ra się jakoś zatrzeć złe wra­że­nie i prze­stra­szo­ny wno­si szyb­ko waliz­ki na  dru­gie piętro.

        Mamy przy­jazd za sobą. Pią­tek, pierw­szy peł­ny dzień naszych waka­cji. Idzie­my powo­li na śnia­da­nie. Żona kuś­ty­ka. Decy­du­ję się nie skła­dać rapor­tu na kie­row­cę, żeby ten nie stra­cił pracy.

        Śnia­da­nie. Dobre cia­sta, dobry chleb, owo­ce. Pobyt zapo­wia­da się dobrze. Póź­niej idzie­my na spo­tka­nie zapo­znaw­cze. Pani przed­sta­wi­ciel­ka Sun­wing mówi jakie są wyciecz­ki i gdzie. Głów­na atrak­cją Cayo Coco jest del­fi­na­rium. Sły­szę tę infor­ma­cję, ale jakoś nie zapa­da mi ona w pamię­ci.  Pani przed­sta­wi­ciel­ka mówi, żeby dawać obsłu­dze hote­lu napiw­ki w dola­rach, ponie­waż za pesos kubań­skie Kubań­czy­cy w tej chwi­li nie mogą nic kupić. Pani mówi też, żeby dawać róż­ne rze­czy w for­mie napiw­ku. Nikt się nie obra­zi. Myślę sobie, dobrze, ale naj­mniej­szym nomi­na­łem pie­nią­dza kana­dyj­skie­go jest, prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, 5 dola­rów kana­dyj­skich. Jeśli ktoś takie przy­wiózł. Czy to aby nie za wyso­ki napiwek?

        Idzie­my nad morze. Na pla­ży mało ludzi. Dziś jest wietrz­nie. Morze jest zim­ne. Pytam się ratow­ni­ka cze­mu? On odpo­wia­da, że dla­te­go, iż nad­szedł prąd mor­ski od stro­ny Pół­noc­ne­go Atlantyku.

        Po obie­dzie idę dowie­dzieć się, jak dzia­ła­ją tak­sów­ki, aby doje­chać do mia­sta, gdzie pra­cu­je ksiądz Cze­sław. Roz­ma­wiam z 4 róż­ny­mi tak­sów­ka­rza­mi. Dwóch z nich za dojazd do Cie­go de Avi­la i z powro­tem ofe­ru­je cenę 130 dola­rów kana­dyj­skich, a dwóch cenę 160 dola­rów kana­dyj­skich. Za pomo­cą przed­sta­wi­cie­la tak­sów­ka­rzy dzwo­nię do księ­dza Cze­sła­wa. Szczę­śli­wie odbie­ra. Uma­wia­my się na ponie­dzia­łek, bo jest to jedy­ny dzień, kie­dy ma  tro­chę cza­su. Pro­szę księ­dza, żeby zawia­do­mił sio­stry z zako­nu Mat­ki Tere­sy z Kal­ku­ty, że przy­je­dzie­my, i że mamy dla nich rzeczy.

        W sobo­tę idzie­my do skle­pi­ku w hote­lu, bo podob­no moż­na tam kupić mydło i pro­szek do pra­nia. Pyta­my się bar­dzo dobrze ubra­nej pani w wie­ku oko­ło 50 lat, któ­ra stoi za ladą, czy są prosz­ki do pra­nia i mydła? Są. A jaka jest cena? Pani poda­je bar­dzo wyso­ką cenę S1,90 USA za sztu­kę. Wszyst­kie ceny w tych skle­pi­kach nomi­no­wa­ne są w dola­rach ame­ry­kań­skich. Wystro­jo­na sprze­daw­czy­ni mówi, że ta cena jest za mydło, któ­re waży 150 gra­mów, za paczusz­kę prosz­ku do pra­nia, któ­ra rów­nież waży 150 gram. Przy­po­mnę, że na Kubie prosz­ku do pra­nia uży­wa się rów­nież do mycia naczyń.

        W związ­ku z wyso­ka ceną kupu­je­my tyko po 6 mydeł i 6 prosz­ków do pra­nia.  Przed skle­pem spo­ty­kam Pola­ka z Nia­ga­ra Falls, któ­ry przed chwi­lą kupił papie­ro­sy men­to­lo­we. Pytam się go czy są dobre? Bar­dzo dobre odpo­wia­da. Ale to inna mar­ka, niż wcze­śniej sprze­da­wa­na w tych skle­pach, mar­ka Hol­ly­wo­od. Pytam się ile zapła­cił za pacz­kę tych Roth­man­sów? On mówi że 4,25 dola­ra ame­ry­kań­skie­go. To pra­wie podwój­na cena w sto­sun­ku do daw­nych Hol­ly­wo­od. Myślę co tu zro­bić? Wra­cam do skle­pu i pytam się tej wypa­cy­ko­wa­nej pani, czy nie ma daw­nych Hol­ly­wo­od po 2,20 dola­ra z pacz­kę. Ona mówi, że nie ma i że wszyst­ko na Kubie podro­ża­ło ponad dwu­krot­nie. Kupu­ję z cięż­kim ser­cem kar­ton. Pani mówi, że mogę zapła­cić w dola­rach kana­dyj­skich i poda­je prze­licz­nik 0,67 za dola­ra kana­dyj­skie­go w sto­sun­ku do ame­ry­kań­skie­go. Wszyst­ko sumu­je i wypi­su­je dłu­go­pi­sem na kart­ce bo podob­no kasa fiskal­na nie dzia­ła. Nie, mówię zapła­cę kar­tą kre­dy­to­wą. Cena wra­ca do ceny w dola­rach amerykańskich.

        Kil­ka godzin póź­niej wra­ca­my z żoną do tego skle­pu i kupu­je­my jesz­cze kar­ton tych papie­ro­sów men­to­lo­wych. Bo men­to­lo­wych papie­ro­sów lubi bra­ko­wać.  W Kana­dzie ich nie ma.

        Po połu­dniu idę na spa­cer do sąsied­nie­go hote­lu, bo tam mają grać wie­czo­rem tra­dy­cyj­ną muzy­kę kubań­ską.  Straż­nik mnie prze­pusz­cza bez pyta­nia. Nie­ste­ty nie ma żad­nej tra­dy­cyj­nej muzy­ki kubań­skiej. Ale jest sklep. Myślę, o wej­dę sobie, zoba­czę co mają. Wcho­dzę. W środ­ku dwie mło­de sprze­daw­czy­nie. Na pół­kach towa­ry w tym i papie­ro­sy i mydła, i pro­szek do pra­nia. Mydło  tutaj kosz­tu­je $0,90 USA, pro­szek 150 gram rów­nież $0,90 USA, papie­ro­sy $2,20 USA za pacz­kę. Kupu­ję dużo prosz­ku, dużo mydła, i paczusz­kę papie­ro­sów żeby poka­zać żonie, jakie są praw­dzi­we ceny. Ale co naj­waż­niej­sze, dzia­ła tu kasa fiskal­na i dosta­ję rów­nież wydruk i z ter­mi­na­lu z kar­ty kre­dy­to­wej i z kasy fiskal­nej, gdzie wyli­czo­ne są wszyst­kie te rze­czy, któ­re kupi­łem po kolei z cena­mi, jak na pół­kach. W trak­cie moich zaku­pów do skle­pu wcho­dzi pani z Quebe­cu. Ona rów­nież robi podob­ne zaku­py, jak ja. Wycho­dzi­my przed skle­pik. Wda­ję się z nią w krót­ką dys­ku­sję i ona mówi, że w tym naszym skle­pi­ku zapła­ci­ła $25 USA prak­tycz­nie za nic. Dla­te­go przy­szła tutaj do tego hote­lu. Po powro­cie do poko­ju poka­zu­ję żonie wydruk z kasy fiskal­nej. Liczy­my stra­ty. Oka­zu­je się że w dwóch trans­ak­cjach ta wystro­jo­na sprze­daw­czy­ni oszu­ka­ła nas na $53 USA, lub jak kto woli na pra­wie $80 kana­dyj­skich. Decy­du­je­my się iść na skar­gę do zastęp­cy dyrek­to­ra hote­lu. Opo­wia­dam jej z deta­la­mi o co cho­dzi i że mam wydru­ki z jed­ne­go i z dru­gie­go skle­pu. Zastęp­ca dyrek­to­ra hote­lu jest z Hisz­pa­nii i pra­cu­je tu z ramie­nia hisz­pań­skich wła­ści­cie­li. Ona mówi, że wie że takie rze­czy mają miej­sce, ale że skle­py nie są czę­ścią hote­lu tyl­ko wła­sno­ścią rzą­du kubań­skie­go. Powie­dzia­ła, że zadzwo­ni do dyrek­cji skle­pu, ale nic nie obie­cu­ję. Poza tym jest sobo­ta wie­czo­rem, jutro nie­dzie­la, gdzie zno­wu nikt nie pra­cu­je. Więc może w ponie­dzia­łek, może we wto­rek będzie mia­ła jakąś odpowiedź.

        W nie­dzie­lę jest pięk­na pogo­da. Idzie­my nad morze. Woda jest cie­pła. Nastą­pi­ła zmia­na prą­du mor­skie­go. Morze jest cie­płe. Trze­ba to wyko­rzy­stać. Po połu­dniu zno­wu wra­ca­my. Jest odpływ i koło pla­ży nagro­ma­dzi­ło się dużo małych rybek. Czte­ry duże pta­ki wyglą­da­ją­ce na peli­ka­ny nic nie robią sobie z będą­cych w wodzie pla­żo­wi­czów i co chwi­la wzno­szą się w powie­trze i opa­da­ją w miej­sca gdzie nagro­ma­dzi­ło się dużo rybek. Taki ptak lądu­je kil­ka razy w odle­gło­ści pół­to­ra metra od będą­cej w wodzie mojej żony. Pta­ki robią tę samą czyn­ność do zmierzchu.

        Idzie­my na kola­cję. Za każ­dym razem, na obiad i kola­cję na szwedz­kim bufe­cie ser­wo­wa­ne są ryby w tym i ulu­bio­ny przez nas hali­but. Nie odpusz­cza­my. W Kana­dzie hali­but jest strasz­nie dro­gi. Wła­ści­wie przez całe 7 dni poby­tu nie jadłam nic inne­go niż ryby. A to hali­bu­ta, a to łoso­sia, a to makre­lę kró­lew­ską. Omi­jam inne mię­sa woło­we czy wie­przo­we. Te są w Kana­dzie i są tań­sze niż ryby.

Wypie­ki cia­stek są też bar­dzo dobre.

        Teraz jakoś ochło­ną­łem po pierw­szych dniach wra­żeń i przy­glą­dam się tury­stom. W dużej restau­ra­cji jest bar­dzo dużo dobrze odży­wio­nych i ubra­nych Kubań­czy­ków. Jest też dużo Rosjan. Wła­ści­wie tury­ści z Kana­dy są w mniej­szo­ści. Kubań­czy­cy się wręcz obże­ra­ją. I co naj­gor­sze zosta­wia­ją nie­do­je­dzo­ne talerze.

Janusz Niem­czyk