Dys­kret­ny urok sta­ro­ści (25)

Ten etap się koń­czył, ale coś mi mówi­ło, że „nie do koń­ca”, „nie do końca!”

To praw­da, że trze­ba było iść do pra­cy, ale kor­ci­ło mnie żeby zanim to nastą­pi coś zro­bić, coś prze­żyć i cho­ciaż tro­szecz­kę odsu­nąć od sie­bie tę ponu­rą rze­czy­wi­stość, w któ­rej będę musiał wsta­wać o jed­nej porze, wsia­dać do tego same­go tram­wa­ju, i cały dzień ślę­czeć za jakimś biurkiem.

Kie­dyś gdy mia­łem 12–13 lat cho­dzi­ły mi po gło­wie róż­ne marze­nia. Chcia­łem być kie­row­cą truc­ka, rzu­cić wszyst­ko i jechać z ładun­kiem kor­ka z Lizbo­ny do Wła­dy­wo­sto­ku! Potem marzy­łem żeby poje­chać w Biesz­cza­dy i zakła­dać hodow­lę byków! Dla­cze­go aku­rat byków — nie mam poję­cia! Myśla­łem też o wyjeź­dzie gdzieś dale­ko — na przy­kład do Kana­dy — żeby zostać tam traperem…

reklama

Teraz wszyst­kie te dzie­cin­ne sny nie mia­ły już żad­ne­go sen­su, ale pod­da­ły mi pew­ną myśl.

Posta­no­wi­łem pójść na dwa-trzy mie­sią­ce w góry. Z ple­ca­kiem. Sam. „Może coś się tra­fi — myśla­łem — może jakoś odre­agu­ję pouczel­nia­ny stres — kto wie — może kogoś spotkam?”

Tak sobie myśla­łem i zaczy­na­łem utwier­dzać w prze­ko­na­niu, że to jest bar­dzo dobry pomysł, że wła­ści­wie naj­lep­szy i nie ma lep­sze­go! Wstą­pił we mnie nowy duch, ener­gia i chęć działania.

Jest czer­wiec — obmy­śla­łem plan dzia­ła­nia — pra­cę zacznę od paź­dzier­ni­ka! Mia­łem już coś na wido­ku, a nawet byłem po pierw­szej roz­mo­wie, ale zawsze prze­cież mogłem zacząć tro­chę później.

Praw­da, że był wte­dy nakaz pra­cy, ale osta­tecz­nie cho­dzi­ło tyl­ko o trzy, mak­si­mum czte­ry mie­sią­ce opóź­nie­nia — więc w czym rzecz?!

Tra­sę mia­łem zapla­no­wa­ną. Zało­ży­łem, że będę wyda­wał naj­wy­żej 10 zło­tych dzien­nie i przy suro­wej dys­cy­pli­nie powi­nie­nem prze­żyć trzy mie­sią­ce. Z wcze­śniej­szych moich wycie­czek pamię­ta­łem, że za dychę dzien­nie moż­na się spo­koj­nie utrzy­mać. Oczy­wi­ście kupu­jąc coś po dro­dze i nie cho­dząc do żad­nych knajp. W gór­skich schro­ni­skach było raczej dro­go, ale trak­to­wa­łem je jako ostateczność.

Zanim jed­nak wyru­szy­łem posta­no­wi­łem pójść do pana Miko­ła­ja Kapu­sty na małą roz­mo­wę. Pan Kapu­sta uczył mnie kie­dyś angiel­skiej gra­ma­ty­ki. To było parę lat wcze­śniej — przed egza­mi­na­mi wstęp­ny­mi na SGPiS czy jak się teraz mówi — Szko­ły Głów­nej Han­dlo­wej. W zakre­sie gra­ma­ty­ki języ­ka angiel­skie­go pan Kapu­sta był fachu­rą co się zowie. Zna­li­śmy się stąd, że pan Kapu­sta znał jesz­cze przed woj­ną moje­go ojca, któ­ry przez parę lat pra­co­wał w Zakopanem.Pan Kapu­sta był wte­dy ratow­ni­kiem w Tatrzań­skim Ochot­ni­czym Pogo­to­wiu Ratun­ko­wym. To nie było jego jedy­ne zaję­cie, bo musiał jakoś zara­biać na życie. Z zawo­du był tłu­ma­czem z angielskiego.


Przede wszyst­kim jed­nak pan Miko­łaj Kapu­sta znał góry! I to znał na pamięć. Prze­szedł chy­ba wszyst­ko co w pol­skich górach było do przej­ścia i do zdo­by­cia, ale po woj­nie zanie­mógł na ner­ki i z tym cho­dze­niem było coraz gorzej.

W 1967 roku gdy uczył mnie angiel­skiej gra­ma­ty­ki miał już gru­bo po sie­dem­dzie­siąt­ce. Jesz­cze dzie­sięć lat wcze­śniej był w Tatrach na Zadnim Mni­chu i Ruma­no­wym Szczy­cie, ale od tego cza­su wie­le się zmie­ni­ło i pan Miko­łaj chcąc nie chcąc nie opusz­czał już raczej swo­je­go fote­la. Cier­piał na tym ogrom­nie i tęsk­nił za Tatra­mi jak tyl­ko tęsk­nić moż­na. Pisał wspo­mnie­nia, ale coś mu to nie szło, wie­le zapo­mi­nał i plą­tał. Tatry znał naj­le­piej, ale wła­ści­wie nie było w Pol­sce gór, któ­rych by nie znał od a do z. Sude­ty, Beski­dy, Biesz­cza­dy, Gor­ga­ny, Czar­no­ho­ra i inne — wszę­dzie tam był i wszyst­ko przeszedł.

Zapo­mi­nać zapo­mi­nał, ale miał dni kie­dy jego umysł pra­co­wał jak żylet­ka i na naj­wyż­szych obro­tach. Tra­fić na taki dzień było jed­nak coraz trud­niej. Myślę, że Alzhe­imer łapał go już w swo­je szpony.

Posze­dłem do nie­go poga­dać i pora­dzić się. Osta­tecz­nie było to i tam­to do obga­da­nia i przy­go­to­wa­nia. Dwa mie­sią­ce w górach to nie jest żart.

Lubi­łem do nie­go cho­dzić. Jego miesz­ka­nie na Fała­ta koło Rako­wiec­kiej peł­ne było pamią­tek, zdjęć, cze­ka­nów, jakichś lin i raków a nade wszyst­ko ksią­żek, bro­szur, maga­zy­nów, albu­mów foto­gra­ficz­nych, wspo­mnień wiel­kich alpi­ni­stów i hima­la­istów i nie­zli­czo­nej ilo­ści bibe­lo­tów zbie­ra­nych przez lata w cza­sie wie­lu wypraw.

Na ścia­nach wisia­ły zdję­cia Klim­ka Bachle­dy, Kar­ło­wi­cza, Boya-Żeleń­skie­go, Potkań­skie­go a tak­że por­tre­ty Siecz­ki, Walów i innych. To był skan­sen! Praw­dzi­we muzeum gór!

Gdy był w dobrej for­mie obja­śniał mi to wszyst­ko, opo­wia­dał o daw­nych wspi­nacz­kach, dra­ma­tach i suk­ce­sach. Wte­dy gdy udzie­lał mi lek­cji był jesz­cze w cał­kiem dobrej for­mie. Potem zdro­wie zaczę­ło mu się kru­szyć w dość szyb­kim tempie.

Wła­śnie w czerw­cu 1972 widzia­łem go po raz ostat­ni. Parę mie­się­cy po tej naszej — jak się oka­za­ło — ostat­niej roz­mo­wie — umarł.

O jego zgo­nie dowie­dzia­łem się z sek­cji nekro­lo­gów Życia War­sza­wy. Daw­ni przy­ja­cie­le prze­wieź­li trum­nę z cia­łem do Zako­pa­ne­go i tam pocho­wa­li. Gdzież­by indziej?

Pan Kapu­sta pod­szedł do moje­go pro­jek­tu bar­dzo przy­chyl­nie. Może nawet entu­zja­stycz­nie. Przed przyj­ściem bałem się tro­chę, że będzie mnie nakła­niał do porzu­ce­nia pla­nów i pój­ścia do pra­cy, ale na szczę­ście sta­nął po mojej stronie.

-Widzę w tobie sie­bie same­go z przed pięć­dzie­się­ciu paru lat — powie­dział bo przed­sta­wie­niu prze­ze mnie pla­nu wędrów­ki — tyl­ko że wte­dy nie wybie­ra­łem się w góry lecz na woj­nę. W austriac­kim mun­du­rze! To bola­ło. Kto mógł wie­dzieć, że w parę lat póź­niej „wybuch­nie” wol­na Pol­ska?! Przed woj­ną — ma się rozu­mieć — Pierw­szą Woj­ną — cho­dzi­łem już po górach, ale od 1918-go zamiesz­ka­łem w Zako­pa­nem i zosta­łem tam aż do 58-go.

Zna­łem tro­chę jego życio­rys, bar­dziej od moje­go ojca niż od nie­go same­go, bo w cza­sie lek­cji pan Kapu­sta był bar­dzo rygo­ry­stycz­ny i nie mówił o niczym innym niż o gra­ma­ty­ce. Budo­wał róż­ne kon­struk­cje języ­ko­we i wyma­gał ode mnie prze­kła­da­nia na angiel­ski. Potem tłu­ma­czył i popra­wiał. Te lek­cje — cho­ciaż trwa­ły zale­d­wie coś czte­ry mie­sią­ce dały mi ogrom­nie dużo i dzię­ki nim na wstęp­nym egza­mi­nie uda­ło mi się otrzy­mać bar­dzo dobrą oce­nę. To było waż­ne bo na nie­któ­re wydzia­ły kan­dy­do­wa­ło wów­czas dzie­się­ciu chęt­nych na jed­no miejsce.

Potem, już po dosta­niu się na stu­dia odwie­dza­łem go od cza­su do cza­su, ale rzad­ko. On miał mnie za wytłu­ma­czo­ne­go — przy­naj­mniej tak mi się wydawało.

„Masz naukę — mawiał — kole­gów, zabawy…rozumiem — wiem, że nie masz cza­su. Po pro­stu wpa­daj jak masz ochotę”.

I to mnie roz­grze­sza­ło. Mło­dy rzad­ko kie­dy rozu­mie sta­re­go. To są tak róż­ne światy.

Pamię­tam — wpadł mi kie­dyś — w rękę jakiś ilu­stro­wa­ny, ame­ry­kań­ski maga­zyn. To była wte­dy raczej rzad­kość. W kio­skach Ruchu nie było prze­cież zachod­nich perio­dy­ków. Były w MPiK‑u, w nie­któ­rych biblio­te­kach i na pew­no w biblio­te­ce amba­sa­dy amerykańskiej.

W jed­nym z nich zna­la­złem cie­ka­wy — moim zda­niem — arty­kuł o texa­skiej rodzi­nie milio­ne­rów Hunt. Arty­kuł był głów­nie o Harold­son Lafay­et­te Hunt — dość zna­nym prze­my­słow­cu, któ­ry jako­by był zamie­sza­ny w spi­sek prze­ciw­ko Kennedy’emu.

Treść tak mnie zain­te­re­so­wa­ła, że posta­no­wi­łem arty­kuł prze­tłu­ma­czyć i zaofe­ro­wać redak­cji tygo­dni­ka Forum, któ­ry publi­ko­wał arty­ku­ły z zachod­nich pism. Jak posta­no­wi­łem tak zro­bi­łem, ale nie chcąc się wygłu­pić posze­dłem do pana Kapu­sty z proś­bą o korek­tę. Pan Miko­łaj przej­rzał moje tłu­ma­cze­nie, coś popra­wił, ale gdy powie­dzia­łem mu, że chcę to zaofe­ro­wać redak­cji Forum obz­dy­czył się jak indor.

-A po co ty tam pój­dziesz? — pra­wie wykrzyk­nął — czy wiesz kto tam jest naczelnym?

-Wiem — Gerhard.

-A czy wiesz kto to jest?

-No, napi­sał „Łuny w Bieszczadach”…

-Łuny, łuny — to są wszyst­ko kłam­stwa i komu­ni­stycz­na pro­pa­gan­da! Ten twój Ger­hard krew ma na rękach a teraz kła­mie jak naję­ty! Wiem co mówię. Są ludzie co pamię­ta­ją, ale takie cza­sy, że lepiej się nie anga­żo­wać! I ty byś chciał iść do tego sta­re­go ube­ka ofe­ro­wać mu mate­riał do jego szma­tław­ca?! Nie radzę ci! Twój ojciec był­by wście­kły — dodał.

Jak sobie przy­po­mi­nam to mógł być rok 1968 albo 69.

Natu­ral­nie cała spra­wa upa­dła, tłu­ma­cze­nie rzu­ci­łem gdzieś do szu­fla­dy i dość szyb­ko o nim zapo­mnia­łem aż do 1971 ‑go kie­dy nagle gruch­nę­ła wia­do­mość, że Jan Ger­hard, naczel­ny Forum został bru­tal­nie zamor­do­wa­ny w swo­im war­szaw­skim miesz­ka­niu. Spe­ku­la­cji nie było koń­ca i przy tej oka­zji zaczę­to przy­po­mi­nać jego wojen­ną prze­szłość i róż­ne ciem­ne powią­za­nia. Wyglą­da­ło na to, że pan Kapu­sta miał rację.

Wiem, że to tro­chę przy­dłu­ga dygre­sja, ale wspo­mi­nam ją żeby przy­to­czyć oko­licz­no­ści towa­rzy­szą­ce moim rzad­kim wizy­tom u pana Mikołaja.

Wra­cam do tematu.

Tym razem pan Kapu­sta pod­szedł do moje­go pla­nu entu­zja­stycz­nie, ale miał zastrze­że­nia. Jak zwykle.

Popro­sił żebym usiadł. Sam sie­dział tro­chę zgar­bio­ny w swo­im fote­lu. Musia­ło tam być coś dużo wię­cej niż źle funk­cjo­nu­ją­ce ner­ki, bo na jego twa­rzy widać było znu­że­nie i jak­by ból. Wyglą­dał napraw­dę cho­ry. Pra­wa ręka drża­ła mu wyraźnie.

-Dwa mie­sią­ce w górach to jest spo­ra wyciecz­ka. Nawet nie wyciecz­ka a wypra­wa. Wytrzymasz?

-Pew­nie, że wytrzy­mam. Nie będę sam, pan wie ilu ludzi moż­na spo­tkać na szlaku!

Potem zaczę­ły się roz­mo­wy o tym co i ile wziąć, jaka tra­sa naj­lep­sza, jakie pasma naj­cie­kaw­sze, gdzie noco­wać i tak dalej.

Pan Miko­łaj roz­ma­wiał, ale widzia­łem, że jest zmę­czo­ny. Chcia­łem już wyjść, ale zro­bi­ło mi się jakoś głu­pio. Nagle uświa­do­mi­łem sobie, że nie mogę go tak zosta­wić. Wie­dzia­łem prze­cież, że miesz­ka sam. Sąsiad­ka przy­no­si­ła mu jedze­nie, przy­cho­dził też ktoś z Urzę­du Dziel­ni­co­we­go, ale pan Kapu­sta w zasa­dzie był sam. Nigdy jakoś nie mia­łem czel­no­ści pytać o jego rodzinę.

Mój ojciec wspo­mi­nał o jakiejś wojen­nej tra­ge­dii, ale mówił też żebym zacho­wał dys­kre­cję i nie pytał.

Mar­cin Baraniecki