I rzeczywiście robił bokami. Snu miał tyle co kot napłakał, żadnego dnia wolnego, a pracy co niemiara. A przecież musiał wyglądać dobrze i reprezentacyjnie, być uśmiechnięty i jak na gospodarza Klubu przystało, zapraszający i  swobodny.

Trzymać taki fason, gdy od tygodni miało się tylko po trzy godziny snu na dobę, było nie tyle trudne co wręcz niemożliwe. A do tego dwie paczki pall-malli dziennie, jedzenie o różnych porach i ciągłe, nieodłączne „trochę” alkoholu sprawiały, że miał chwile osłabnięć i zawrotów głowy.

Doszło więc do tego, do czego wcześniej czy później musiało dojść. Któregoś dnia rano poczuł ucisk w piersiach i jakby brak oddechu. Usiadł więc na chwilę i czekając aż przejdzie, nalał sobie kieliszek Hennessy, ale gdy podniósł, nie mógł nim jakoś trafić do ust.

W tym momencie wszedł kucharz i prawie od drzwi, zaczął podniesionym głosem:

-Szefie, szparagów już nie ma, a do cielęciny…

Urwał nagle, bo zobaczył trupio bladą twarz Witka, na którą dodatkowo wystąpił kroplisty pot.

-Szefie, szefie, co panu jest? Może doktora?!

Ale Witek już nie odpowiedział. Zamachał tylko ręką i ni stąd ni zowąd zwalił się z krzesła na ziemię. Razem z nim spadł kieliszek dobrego koniaku Hennessy, który rozbił się z brzękiem na posadzce.

Potem było to co zwykle w takich przypadkach. Jakieś nieporadne próby ratowania, przykładanie mokrego kompresu do czoła i beznadziejne wołanie:

-Szefie, szefie…

Wreszcie przyjazd karetki, droga do szpitala i w końcu łóżko i prawdziwa opieka.

Rozległy zawał wstrząsnął Witkiem jak nagłe porażenie prądem. Zresztą nie tylko on, bo zaraz po nim, ostrym bólem odezwała się stara, powstaniowa rana w lewej nodze. Ta od odłamka, którą dostał we wrześniu 44-go, a którą z takim, rozkosznym „poświęceniem” leczyła w jego łóżku sanitariuszka Ziutka.

Teraz, jesienią 1968-go, w przede dniu swoich pięćdziesiątych urodzin leżał jak bibilijny Łazarz w otwockim szpitalu i ledwo odratowany myślał o tym, że kucharzowi w klubie zabrakło szparagów.

Rzeczywistość jednak prędko wyprostowała jego myśli, bo lekarz bez ogródek oznajmił mu, że jeśli chce żyć, to musi zerwać z dotychczasowym trybem życia.

-Papierosy do kosza, wódka do zlewu, dużo snu, dużo ruchu na świeżym powietrzu i tak dalej, i tak dalej – wszystko to, co w takich przypadkach lekarze mówią chorym.

Ale Witek był na swój sposób uparty i  parę dni po wyjściu ze szpitala zwlókł się z łóżka i prawie trzymając ścian doszedł do samochodu i znowu pojechał do Klubu.

Na całe szczęście, obecny tam pan Kutyrba wysłał go natychmiast do domu i oznajmił, żeby się niczym nie przejmował i  żeby przed jakimkolwiek powrotem do pracy, w pierwszej kolejności poinformował go.

Z całą pewnością miał rację i chciał dobrze, ale Witek wracając do domu ubzdurał sobie, że takie postawienie sprawy równało się zerwaniu kontraktu i pozostawieniu go bez pracy, bez dochodów i bez środków do życia. Chora wyobraźnia malowała najtragiczniejsze rozwiązania, wszystkie straszne, definitywne, śmiertelne! Gonitwa myśli, strach przed tym co będzie i ciągle jeszcze wyczerpane ciało doprowadzało go do szaleństwa.

Stara, wojenna rana rwała jak szalona i Witek miał wrażenie, że traci rozum.

Na konsekwencje nie musiał czekać, bo drugi zawał trzepnął go w dziesięć dni po pierwszym i wtedy już naprawdę musiał się uspokoić. Lekarz z naciskiem oświadczył, że co jak co, ale trzeciego już nie przeżyje!

Witek na te słowa skurczył się, zmalał i jakby zastygł w lęku. Tak jak człowiek, który w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa boi się ruszyć.

Siedział w domu i próbował dojść do siebie. Zawały zawałami, ale dużo od nich ważniejszy był jego stan psychiczny, który od momentu uświadomienia sobie, że jeśli chce żyć, musi zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do trzeciego zawału, zaczął się rozpadać jak spróchniałe drzewo.

Czuł prawie fizycznie, że opada z niego wszelka energia i wola walki i ma wrażenie, że wpada w pustkę.

Bał się nadejścia nocy, bał się jakiegokolwiek wysiłku, bał się najlżejszego nawet bólu i w sumie bał się wszystkiego. W ciągu pierwszych dni po powrocie ze szpitala leżał z otwartymi oczami i bał się, że nagle umrze. Wyglądał jak cień człowieka.

Mama Aniela widziała tę jego zmianę i któregoś popołudnia wyciągnęła starym zwyczajem wódkę.

-Napijesz się Wiciu?

A Witek cisnął się jak koń uderzony ostrogą.

-Co też mama?! Przecież dwa zawały miałem! Co to – chce mnie mama zabić???

-E tam, od razu zabić… Jeden ci nie zaszkodzi, co najwyżej pomoże. Chciałam cię o coś zapytać.

-Słucham…

-Co się z tobą chłopaku dzieje?

-Chory jestem. Nie widzi mama? Lekarz sam powiedział, że jak mnie trzeci zawał łupnie, to już po mnie…

-I co? Śmierci się boisz?

Witek popatrzył na nią wystraszonym wzrokiem zaszczutego królika.

-To nie bałeś się jej w 39-tym na Woli, jak rzucałeś butelki na czołgi? – pytała nie czekając na jego odpowiedź.

-To nie bałeś się w 40-tym, gdy chodziłeś zabijać gestapowców?

-To nie bałeś się w 44-tym, gdy walczyłeś na Starówce, a potem szedłeś kanałami do Śródmieścia?

-To nie bałeś się na Ratuszowej, gdzie o mało co nie dostałeś się na szubienicę i tylko psim swędem, dzięki twojemu Tadziowi, wyślizgałeś się głupimi sześcioma latami?

-To nie bałeś się wtedy, a boisz się teraz? – ciągnęła.

-Wtedy, gdy życie było przed tobą, igrałeś ze śmiercią, a teraz gdy się już dorobiłeś, masz dzieci i bagaż doświadczeń to, się jej boisz? Jaki to ma sens?

A gdybyś teraz nawet i umarł, to co? Czy nie przeżyłeś ciekawego, owocnego życia? Pewnie, że masz dopiero niecałą pięćdziesiątkę, ale patrz ile masz za sobą!

Wielu dużo starszych od ciebie nie przeżyło nawet połowy tego co ty.

Witek patrzył na nią z dziecięcym przerażeniem, a mama Aniela mówiła dalej:

-Co ma być to będzie. Wszyscy czekamy na śmierć. Jedni mają bliżej, drudzy dalej, ale nikogo to nie minie. Weź się w garść, zajmij się swoim motorem, chodź na spacery do lasu i przestań myśleć i kombinować. Na razie mamy co jeść i jeśli Bóg pozwoli, wszystko się dobrze ułoży. Wierz mi. Nie takie rzeczy już widziałam!

To było bardzo budujące i Witek wypił nawet mały kieliszek angielskiej gorzkiej, ale przyznając mamie rację, czuł że jego wewnętrzne niepokoje nie ustąpiły.

Miał wrażenie, że w jego głowie i w ogóle w całym ciele i umyśle zagnieździł się jakiś straszny, nieznany mu wcześniej potwór, który nie ustąpi łatwo i trzeba będzie wielkiej pracy żeby go pokonać. Jeszcze tego nie wiedział, ale tym potworem była głęboka depresja, z którą każdy kogo ona dotyka, musi się sam nauczyć walczyć.

Mama Aniela nie wracała już do tematu, bo wcześniej niż Witek domyśliła się istnienia w nim tego upiora i wiedziała, że o ile rozmowy są dobre, a czasem dość pomocne, to i tak każdy musi się z nim sam na sam wziąć za bary.

W trzy miesiące po drugim zawale Witek ciągle jeszcze nie był sobą. Na zewnątrz robił dobrą minę, pomagał Fonso przy jakichś domowych robotach, a nawet próbował grzebać przy swoim starym motocyklu, ale wszystko to było pozorowane i sam dobrze o tym wiedział. Udawał przed bliskimi i udawał przed sobą, ale każdego ranka nachodziły go myśli o samobójstwie. To też przyszło nagle.

Już się nie bał śmierci. Przeciwnie, coraz częściej o niej myślał i bywało, że bardzo jej chciał.

Ani Renia, ani mama Aniela, ani dzieci nie zdawały sobie sprawy co się z nim dzieje, ale mały, ośmioletni Krzyś był wyjątkiem. On czuł i wiedział i któregoś ranka, gdy Witek swoim zwyczajem siedział na łóżku nie wiedząc czy wstawać czy kłaść się z powrotem, podszedł, zarzucił mu ręce na szyję i powiedział:

– Dobrze, że ciebie mamy tatusiu. Nigdzie nie odchodź.

Tak powiedział i pod wpływem tych słów Witek poczuł, że nagle wstępuje w niego nowe życie, otucha i odwaga. Na razie to był tylko start, ale czuł go wyraźnie i wiedział, że powoli, powoli wstępuje na dobrą, obiecującą drogę. Drogę, która poprowadzi go do zwycięstwa nad depresją.

Przytulił synka i tak długo nie chciał puścić, aż Krzyś roześmiał się wesoło i powiedział:

-Puść mnie tatusiu, bo Marysia czeka…

I poszedł do leżącej siostrzyczki, która na jego widok obróciła główkę i uśmiechnęła się radośnie.

A Witek przetarł czoło i popatrzył na świat innym, pewniejszym i weselszym okiem.

-Ten chłopak to mój prawdziwy skarb – pomyślał.

Od tego ranka jego życie powoli zaczęło nabierać kolorów. Nie myślał już o możliwym trzecim zawale.

-Co ma być, to będzie – przypominał sobie słowa mamy Anieli – co się będę martwił. Trzeba się wziąć do roboty.

Mimo to zabrało mu dobre dziesięć miesięcy zanim dojrzał do powrotu do pracy. Jeszcze w lipcu oglądał lądowanie Amerykanów na Księżycu bez specjalnego zainteresowania. Wszyscy emocjonowali się tym do tego stopnia, że dzieciom pozwolono siedzieć przed telewizorem do późna w nocy. Małe oczywiście zasnęły, ale trójka starszych wytrwała razem z rodzicami i z Fonso, który – jak się okazało – był całym wydarzeniem nadzwyczaj zainteresowany.

Witek nie był. Przyjmował to dość obojętnie, ale nie chcąc tego pokazać, udawał, że entuzjazmuje się tak jak inni.

Powrót do pracy poprzedziła długa rozmowa z panem Kutyrbą. Na stanowisku zarządcy Klubu pracował teraz, dość dobrze mówiący po polsku,  Anglik. Cały personel, za wyjątkiem kucharza, też był inny.

Tłumaczą się i sumitując  pan Kutyrba wyjaśniał, że nie mógł czekać, ale ma dla niego coś dobrego, nie tak wymagającego, a przede wszystkim spokojniejszego. Zaproponował mu miejsce barmana.

Witek poczuł szpilę w swoim schorowanym sercu, ale przełknął gorycz i zgodził się.

– Tak będzie dla pana lepiej, panie Witku kochany – mówił Kutyrba – trochę pan dojdzie do siebie. A zarobić też pan sobie zarobi – zobaczy pan…

Rzeczywistość  okazała się nawet lepsza od tego co mówił.