Nad tym zagadnieniem pochyliła się 24 kwietnia 2026 roku szwajcarska gazeta „Neue Zürcher Zeitung” (NZZ). W komentarzu Daniela Rickenbachera napisano: „Die Verbrüderung von Linken und Islamisten ist keine Verschwörungstheorie, sondern bereits Realität” – „Zbliżenie między lewicą a islamistami nie jest teorią spiskową, lecz już rzeczywistością”.

Rickenbacher wprowadza do opisu sytuacji w Europie termin „islamogauchizm” (z francuskiego islamogauchisme). Określa on nurt skrajnej lewicy, który łączy elementy radykalnego lewicowego ekstremizmu z islamizmem. Cechą charakterystyczną tego zjawiska jest często antykapitalistyczne, antykolonialistyczne, a czasem (szczególnie w Niemczech) antysyjonistyczne nastawienie.

Fundamentaliści religijni, komuniści, nacjonaliści z Bliskiego Wschodu i część aktywistów queer żyją pod jednym dachem w ramach islamowego lewicowego ekstremizmu. W środowisku akademickim pojęcie „islamolewicowości” bywa odrzucane jako prawicowa etykieta polityczna. Tymczasem opisuje ono realne zjawisko: islamiści i lewica od dawna ściśle współpracują i wzajemnie się inspirują – w organizacjach pozarządowych, w aktywizmie antyizraelskim, w lewicowo-populistycznych partiach oraz na uniwersyteckich wydziałach nauk humanistycznych.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Lewicowi ekstremiści znaleźli nowych wyborców wśród islamistów, a ci w coraz większym stopniu dyktują agendę polityczną. O wzroście nastrojów antyizraelskich w Niemczech świadczą m.in. ataki na młodzież żydowską, szczególnie w środowiskach studenckich i akademickich. Przykładem jest brutalne pobicie w lutym 2024 roku studenta Lahava Shapiry na Freie Universität Berlin. Sprawca został skazany na karę więzienia (ostatecznie ok. 2,5 roku po apelacji w 2026 roku), choć sąd nie uznał motywu antysemickiego, co wywołało kontrowersje. Uniwersytet przyznał, że doszło do brutalnego ataku na żydowskiego studenta. W latach 2023–2025 służby federalne i organizacje monitorujące (m.in. RIAS) odnotowywały wyraźny wzrost incydentów antysemickich w Niemczech – w 2024 roku było ich ok. 8600 (wzrost o ok. 77% w stosunku do 2023), a w 2025 roku ok. 8700.

Podobne tendencje widać we Francji. Według danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w 2023 roku odnotowano ok. 1676 aktów antysemickich, a w 2024 – ok. 1570. Gwałtowny wzrost nastąpił po eskalacji wojny Izrael–Hamas i wskazuje na rosnący wpływ skrajnych grup islamistycznych oraz skrajnej lewicy (a także skrajnej prawicy).

Wymowne są też wyniki sondaży. 74 procent ankietowanych islamistów w Niemczech uznało stwierdzenie „Żydzi mają zbyt dużą władzę na międzynarodowych rynkach finansowych” za „prawdopodobnie prawdziwe”. Podobne wyniki pojawiają się w badaniach z innych krajów. Badanie z 2015 roku wykazało, że 56 procent muzułmanów w Niemczech zgodziło się z co najmniej sześcioma z jedenastu antysemickich stwierdzeń, podczas gdy w całej populacji odsetek ten wyniósł 16 procent.

Przypadek ze Szwajcarii: w zeszłym miesiącu marokańsko-szwajcarski publicysta i działacz Kacem El-Ghazzali ujawnił, że Vera Celik, radna miejska z lewicowej partii SP (Socjaldemokratyczna Partia Szwajcarii) w Zurychu, była wspierana w kampanii wyborczej przez kręgi bliskie Erdoganowi. Ta zagorzała przeciwniczka Izraela przyczyniła się w znacznym stopniu do tego, że SP zmieniła swoje stanowisko w sprawie chusty islamskiej (hidżabu) o 180 stopni i obecnie odrzuca zakazy jej noszenia w instytucjach państwowych. Nie jest to odosobniony przypadek, lecz część szerszego zjawiska.

Partie lewicowe w krajach zachodnich działają dziś jako swoisty pomost między lewicowo nastawionymi obywatelami a islamskimi migrantami, którzy często mają bardzo konserwatywne poglądy. Islamowa lewica łączy grupy, które na pierwszy rzut oka mają ze sobą niewiele wspólnego. Spójność takiej koalicji utrzymuje się przede wszystkim poprzez silne wizerunki wrogów: „starych białych mężczyzn”, Zachodu, Stanów Zjednoczonych, a przede wszystkim Izraela – i ostatnio, zwłaszcza w Niemczech, a coraz częściej także w Polsce – Donalda Trumpa.

Sondaże pokazują, że mimo iż muzułmanie należą do najbardziej konserwatywnych grup społecznych, w większości głosują na partie lewicowe i lewicowo-populistyczne. W Niemczech w wyborach do Bundestagu w 2025 roku partia Die Linke zdobyła 29 procent głosów wśród muzułmanów, SPD – 28 procent, a przyjazna Rosji partia BSW – 16 procent. Wśród katolików i protestantów Die Linke i BSW łącznie uzyskały zaledwie ok. 10 procent. Również we Francji przedmieścia o silnej społeczności muzułmańskiej należą do bastionów radykalnie lewicowo-populistycznej partii La France Insoumise (LFI).

Wielu z tych wyborców prawdopodobnie nie głosuje na lewicowo-populistyczne partie ze względu na ich program oparty na ideologii „woke”. Partie te są atrakcyjne raczej dlatego, że reprezentują ich interesy i oferują „bezpieczną przestrzeń” dla ich poglądów – nawet tych bardzo skrajnych.

Można powiedzieć, że jesteśmy świadkami powstawania w Europie „lewicowego apartheidu”. Różnice ideologiczne i kulturowe w obrębie lewicowo-populistycznych partii są ogromne. Przykład: na początku kwietnia Zack Polanski, szef brytyjskich Zielonych, tańczył podczas wiecu wyborczego w Londynie przy głośnej muzyce techno obok mężczyzn w strojach sadomasochistycznych i transwestyckich. Na scenie nie pojawił się Mothin Ali, jeden z dwóch równorzędnych zastępców lidera Green Party of England and Wales. Jego nieobecność nie była przypadkowa: ten syn imigrantów z Bangladeszu nosi brodę w stylu salafickim i prowadzi politykę skierowaną do innego elektoratu niż Polanski. Jako jedyny kandydat do zarządu partii nie podpisał oświadczeń sekcji LGBTQIA+ i feministycznej.

To, co nazywam tu „lewicowym apartheidem”, nie jest systemem prawnym ani dosłowną segregacją. To metafora coraz bardziej widocznego zjawiska: głębokiego pęknięcia w obrębie współczesnej lewicy, która próbuje jednocześnie łączyć świat wartości liberalno-obyczajowych z bardzo konserwatywnymi środowiskami imigranckimi. Efekt tej lewicowej segregacji jest taki, że zamiast spójnego projektu politycznego powstaje układ pełen napięć, sprzeczności i wzajemnie wykluczających się oczekiwań.

Być może właśnie w tym tkwi sedno problemu: nie w samych różnicach, ale w tym, że przestają one być integrowane, a zaczynają dzielić – ideologicznie, kulturowo i politycznie. Europa wchodzi w etap, w którym dawne sojusze tracą swoją oczywistość, a nowe dopiero powstają.