Czy pamiętają Państwo ze szkoły, że grzyby to nie rośliny, a osobne Królestwo? A czy próbowali Państwo kiedyś grzyba nazywanego w Ameryce z powodu podobieństwa koloru i smaku do ugotowanego homara „lobster mushroom”? My nigdy, a podobno to wielki rarytas w restauracjach. Hypomyces lactifluorum to pasożytniczy grzyb workowy. Pokrywa swoją grzybnią owocniki gołąbków i białych mleczajów twardą, podobną do pleśni warstwą, nadając im barwę jasnopomarańczową do czerwono-fioletowej. Miąższ grzybów, na których pasożytuje, pozostaje biały, a naturalnie gorzkie gołąbki po infekcji „lobster mushroom” stają się smaczne i aromatyczne. Podobno jednak trzeba wiedzieć, jaki gatunek porażonego grzyba zbieramy, żeby się nie zatruć. Ciekawostką jest, że w miarę postępu infekcji grzyba gospodarza ilość jego DNA stopniowo spada na rzecz DNA pasożyta. Hypomyces lactifluorum występuje w całej Ameryce Północnej, w Kanadzie m.in. w Ontario.

Dlaczego od grzybów zaczynamy opowieść? Bo jesień tuż-tuż i właśnie dosłownie w królestwie grzybów byliśmy w długi weekend września, według nas w jednym z najciekawszych parków prowincyjnych Ontario, czyli Halfway Lake Provincial Park.

Halfway Lake, położony 5 godzin jazdy samochodem na północ od Toronto, przy drodze 144 między Timmins a Sudbury, to 5113 hektarów lasów, jezior i rzek. Do 1968 roku był rezerwatem, a w 1980 utworzono na tym terenie park prowincyjny. Są tu dwa kempingi nad niewielkim jeziorem Raven, jeden całkowicie zelektryfikowany (niestety trochę słychać szosę), drugi częściowo. Wiele miejsc jest z dostępem do wody, prawie wszystkie zapewniają całkowitą prywatność. Jest przepiękna długa plaża z rudawym piaskiem nad dużym jeziorem Halfway, od którego park wziął nazwę. Choćby park był zapełniony do ostatniego miejsca, nikt się tu nie będzie tłoczył, tak dużo jest miejsca. W czasie upałów można schronić się za pas zieleni przy plaży, jednocześnie nie tracąc z oczu wody. Tuż przy plaży olbrzymie polany, można grać w piłkę, plac zabaw dla dzieci. Jeżeli zabraknie jakiegoś produktu niezbędnego na kempingu, można dokupić go w sklepiku na miejscu. Sklepik oferuje także kawę i lody. Niestety, zabrakło w nim najbardziej potrzebnej rzeczy, czyli map. Musieliśmy posiłkować się zdjęciem kiepskiej jakości ściennej mapki.

W Halfway Lake Park są też miejsca w interiorze i ciekawe trasy canoe. W tym roku musieliśmy pływanie sobie odpuścić, bo zarząd parku zdecydował się nie wypożyczać łodzi z powodu koronawirusa. Niby trochę żal, ale okazało się, że kilka tras pieszych dostarczyło nam wystarczająco dużo wrażeń.

Wiele żywiołów natury ukształtowało ten teren. Historia Halfway Lake zaczęła się miliard lat temu, kiedy uderzył tu meteoryt, pozostawiając krater wielkości 100 kilometrów i podnosząc elewację gruntu. Resztki po uderzeniu rozrzucone zostały na olbrzymim obszarze. Między 70 a 40 tysięcy lat temu lodowiec pokrył ten obszar, ścinając powstałe wzgórza. 10 tysięcy lat temu, rozpuszczając się, ukształtował ostatecznie teren, nanosząc piasek, żwir i pozostawiając olbrzymie głazy narzutowe.

Swoje piętno w parku odcisnęły też ogień i wiatr. W 2002 roku przeszło tędy tornado, zahaczając o kemping i niszcząc go kompletnie. Ranne zostały wtedy cztery osoby. Tornado pozostawiło widoczną do dzisiaj ścieżkę długości 4 kilometrów, a szerokości 200. W 2007 roku 590 hektarów lasu w parku strawił ogień. Jak podało sudbury.com, o spowodowanie ognia zostali oskarżeni dwaj mężczyźni z Barrie, 21-letni wtedy Sebastian Kasiuk i 21-letni Phioli Pesek. Ukarano ich mandatem wysokości 1000 dolarów za pozostawienie nieugaszonego ognia i 200 dolarami za palenie ogniska w niewyznaczonym do tego miejscu oraz 40 godzinami pracy społecznej dla parku. Akcja gaśnicza kosztowała ponad milion dolarów, a kempingowiczów ewakuowano.

I wiatr, i ogień są jednak potrzebne. Powalone drzewa otwierają miejsce do wzrostu nowych, a na przykład sosna Jacka potrzebuje wysokiej temperatury do otwarcia szyszek i wysiewu nasion.

Przeszliśmy kilka tras w parku, m.in. przepiękną Osprey Heights Trail, która prowadzi początkowo przez bagniska, potem wspina się gwałtownie na strome klify, prowadząc ich krańcem nad jezioro Antrim. Z platformy widokowej na wysokości 50 metrów rozciąga się panorama na jezioro i wzgórza (najwyższe wzniesienie w parku ma 500 m n.p.m.). Wokół topole, jodły balsamiczne, sosny Jacka, cienkie, jakby trochę rachityczne świerki. Inny krajobraz niż bliżej Toronto, czuć, że to już północne Ontario. Pozostałe trasy nie mniej ciekawe, przez bagniska, wzdłuż małych zarośniętych jeziorek, przez mroczny młody las wyrosły po tornadzie wśród zwalonych drzew, a wyglądający jak las Baby Jagi, wspinające się momentami na klify. Wszystko porośnięte intensywnie zielonym mchem jak dywanem, a w mchu grzyby, dziesiątki grzybów… gołąbki, prawdziwki, opieńki, „stada” czerwonych koźlaków z kapeluszami jak talerze (pierwszy raz widzieliśmy koźlaki rosnące na głazach), wspomniane już czerwone „lobster mushrooms”, prześliczne żółte muchomory, białe i pomarańczowe goździeńczyki (ang. coral mushrooms, bo rzeczywiście przypominające koralowce) i mnóstwo grzybów o niesamowitych kolorach i kształtach, zupełnie nam nieznanych. Tam, gdzie mech nie znalazł już wilgoci, gdzie skała stawała się sucha, wielkimi płatami rozkładał się srebrzysty chrobotek. Sceneria trochę jak z filmu science fiction „Awatar”. Szkoda, że nie mieliśmy statywu, by w ciemnym lesie te wszystkie cuda dobrze uwiecznić. Grzyby były nie tylko w lesie, rosły wszędzie na kempingu, przy plaży, na łączkach, przy parkowym sklepiku. Łatwiej je było tam sfotografować.

Na trasie spotkaliśmy właścicieli domku letniskowego, pytali nas, czy wiemy, czy można jeść pomarańczowe „coral mushrooms”. Nie wiedzieliśmy. Białe są podobno wielkim przysmakiem.

Nie widzieliśmy niestety zbyt wielu zwierząt. Można tu spotkać łosie, niedźwiedzie, norki, bobry, orły. Nasz kemping odwiedziła jedynie wiewiórka, pardwy i, jak przystało na jezioro Raven – olbrzymi kruk, który zeżarł u sąsiadów pozostawiony w palenisku natłuszczony papier. Jest nadzieja, że mu to nie zaszkodziło.

Mimo wielu wrażeń i czasu spędzonego w miłym towarzystwie przyjaciół Ani i Marka, pozostał niedosyt. Chciałoby się przyjechać jeszcze raz, żeby obejrzeć park z innej perspektywy, z wody, z canoe.

Joanna Wasilewska Andrzej Jasiński