10 stycz­nia zakoń­czy­ły się roz­po­czę­te tego same­go dnia w Gene­wie roz­mo­wy mię­dzy Rosją i USA. Pro­wa­dzo­ne były na sto­sun­ko­wo niskim pozio­mie, bo wice­mi­ni­strów spraw zagra­nicz­nych oby­dwu państw, co poka­zu­je, że w zało­że­niu nie mia­ły nabrać cha­rak­te­ru decy­zyj­ne­go, tyl­ko raczej – son­da­żo­wy. To z kolei ozna­cza, że nego­cja­cje będą kontynuowane.

        Rosja­nie licy­to­wa­li wyso­ko; nie tyl­ko żąda­li gwa­ran­cji, że Ukra­ina i Gru­zja nie będą przy­ję­te do NATO, ale rów­nież pra­wa do współ­de­cy­do­wa­nia o tym, co NATO może robić na tere­nie państw Euro­py Środ­ko­wej, przy­ję­tych do Soju­szu w roku 1999. Te rosyj­skie żąda­nia w spo­sób oczy­wi­sty wykra­cza­ją poza “środ­ki budo­wy zaufa­nia” usta­no­wio­ne w poro­zu­mie­niu pary­skim z roku 1997, któ­re obej­mo­wa­ły m.in. powstrzy­ma­nie się Zacho­du przez prze­su­wa­niem swo­jej bro­ni jądro­wej na wschód od daw­nej gra­ni­cy nie­miec­ko-nie­miec­kiej oraz zakaz urzą­dza­nia na tery­to­riach tych państw sta­łych baz NATO.

        Dla­cze­go Rosja licy­tu­je tak wyso­ko? Żeby mieć z cze­go ustę­po­wać, to zna­czy – żeby mimo ustępstw osią­gnąć cele, na któ­rych zale­ży jej napraw­dę. A co to za cele? Jest publicz­ną tajem­ni­cą, że marze­niem pre­zy­den­ta Puti­na jest odtwo­rze­nie Związ­ku Radziec­kie­go nie tyle w posta­ci ustro­jo­wej, co tery­to­rial­nej. I na to liczy Rosja, two­rząc zresz­tą fak­ty doko­na­ne. Mam na myśli zagad­ko­we, nagłe, krwa­we roz­ru­chy w Kazach­sta­nie, podob­ne do ostat­nie­go “maj­da­nu” na Ukra­inie, któ­ry, zgod­nie z inten­cją pre­zy­den­ta Oba­my, co to zre­se­to­wał swój poprzed­ni “reset” w sto­sun­kach ame­ry­kań­sko-rosyj­skich z roku 2009,  miał dopro­wa­dzić do wyłu­ska­nia tego pań­stwa z rosyj­skiej stre­fy wpły­wów.  Skoń­czy­ło się – jak wie­my – na czę­ścio­wym roz­bio­rze Ukra­iny i otwar­ciem w cie­le tego pań­stwa jątrzą­cej rany w obwo­dach doniec­kim i ługań­skim, przez któ­rą wycie­ka­ją jego siły żywotne.

Reklama

        Toteż pre­zy­dent Żełeń­ski wła­śnie oświad­czył, że gotów jest zakoń­czyć woj­nę w Don­ba­sie, zgod­nie z usta­le­nia­mi doko­na­ny­mi w “for­mu­le nor­mandz­kiej”, to jest – z udzia­łem Fran­cji, Nie­miec, Ukra­iny i Rosji. Sta­ny Zjed­no­czo­ne zosta­ną o tych usta­le­niach powia­do­mio­ne, co poka­zu­je, że mocar­stwa euro­pej­skie nie chcą pozwo­lić na wymik­so­wa­nie ich z decy­do­wa­nia o spra­wach euro­pej­skich, a oświad­cze­nie pre­zy­den­ta Zełeń­skie­go poka­zu­je, że on też to zrozumiał.

        Wra­ca­jąc do Kazach­sta­nu, to roz­ru­chy skoń­czy­ły się nie tyl­ko pacy­fi­ka­cją ich uczest­ni­ków, ale – co wyda­je się waż­niej­sze – zapro­sze­niem do Kazach­sta­nu rosyj­skie­go woj­ska, któ­re praw­do­po­dob­nie już tam zosta­nie, by “pil­no­wać porząd­ku”. Pre­zy­dent Putin oświad­czył bowiem, że Rosja nie pozwo­li na żad­ne “kolo­ro­we rewo­lu­cje”, a więc ani na “poma­rań­czo­wą”, ani na “jaśmi­no­wą”, a poza tym, po wzię­ciu Kazach­sta­nu pod swo­ją ochro­nę, Rosja prze­dłu­ży­ła swo­ją gra­ni­cę z Chi­na­mi o dal­sze 1533 kilo­me­try. Czy przy­pad­kiem nie to wła­śnie było praw­dzi­wą przy­czy­ną roz­ru­chów w Kazach­sta­nie – bo taki sku­tek jest korzyst­ny nie tyl­ko z punk­tu widze­nia Rosji, ale rów­nież – Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Jeśli zgo­da na odtwo­rze­nie ZSRR jest rodza­jem pre­zen­tu pre­zy­den­ta Bide­na dla pre­zy­den­ta Puti­na w zamian za obiet­ni­cę przy­naj­mniej neu­tral­no­ści w obli­czu kon­flik­tu USA z Chi­na­mi, to trze­ba przy­znać, że nie ma on żad­nych nawet pozo­rów pre­zen­tu, co może ozna­czać, że ope­ra­cja, z roz­ru­cha­mi włącz­nie, zosta­ła przy­go­to­wa­na przez pierw­szo­rzęd­nych fachowców.

        Ale były pol­ski mini­ster spraw zagra­nicz­nych, Ksią­żę-Mał­żo­nek Rado­sław Sikor­ski gro­zi Rosji  “kop­nia­kiem w jaja”. Gdy­by to zale­ża­ło od nie­go, to kto wie, czy taka pró­ba by się nie odby­ła, ale nie­ste­ty od nie­go nic nie zale­ży, co ma też plu­sy dodat­nie, bo kto wie, czy w prze­ciw­nym razie Księ­ciu-Mał­żon­ko­wi nie uschła­by noga?

        Cóż zatem ura­dzo­no w Gene­wie? Zgod­nie z ocze­ki­wa­nia­mi – nic. USA oświad­czy­ły, że każ­dy kraj ma suwe­ren­ne pra­wo decy­do­wa­nia o swo­jej przy­szło­ści, co wpraw­dzie brzmi bar­dzo ład­nie, ale każ­dy rozu­mie, że o to wła­śnie cho­dzi, żeby ład­nie brzmia­ło. Bo tak napraw­dę to prze­cież wiel­kie mocar­stwa dyk­tu­ją mniej­szym kra­jom, co im wol­no, a cze­go nie.

        Jeśli cho­dzi o ewen­tu­al­ne przy­stą­pie­nie Ukra­iny do NATO, to owszem – może ona tego chcieć, ile dusza zapra­gnie, ale art. 10 trak­ta­tu waszyng­toń­skie­go sta­no­wi, że  przy­ję­cie nowe­go człon­ka do Pak­tu wyma­ga jed­no­myśl­no­ści wszyst­kich dotych­cza­so­wych uczest­ni­ków. Wystar­czy tedy, by np. Niem­cy się temu sprze­ci­wi­ły i spra­wa nie wyszła­by poza projekty.

        A trze­ba pamię­tać, że stra­te­gicz­ne part­ner­stwo nie­miec­ko-rosyj­skie nadal ist­nie­je i że nawet w Gene­wie Sta­ny Zjed­no­czo­ne nie zagro­zi­ły żad­ny­mi nowy­mi sank­cja­mi w spra­wie Nord­Stre­am 2. Zatem – wszyst­ko dopie­ro przed nami, bo jeśli usta­no­wie­nie poli­tycz­ne­go porząd­ku “lizboń­skie­go”, któ­re­go naj­tward­szym jądrem było usta­no­wio­ne 20 listo­pa­da 2010 roku stra­te­gicz­ne part­ner­stwo NATO-Rosja, trwa­ło 25 lat, to odtwo­rze­nie go, po wysa­dze­niu go w powie­trze przez pre­zy­den­ta Oba­mę w roku 2013, też musi tro­chę potrwać – a wyda­je się, iż coś takie­go jest wła­śnie celem zabie­gów pre­zy­den­ta Bide­na, któ­re oczy­wi­ście trze­ba przy­sła­niać ultra­de­mo­kra­tycz­ną retoryką.

   Tym­cza­sem nasz nie­szczę­śli­wy kraj jest wstrzą­sa­ny dwie­ma duży­mi i kil­ko­ma mniej­szy­mi aferami.

        Pierw­sza, to oczy­wi­ście wpro­wa­dza­ny wła­śnie przez rząd “dobrej zmia­ny” “Pol­ski Ład”. Miał być on wehi­ku­łem, na któ­rym Zjed­no­czo­na Pra­wi­ca w roku 2023 wje­dzie do Sej­mu i Sena­tu, żeby oby­dwie izby zdo­mi­no­wać, ale  już teraz widać, że łatwo nie będzie. Wpraw­dzie rzą­do­wa tele­wi­zja zachwa­la go jak tyl­ko może, ale co i rusz wycho­dzą na jaw roz­ma­ite kik­sy, na któ­re róż­ne gru­py zawo­do­we – ostat­nio księ­go­wi i dorad­cy podat­ko­wi – reagu­ją iry­ta­cją. Strasz­nie bowiem ten “Pol­ski Ład” jest skom­pli­ko­wa­ny, a więc nie obej­dzie się bez two­rze­nia coraz to nowych urzę­dów, któ­re na przy­kład usta­la­ły­by, jaki przed­się­bior­ca jest “inno­wa­cyj­ny”, a jaki nie – bo od tego zale­żą roz­ma­ite ulgi. Oczy­wi­ście nie ma wąt­pli­wo­ści, że pani  Zosia, albo pan Józio, któ­rzy w tych urzę­dach zosta­ną zatrud­nie­ni, takie spra­wy roz­strzy­gną z wła­ści­wą sobie bystro­ścią w mgnie­niu oka, ale nie jest wyklu­czo­ne, że uzna­ny za “inno­wa­cyj­ne­go” przed­się­bior­ca w odru­chu wdzięcz­no­ści zechce się z nimi podzie­lić korzy­ścią. Takie rze­czy trze­ba kon­tro­lo­wać, więc widzi­my, że koniecz­ne będzie powo­ła­nie nowych urzę­dów, a tak­że – korzy­sta­nie z roz­ma­itych tech­nik inwi­gi­la­cji, wśród któ­rych na plan pierw­szy wysu­nął się ostat­nio zło­wro­gi “Pega­sus”.

        Bo wła­śnie on został nega­tyw­nym boha­te­rem życia publicz­ne­go, cho­ciaż, jak dotąd, ujaw­ni­ły się dopie­ro trzy jego ofia­ry. Pozo­sta­łe – jak się domy­ślam – sie­dzą cicho, w nadziei, że się dowie­dzą, co takie­go ten cały Pega­sus o nich się dowie­dział. Jak powia­da­ją Rosja­nie, nikt nie jest bez grze­chu wobec Boga, ani bez winy wobec cara, więc powścią­gli­wość jest jak naj­bar­dziej wskazana.

        Ale sko­ro już mle­ko się roz­la­ło i oka­za­ło się, że pod­słu­chi­wa­ny przez Pega­su­sa był Wiel­ce Czci­god­ny poseł Brej­za, w swo­im cza­sie kie­ru­ją­cy kam­pa­nią wybor­czą Plat­for­my Oby­wa­tel­skiej, to przy­czy­ni­ło się to do poja­wie­nia się roz­pacz­li­wych odru­chów despe­ra­cji. Przy­bra­ły one postać ocze­ki­wa­nia, że ostat­nie wybo­ry zosta­ną uzna­ne za “nie­waż­ne” z powo­du naru­sze­nia zasa­dy “rów­no­ści” i w ten spo­sób znie­na­wi­dzo­ny reżym Jaro­sła­wa Kaczyń­skie­go może zosta­nie oba­lo­ny. Widać, że nie­prze­jed­na­na opo­zy­cja tra­ci nadzie­ję, że kie­dy­kol­wiek uda jej się prze­jąć wła­dzę w spo­sób nor­mal­ny i chwy­ta się każ­dej oka­zji, niczym toną­cy brzy­twy. Inna spra­wa, że myśl, iż do gło­su ponow­nie doj­dzie posą­go­wa pani Mał­go­rza­ta Kida­wa-Błoń­ska, Wiel­ce Czci­god­ny poseł Pup­ka, czy zwłasz­cza nie­mniej Wiel­ce Czci­god­na Ewa Kopacz, w każ­dym oby­wa­te­lu musi budzić dreszcz zgro­zy – i to jest chy­ba w tej chwi­li naj­więk­szy atut reży­mu “dobrej zmiany”.

Sta­ni­sław Michalkiewicz