Saint-Guilhem-le-Désert – nie jestem pewien czy jeszcze wioska, czy już miasteczko, ale ma wszelkie znamiona wyjątkowości. Znajduje się przecież na szlaku UNESCO do św. Jakuba i jest perłą wczesno-romańskiej architektury benedyktyńskiej w Dolinie rzeki Gellone. Opactwo Saint-Guilhem-le-Désert założone zostało w 804 roku przez kuzyna Karola Wielkiego, Wilhelma z Akwitanii i szczyci się kościołem romańskim z tego okresu. Położone jest na północny zachód od Montpellier.
Obrazu dopełnia lokalny producent win – rodzina Vellas. W białym Grand Blaquière wszystko jest interesujące. Począwszy od potężnej butelki z korkiem zabezpieczonym białym woskiem (kto dziś woskuje korki w butelkach wina?) i sama etykietka, a w zasadzie to co jest na niej napisane; bo nazw jest kilka. Podobnie jak winogron w winie; bo skomponowane jest z trzech raczej rzadszych odmian, w odróżnieniu do tak modnych dzisiaj monopolistów jak np. Chardonnay, czy Pinot Noir.
Ci którzy mieli okazję próbować Pouilly-Fumé, zapewne wyczuwali w nim smak agrestu. Teraz to rzadki owoc, szczególnie w lokalnych, torontońskich sklepach. We wczesnej młodości, miałem okazję spędzać letnie wakacje u babci Anny. Co ranka wchodziłem w rząd krzaków w przydomowym ogrodzie, aby sprawdzić co dziś nadawałoby się do zerwania? Rosły tam maliny, porzeczki, wielka, stara czereśnia z białymi owocami i właśnie agrest. Pouilly-Fumé to smak agrestu jeszcze nie w pełni dojrzałego, zielonego. Grand Blaquière to wspomnienie miękkich już włochatych kulek przepełnionych unikalnym smakiem i aromatem w pełni dojrzałego miąższu. I taki właśnie jest pierwszy łyk tej kombinacji Grenache Blanc, Clairette i Cinsault, którą serwują winiarze z obrzeży Langwedocji. Dopiero później dochodzą do głosu cytrusy i ślady mineralności rodem z lokalnego podłoża, na którym te winorośle są uprawiane – łupków i czerwonej ochry.
Winni specjaliści wymieniają jeszcze inne smaki, jak np. lawenda, jaśmin czy anyżek. Może to i prawda, ale myślę, że oni nigdy nie mieli okazji spróbować agrestu z ogródka mojej babci.
Z trójki winogron, Clairette Blanche są charakterystyczne. Mają wydłużone owoce i przez to mogą być łatwiej rozpoznawalne, nawet przez laika. Uprawiane w Langwedocji i Prowansji. Ciekawe, że są one też jednymi z trzynastu winogron uznanych przez apelację Châteauneuf du Pape.
Niestety, jak na razie IGP Saint-Guilhem-le-Désert nie jest dostępne w LCBO. Ale będąc we Francji warto o nim pamiętać, cena kilkanaście Euro.
Świetnie smakuje samo jako apéritif, a także do ryb czy owoców morza lub z lekkimi mięsami z grilla. Zalecana temperatura to 11°C.
IGP oznacza – Indication Géographique Protégée.



































































