Michal­kie­wicz: Cała para w gwizdek

Anto­ni Sło­nim­ski, bodaj w latach 70-tych, kie­dy Par­tia nawo­ły­wa­ła do więk­sze­go zaan­ga­żo­wa­nia, napi­sał felie­ton o zaan­ga­żo­wa­niu —  jak to przed woj­ną akto­rzy przy­cho­dzi­li do pew­nej kawiar­ni na Nowym Świe­cie i cze­ka­li na zaan­ga­żo­wa­nie.  Oczy­wi­ście każ­dy w swo­im emploi; amant ner­wo­wo palił papie­ro­sa, komik w kra­cia­stej mary­nar­ce przy­mil­nie się uśmie­chał, pierw­sze naiw­ne uka­zy­wa­ły nóż­kę i sączy­ły maza­gran, fem­me fata­le sie­dzia­ła samot­nie przy sto­li­ku nad kie­lisz­kiem absyn­tu z tra­gicz­nym wzro­kiem wbi­tym w pust­kę  – i tak dalej. Moż­na powie­dzieć, że ta przed­wo­jen­na kawiar­nia była pre­fi­gu­ra­cją sce­ny poli­tycz­nej nasze­go ban­tu­sta­nu, na któ­rej role zosta­ły roz­pi­sa­ne przez dys­kret­ne­go reży­se­ra jesz­cze w 1989 roku w Mag­da­len­ce, no a nam wszyst­kim przy­szło  w tym przed­sta­wie­niu sta­ty­sto­wać w cha­rak­te­rze tła.

        Wła­śnie Naczel­nik Pań­stwa, któ­ry od 2003 roku nie­prze­rwa­nie i ręka w rękę z Donal­dem Tuskiem, strę­czył Pola­kom Anschluss do Unii Euro­pej­skiej, raty­fi­ka­cję trak­ta­tu lizboń­skie­go i prze­for­so­wa­nie usta­wy o raty­fi­ka­cji tzw. zaso­bów wła­snych Unii Euro­pej­skiej, teraz prze­po­czwa­rza się w jedy­ne­go obroń­cę naszej bied­nej Ojczy­zny wła­snie przed… Unią Euro­pej­ską, któ­ra wysła­ła tu Donal­da Tuska, by jako prze­wod­ni­czą­cy Volks­deut­sche Par­tei, oba­lił pra­wy rząd i zasiadł na stol­cu pre­mie­ra. Z tą usta­wą o zaso­bach wła­snych UE było tak, że wypo­sa­ża­ła ona Komi­sję Euro­pej­ską w dwie nowe kom­pe­ten­cje: zacią­ga­nia zobo­wią­zań finan­so­wych w imie­niu całej Unii oraz nakła­da­nia “unij­nych” podat­ków. Ponie­waż nawet w obo­zie “dobrej zmia­ny”, któ­ry na ogół w pod­sko­kach wyko­nu­je życze­nia Naczel­ni­ka Pań­stwa, tym razem poja­wi­ły się wąt­pli­wo­ści, czy popie­rać takie jaw­ne łaj­dac­two, Naczel­nik Pań­stwa prze­for­so­wał tę raty­fi­ka­cję przy pomo­cy Lewi­cy, któ­rą zazwy­czaj trak­tu­je przez papie­rek. No a teraz pre­zen­tu­je się jako unus defen­sor Patriae.

        Cho­dzi o to, że Komi­sja Euro­pej­ska, jak było do prze­wi­dze­nia, wca­le nie zado­wo­li­ła się likwi­da­cją Izby Dys­cy­pli­nar­nej Sądu Naj­wyż­sze­go, tyl­ko doma­ga się roz­pę­dze­nia Try­bu­na­łu Kon­sty­tu­cyj­ne­go i “testo­wa­nia sędziów” na nie­za­wi­słość. Poja­wi­ły się w związ­ku z tym fał­szy­we pogło­ski, że to testo­wa­nie prze­bie­ga w ten spo­sób, iż sędzie­mu w nie­wy­mow­ny otwór cia­ła, albo z tyłu, albo z przo­du, w zależ­no­ści od wyzna­wa­nej płci, wkła­da się urzą­dze­nie testu­ją­ce i jeśli zapa­li się czer­wo­na lamp­ka, to zna­czy, że test na nie­za­wi­słość wypadł nega­tyw­nie, a jak zie­lo­na – to pozy­tyw­nie. Oczy­wi­ście nie ma w tych fał­szy­wych poglo­skach ani sło­wa praw­dy, cho­ciaż z dru­giej stro­ny nie bar­dzo wia­do­mo, jak testo­wa­nie ma przebiegać.

        Na przy­kład, w ramach pro­gra­mu pilo­ta­żo­we­go Izba Kar­na Sądu Naj­wyż­sze­go prze­te­sto­wa­ła na nie­za­wi­słość pre­ze­sa Sądu Ape­la­cyj­ne­go w Lubli­nie, pana sędzie­go Dani­lu­ka. Oka­za­ło się, że nie jest on ani bez­s­stron­ny, ani nie­za­leż­ny, ani nie­za­wi­sły – w związ­ku z czym, na dobry porzą­dek trze­ba by pouchy­lać wszyst­kie orze­cze­nia zapa­dłe z jego udzia­łem. Jakie kry­te­ria przy­ję­ła Izba Kar­na SN przy testo­wa­niu sędzie­go Dani­lu­ka – tajem­ni­ca to wiel­ka — cho­ciaż poja­wia­ją się fał­szy­we pogło­ski, że cho­dzi o to, czy taki jeden z dru­gim sędzia był reko­men­do­wa­ny przez “sta­rą” Kra­jo­wą Radę Sądow­nic­twa, w któ­rej zasia­da­li doświad­cze­ni sedzio­wie, co to “same­go jesz­cze zna­li Sta­li­na” — to wte­dy jest nie­za­wi­sły, czy przez “nową” — to wte­dy nie­za­wi­sły nie jest.

        Nie jest trud­no prze­wi­dzieć, że  kon­se­kwen­cją testo­wa­nia będzie cha­os praw­ny, bo jed­ni sędzio­wie będą dru­gim unie­waż­nia­li wszyst­kie orze­cze­nia, ale poza nie­wąt­pli­wy­mi korzy­ścia­mi dla kan­ce­la­rii adwo­kac­kich, któ­re już zacie­ra­ją ręce w nadziei kro­cio­wych zarob­ków, w naszym nie­szczę­śli­wym kra­ju zapa­nu­je – jak mawiał mar­sza­łek Pił­sud­ski — “bur­del i ser­del”. I o to wła­śnie cho­dzi Komi­sji Euro­pej­skiej, któ­ra daje do zro­zu­mie­nia, że bez tych koniecz­nych “reform”, Pol­ska nawet nie pową­cha unij­nych subwencji.

   Nie ma jed­nak tego złe­go, co by na dobre nie wyszło i wir­tu­oz intry­gi Naczel­nik Pań­stwa, dostrzegł w tym szan­sę  wzbo­ga­ce­nia swe­go poli­tycz­ne­go emploi. Z gory­czą tedy oświad­czył, że “nie mamy już gdzie się cofać” i w związ­ku z tym zapo­wie­dział “sta­now­cze kro­ki”. Z dru­giej jed­nak stro­ny sekre­tarz PiS pan Krzysz­tof Sobo­lew­ski wpraw­dzie zapo­wie­dział “ogień zapo­ro­wy”, ale jed­no­cze­śnie zastrzegł, że obóz “dobrej zmia­ny” o żad­nym pole­xi­cie “ani myśli”. W tej sytu­acji Komi­sja Euro­pej­ska już wie, że żad­ne­go “ognia zapo­ro­we­go” oba­wiać się nie musi, na dowód cze­go Unia więk­szo­ścią gło­sów, wbrew pol­skie­mu sprze­ci­wo­wi, wła­śnie przy­ję­ła tzw. “soli­dar­ność gazo­wą”. Na razie ma być “dobro­wol­na”, ale jeśli coś złe­go może się stać, to na pew­no się sta­nie, więc tyl­ko patrzeć, jak obec­na “dobro­wol­ność” prze­kształ­ci się w zna­ną z cza­sów komu­ny “dobro­wol­ność przy­mu­so­wą”. Cho­dzi o zmniej­sze­nie zuży­cia gazu o 15 pro­cent, ale rów­nież o “pomoc” dla państw człon­kow­skich, któ­re o to “popro­szą”. Naj­wy­raź­niej Bruk­se­la nawet nie zauwa­ży­ła pol­skie­go “ognia zapo­ro­we­go” i spo­koj­nie robi swo­je, to zna­czy – budu­je IV Rze­szę o struk­tu­rze fedral­nej, w któ­rej pań­stwa czlon­kow­skie sta­ną się pozba­wio­ny­mi suwe­ren­no­ści lan­da­mi. Wpraw­dzie Naczel­nik Pań­stwa grzmi, że to “wbrew trak­ta­tom”, ale to nie do koń­ca praw­da. Cho­dzi o to, że trak­tat lizboń­ski usta­na­wia tzw. “zasa­dę prze­ka­za­nia”, według któ­rej Unia Euro­pej­ska, tzn. – jej orga­ny – mają tyl­ko takie kom­pe­ten­cje, jakie przy­zna­ły im pań­stwa człon­kow­skie. Na przy­kład spra­wy pra­wo­rząd­no­ści “prze­ka­za­ne” nie zosta­ły. To praw­da – ale trze­ba pamię­tać, że trak­tat lizboń­ski usta­na­wia też tzw. “zasa­dę lojal­nej współ­pra­cy”, według któ­rej pań­stwo człon­kow­skie musi powstrzy­mać się przed KAŻDYM (a więc nie­za­leż­nie od zakre­su kom­pe­ten­cji prze­ka­za­nych — SM) dzia­ła­niem, któ­re MOGŁOBY (podkr. SM) zagro­zić urze­czy­wist­nie­niu celów Unii Euro­pej­skiej. Wystar­czy tedy wpi­sać, że “pra­wo­rząd­ność”, cokol­wiek by to mia­ło zna­czyć, jest “celem Unii Euro­pej­skiej” i wte­dy sztor­co­wa­nie i kara­nie państw człon­kow­skich sta­je się zgod­ne z trak­ta­tem. Było­by nie­grzecz­nie przy­pusz­czać, że Naczel­nik Pań­stwa o tym nie wie, a sko­ro wie, to zna­czy, że – jak zwy­kle – cała para idzie w gwiz­dek. Wła­śnie to nie­szko­dli­we pogwiz­dy­wa­nie ma być dla wyznaw­ców Naczel­ni­ka Pań­stwa dowo­dem, że to wła­śnie on wła­sną wez­bra­ną pier­sią zasła­nia Ojczy­znę przed zaku­sa­mi Nie­miec i zło­wro­gie­go Tuska i że kto Polak, to nie ma wyj­ścia – musi gło­so­wać na PiS. War­to dodać, że gro­no wro­gów publicz­nych w dniach ostat­nich się powiek­szy­ło. Obok Tuska, któ­ry jest agen­tem nie­miec­kim, do  Sej­mu wkra­dło się rów­nież dwóch agen­tów ruskich: Grze­gorz Braun i Janusz Kor­win-Mik­ke, któ­rzy, razem z całą znie­na­wi­dzo­ną Kon­fe­de­ra­cją, sypią pia­sek w szpry­chy roz­pę­dzo­ne­go paro­wo­zu dzie­jów. Naj­wy­raź­niej Naczel­nik Pań­stwa, podob­nie jak Donald Tusk, nie zapo­mi­na, że owszem – trze­ba się prze­ko­ma­rzać, żeby wyznaw­cy byli emo­cjo­nal­nie roz­huś­ta­ni, ale tak napraw­dę, to trze­ba pil­no­wać, żeby ani z jed­nej, ani z dru­giej stro­ny, nie poja­wi­ła się żad­na poli­tycz­na alter­na­ty­wa, a wybo­ry, jak to posta­no­wio­no w Mag­da­len­ce, przy­bie­ra­ły postać ple­bi­scy­tu – albo za Jaro­sła­wem Kaczyń­skim, albo prze­ciw­ko niemu.

Sta­ni­sław Michalkiewicz