Ministerstwo Obrony Narodowej wespół z Centralnym Wojskowym Centrum Rekrutacji przekonują, że do 2035 r. w Wojsku Polskim służyć będzie 300 tysięcy osób (aktualnie jest ich 172,5). Na drodze do realizacji tego przedsięwzięcia stoi jednak wiele nierozwiązanych problemów i popełnionych błędów, co każe podać w wątpliwość optymistyczne szacunki polskich wojskowych i polityków.

W SKRÓCIE

Do 2035 r. w Wojsku Polskim powinno służyć 300 tysięcy żołnierzy. Aktualnie jest ich 170 tysięcy, mamy 12 lat, aby osiagnąć tę liczbę.

Zwalczanie braków kadrowych MON rozpoczęło się od próby wciągnięcia do armii ok. 40 tysięcy cywilnych pracowników WP.

Jeśli chcemy myśleć realistycznie o rozbudowie wojska, to nie powinno nam zależeć na wcielaniu do niego cywilnych księgowych.

Poziom ukompletowania polskiej armii wynosi nie więcej niż 58%. Oznacza to, że brakuje nam ok. 35 tysięcy zawodowych żołnierzy.

W ubiegłym roku do WOT dołączyło 12 tysięcy ochotników, a terytorialsi cieszą się coraz większym uznaniem społeczeństwa.

        Na początku przeanalizujmy koncepcję rozbudowy Wojska Polskiego poprzez konfrontację docelowej liczebności ze stanem obecnym. Wspomniane 300 tysięcy ma obejmować przede wszystkim 187 tysięcy żołnierzy zawodowych we wszystkich pięciu rodzajach sił zbrojnych: Wojskach Lądowych, Marynarce Wojennej, Siłach Powietrznych, Wojskach Specjalnych oraz zawodowców z Wojsk Obrony Terytorialnej.

        Do tego dochodzi 50 tysięcy niezawodowych żołnierzy pełniących terytorialną służbę wojskową w WOT i 50 tysięcy żołnierzy dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej (DZSW), plus pozostałe kilkanaście tysięcy w trakcie szkolenia. Zgodnie z programem stan ten ma zostać osiągnięty w 2035 r.

        Dla zobrazowania zaplanowanego wzrostu ilościowego wynikającego z powyższych ustaleń należy odnotować, że w 2022 r. liczba żołnierzy zawodowych wynosiła nieco ponad 115 tysięcy we wszystkich rodzajach sił zbrojnych, 35 tysięcy żołnierzy WOT i ok. 16 tysięcy odbywających DZSW na różnych etapach szkolenia.

        Nie da się ukryć, że poprzeczka została postawiona wysoko. Tymczasem Ministerstwo Obrony Narodowej zaczyna od zachęcania do założenia munduru cywilnych pracowników wojska, których w armii pracuje w sumie ponad 40 tysięcy. Chodzi tu o specjalistów od obsługi biurowej, logistyki czy infrastruktury technicznej, którzy przecież w maju rozpoczęli protest w sprawie niskich wynagrodzeń.

        Jeśli w obliczu tak poważnych braków kadrowych chcemy myśleć realistycznie o rozbudowie wojska, to nie powinno nam zależeć na wcielaniu do niego cywilnych księgowych z Wojskowych Oddziałów Gospodarczych, aby wyciszyć ich skargi, a później móc pochwalić się wykonaniem planu. Powinno być wręcz odwrotnie – planowany wzrost ilościowy daje dobrą okazję do przeprowadzenia całościowej optymalizacji zadań zaplecza.

        Krokiem trudnym, choć być może niezbędnym, byłaby rewizja administracji (szczególnie części finansowo-gospodarczej) i systemu logistycznego (zwłaszcza zabezpieczenia materiałowego). Następnie należałoby ocenić, o ile można odchudzić hiperbiurokratyczne struktury wojskowe, przenosząc część tych zadań w ręce zewnętrznych kontrahentów.

        W tym miejscu należy zmierzyć się z być może największą bolączką polskiej armii, jaką jest jej niski stopień ukompletowania. Ze wspomnianych wcześniej 115 tysięcy żołnierzy zawodowych we wszystkich rodzajach sił zbrojnych, ok. 54 tysiące służą w Wojskach Lądowych, zaś druga połowa w pozostałych czterech razem wziętych. Jednak to właśnie ten rodzaj sił zbrojnych interesuje nas najbardziej, gdyż odgrywa kluczową rolę w większości możliwych scenariuszy konfliktu zbrojnego na terytorium Polski i w okolicach.

        Jak ustalił Jarosław Wolski, liczba etatów w WL to ok. 93 tysiące, zatem poziom ukompletowania wynosi nie więcej niż 58%. Widać więc już teraz, czyli przed wdrożeniem rozbudowy, że deficyt sięga kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy zawodowych.

        Skoro liczba etatów ma zwiększyć się o następne dziesiątki tysięcy, na tym etapie najlepiej byłoby dosłownie sklonować każdego żołnierza polskiego.

        Dlaczego ten wskaźnik jest tak istotny? Ukompletowanie jednostek wojskowych przekłada się bezpośrednio na ich gotowość operacyjną, szczególnie zdolność szybkiego reagowania. Współcześnie czas reakcji na zagrożenia mierzy się w godzinach, jeśli nie minutach. Trudno wyobrazić sobie, że w razie potrzeby za bramę jednostki wyjedzie raptem połowa personelu.

        Oczywiście, stopień ukompletowania różni się pomiędzy jednostkami. Można przyjąć, że elitarne brygady powietrznodesantowe są wypełnione żołnierzami. W innych przypadkach bywa różnie: niekiedy w brygadzie dostatecznie obsadzony będzie jeden batalion z trzech, zaś w pozostałych na miejscu zostanie jedynie kadra dowódcza – domyślnie mają przybyć tam poborowi. Tym bardziej można zwątpić w poprawę sytuacji, gdy słyszy się o planach stworzenia dwóch dodatkowych dywizji, czy też o przejściu z trójkowego do czwórkowego schematu dywizji, czyli: cztery brygady w dywizji, cztery bataliony w brygadzie.

Kto i dlaczego żegna się z mundurem

        Komentując politykę kadrową Wojska Polskiego, zwykło się poświęcać szczególną uwagę zjawisku rezygnacji żołnierzy ze służby. Ubiegły rok zakończył się medialną awanturą, gdy okazało się, że w 2022 r. z wojska odeszło ok. 9 tysięcy żołnierzy zawodowych, wobec niecałych 14 tysięcy nowo powołanych.

        Rzadziej przytaczanym faktem jest, że już od 2016 r. stosunek odejść do powołań oscyluje wokół 60%. To żaden skandal, lecz raczej prawidłowość, za którą ciągną się niekorzystne konsekwencje.

        Warto zderzyć się z często powtarzaną tezą o odchodzeniu żołnierzy szczególnie doświadczonych, którzy mogliby dalej pracować w charakterze specjalistów i instruktorów. Uważam, że ten argument był zasadny raczej w latach 2009–2016, kiedy okres służby szeregowych zawodowych ograniczony był do 12-letniego kontraktu. Wskutek tego, z wojskiem przedwcześnie pożegnało się co najmniej kilkanaście tysięcy weteranów, biorących udział m.in. w misjach zagranicznych w Iraku i Afganistanie.

        Ze wspomnianych 9 tysięcy rezygnacji z ubiegłego roku 17% dotyczy oficerów, 36% podoficerów, a 47% szeregowych. Co ważne, rezygnacja oznacza z zasady przeniesienie do pasywnej rezerwy i nie równa się przejściu na emeryturę – spośród tych zwolnień nieco ponad połowa przypadków wiązała się z uzyskaniem uprawnień emerytalnych.

        Strukturę nowych świadczeń emerytalnych należy przedstawić osobno: tutaj szeregowi stanowią niecałe 10% żołnierzy kończących służbę wojskową. Odpływ oficerów i podoficerów (głównie podoficerów starszych, czyli chorążych) ze względu na wiek jest dość naturalny, ale szeregowi odchodzą z wojska po krótszym czasie i na większą skalę.

        Długa jest lista przyczyn rezygnacji ze służby wojskowej, o czym mógłby przekonać się każdy podczas osobistej, pięciominutowej rozmowy z losowo spotkanym żołnierzem. Problem polega na tym, że w jego opowieści powody natury osobistej często przeplatają się z krytyką powszechnie znanych mankamentów wojska.

        Wady organizacyjne, niedobory sprzętu (szczególnie wyposażenia indywidualnego), dobór personalny kadry dowódczej, nieterminowość wypłat – to wszystko ma negatywny wpływ na motywację człowieka, od którego przecież wymaga się poświęcania zdrowia i życia, gdy tymczasem na cywilnym rynku pracy łatwo o zatrudnienie spokojniejsze i porównywalnie opłacalne finansowo.

        Wracając, można pokusić się o postawienie pewnych wniosków. Pierwotnie mamy do czynienia z normalnym cyklem rotacji żołnierzy, gdzie odchodzą starsi, a przychodzą młodzi. Bywa on negatywnie zakrzywiany na skutek bardzo wielu obiektywnych czynników, występujących w określonym momencie: wtedy odchodzą żołnierze rozczarowani i sfrustrowani, a przychodzi mniej tych zachęconych. Na cykl ten dodatkowo nakładają się procesy trwające przez dłuższy czas, które skutkują powolnymi zmianami strukturalnymi: etap formowania nowych jednostek, generacyjna wymiana sprzętu, okresy napięcia społeczno-politycznego.

        Tak czy inaczej: część woli odejść, część chce przyjść. Odpowiadanie na potrzeby obu tych grup jest ważne; może krótkoterminowo poprawić bilans – a przypominam, że w zeszłym roku bilans wyniósł skromne pięć tysięcy nowych żołnierzy na plus. Kto mierzy w 300 tysięcy, musi nie tylko zapanować nad całym cyklem, zarówno na płaszczyźnie problemów szeregowego, jak i planowania długoterminowego; musi zwiększyć rozmiar cyklu rotacji o rząd wielkości.

Dwie twarze polskich rezerwistów

        Jak pisaliśmy w grudniu, rezerwy, którymi obecnie dysponujemy, nie wystarczą na uzupełnienie żadnych braków ani tym bardziej ewentualnych strat. Trzeba podkreślić, że temat rezerwy sięga znacznie głębiej i jest trudniejszy do uchwycenia, choć równie ważny.

        Zgodnie ze znowelizowaną ustawą rezerwa dzieli się na pasywną i aktywną. Do pasywnej należą praktycznie wszyscy mężczyźni w Polsce, o których wojskowa komisja lekarska orzekła, iż są zdolni do pełnienia służby wojskowej. Aktywną tworzą tylko ci, którzy złożyli kiedyś przysięgę wojskową i teraz zgłoszą się jako ochotnicy do odbywania regularnych ćwiczeń.

        Na czym więc polega problem? Cóż, rezerwę pasywną tworzą obecnie panowie, którzy swego czasu przewinęli się przez zasadniczą służbę wojskową (a ostatni z nich szli do wojska piętnaście lat temu), byli żołnierze zawodowi (stanowiący zdecydowanie najmniejszą część tego zbioru), a także właściwie każdy, kto posiada książeczkę wojskową, choćby z samym wojskiem nie miał nic wspólnego. Jeśli chodzi o rezerwę aktywną, to MON optymistycznie założyło, że w 2023 r. zgłosi się tam maksymalnie 10 tysięcy zainteresowanych.

        Wróćmy tymczasem do metody zestawiania danych z koncepcją 300-tysięcznej armii. Tak liczna armia do funkcjonowania w warunkach wojennych czy choćby kryzysowych potrzebować będzie co najmniej kilkukrotnie większych rezerw. Do szerokiej kategorii pod tytułem „rezerwiści” może należeć nawet 1,7 miliona Polaków, lecz w tym roku na jakiekolwiek ćwiczenia MON zamierza powołać najwyżej 200 tysięcy ludzi, głównie mających nadane przydziały mobilizacyjne. Niestety, ale z wyjątkiem byłych żołnierzy zawodowych, którzy odeszli z wojska w ciągu ostatnich lat, wszystkich pozostałych można zaliczyć do grona cywili, których w razie potrzeby trzeba będzie szkolić od podstaw.

Czas ochotników

        Przyjrzyjmy się następnie Wojskom Obrony Terytorialnej, które cechują się nieco odmienną charakterystyką liczebnościową. Przypominam, że jest to najmłodszy rodzaj sił zbrojnych, który działać ma na rzecz bezpieczeństwa lokalnych społeczności poprzez służbę żołnierzy-ochotników w brygadach na obszarze danego województwa, a ponadto w razie konfliktu ma być wsparciem wojsk operacyjnych. Sytuacja WOT jest relatywnie dobra: z zaplanowanych 50 tysięcy udało się na razie przyciągnąć 35 tysięcy żołnierzy.

        W ubiegłym roku do WOT dołączyło prawie 12 tysięcy żołnierzy, zaś zrezygnowało niewiele ponad 8 tysięcy. Ciekawe, że są to liczby porównywalne do tych dotyczących Wojsk Lądowych, przy czym WOT są o wiele mniejszym rodzajem sił zbrojnych. Ze względu na niezawodowy profil cykl rekrutacji i rezygnacji obejmuje tam głównie szeregowych, którzy stanowili 86% odchodzących. Również z tego powodu częstsze są transfery z WOT do służby zawodowej (ponad tysiąc w 2023 r.) niż odwrotnie.

        Stosunkowo łatwo jest się do WOT dostać, jak i po pewnym czasie odejść ze służby, co niekoniecznie musi być wadą tej formy służby wojskowej – jest to dogodny sposób na manifestowanie swoich uczuć patriotycznych.

        Trzeba przyznać, że pomimo bardzo niskiego kredytu zaufania przyznanego na start w 2015 r. WOT zdołały wypracować świetne esprit de corps i popularność wśród społeczeństwa dzięki operacjom prowadzonym blisko ludzi, jak np. mocne wsparcie systemu ochrony zdrowia podczas pandemii koronawirusa.

        W związku z tym można spodziewać się, że pogarszanie się poziomu bezpieczeństwa w Polsce będzie raczej mobilizować żołnierzy WOT i potencjalnych kandydatów, choć osiągnięcie zakładanego pułapu liczebności jest nadal dość odległe.

Nowy rozdział w polskim wojsku?

        Jeszcze nowszym wynalazkiem jest dobrowolna zasadnicza służba wojskowa. Tak jak jej obowiązkowy pierwowzór, polega ona po prostu na powołaniu człowieka na rok do służby w jednostce wojskowej. Może ona być swoistym okresem próbnym przed zdecydowaniem się na zawodowstwo, jak i jedynie jednorazową przygodą z wojskiem. Od kwietnia 2022 r. na turnusach szkolenia DZSW zjawiło się łącznie 16 tysięcy ochotników, zaś na bieżący rok zakłada się wzrost ich liczby do 25 tysięcy.

        Wraz z początkiem stycznia 2023 r. ogłoszono koncepcję sformowania nowej, piątej dywizji pod nazwą 1. Dywizji Piechoty Legionów, która ma składać się z czterech brygad rozmieszczonych głównie w województwie podlaskim. Co najciekawsze, przewiduje się obsadzenie jej przede wszystkim żołnierzami dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej. Jeśli kilkuletni proces formowania zakończy się sukcesem, to można spodziewać się, że i szósta dywizja funkcjonować będzie wedle tej zasady.

        Z punktu widzenia tych dwóch dywizji – a wyłączywszy zawodową kadrę, mowa o co najmniej kilkunastu tysiącach ludzi – szkopuł tkwi w rokrocznym rekrutowaniu stopniowo coraz większej liczby chętnych ze wspólnej grupy ludzi ogólnie zainteresowanych podjęciem służby wojskowej, mających do wyboru jeszcze WOT. Zwiększanie liczebności polskiej armii ma szanse powodzenia wyłącznie wtedy, gdy rozpocznie się od likwidacji złudzeń.

        Pierwszym krokiem na tej drodze jest zwalczanie kadrowej fikcji w jednostkach wojskowych, by zapewnić im maksymalny stopień ukompletowania i gotowości. Równolegle należy rozwijać wszelkie ochotnicze formy służby wojskowej, których wartością dodaną jest oswajanie społeczeństwa ze stopniowym zwiększaniem poziomu militaryzacji. Sprawą do pilnego załatwienia jest także opracowanie ulepszonego systemu rezerw, bowiem od etapu zawieszenia poboru stanowi on lukę, która powiększa się wraz z rosnącymi potrzebami.

        Co więcej, przy pogarszającej się demografii powyższe kwestie mogą ostatecznie okazać się nierozwiązywalne bez przynajmniej częściowego przywrócenia obowiązkowej służby wojskowej. Mało kto odważy się podnieść tę kwestię w warunkach dobrze znanego w Polsce stanu permanentnej kampanii wyborczej, jednakże jeśli perspektywy na stabilizację ładu międzynarodowego są nikłe, powinniśmy być przynajmniej teoretycznie przygotowani na tę ewentualność.

        Bez tych wysiłków 300-tysięczna armia pozostanie jedynie politycznym sloganem, a wojsko jego zakładnikiem.

Kamil Pachecki  ( klubjagielloński.pl)