Wie­cie, jak to jest w naszym śro­do­wi­sku. Więk­szość nabur­mu­szo­na, nawet bez przy­czy­ny, a z przy­czy­ną to bez kija nie przy­stę­puj. Nachmu­rze­ni tacy od wiecz­no­ści. I stę­ka­ją­cy, że aż hej! Wszyst­kich i wszyst­kie­go się cze­pia­ją. Nie sły­sza­łam, żeby dobre pozy­tyw­ne sło­wo powie­dzie­li pod czy­imś adre­sem. No chy­ba, że cze­goś od tego kogoś chcą, to wte­dy szcze­bio­cą i dziub­dzia­ją tak słod­ko, aż mdli.
Przy­kła­dem tego było moja (na całe szczę­ście była) szwa­gier­ka, któ­ra mia­ła zwy­czaj bur­cze­nia nie tyl­ko przez tele­fon. Przez tele­fon to wręcz rzu­ca­ła słu­chaw­ką (wte­dy kie­dy jesz­cze tele­fo­ny mia­ły słu­chaw­ki), jak nie mia­ła inte­re­su bycia miłą i kul­tu­ral­ną. Ale jak cze­goś chcia­ła od roz­mów­cy, to się wręcz wiła ze słod­ko­ści. Nawet głos zmie­nia­ła i ćwier­ka­ła śpiewnie.
A tak na co dzień to nie musia­ła, bo nie było po co się wysi­lać. Bar­dzo dobrze jest to odda­ne w fil­mie ‘Dzień Świ­ra’ (reży­se­ria Marek Koter­ski) z 2002 roku z Mar­kiem Kon­dra­dem w roli głów­nej. Tam nauczy­ciel w śred­nim wie­ku zaczy­na swój dzień od zło­ści i pomsto­wa­nia na wszyst­ko i wszyst­kich. To zaraz na począt­ku fil­mu. Jak ten film zoba­czy­łam, to tak jak­bym moje­go exsia widzia­ła – ten to się wście­kał na kie­row­ców zanim jesz­cze wyje­chał z gara­żu. Na inne rze­czy też się wście­kał, na mnie to naj­wię­cej. Nikt nie był dla nie­go dosta­tecz­nie dobry.
No to został moim eks­iem, bo prze­cież nic złe­go ze mną nie ma, choć ide­al­na nie jestem. Więc ten eks­io popadł w sidła baby-chło­pa – i ta mu wszyst­ko mówi.
Ale mia­ło być o wesoł­ku, a nie o eks­iu. Jakież więc to miłe zasko­cze­nie, że w moim klu­bie senio­ra (tym dzia­ła­ją­cym przy Gmi­nie 1‑szej Związ­ku Naro­do­we­go Pol­skie­go) jest kil­ka pro­mycz­ków (i pań i panów) uśmiech­nię­tych, nie narze­ka­ją­cych i chęt­nych do akcji.



To zdu­mie­wa­ją­ce jak taki nabur­mu­szo­ny typ, zazwy­czaj sie­dzi i łypie okiem spode łba, i wszyst­ko kry­ty­ku­je, jest w sta­nie wszyst­kich dooko­ła zdo­ło­wać. Sam się za nic nie weź­mie, bo wte­dy musiał­by pod­jąć jakieś decy­zje i coś zro­bić. A wte­dy sąsiad ze sto­li­ka (oni lgną do sie­bie jak muchy do lepu) też łypią­cy spode łba nie­przy­ja­znym okiem mógł­by go/ją skry­ty­ko­wać. A tak nie ma ryzy­ka – wystar­czy sie­dzieć i kry­tycz­nie oce­niać innych. A więc jest takich kil­ku wesoł­ków, któ­rzy na samym począt­ku się cie­szą, że cię widzą. I zapy­ta­ją co sły­chać, a nie koniecz­nie zale­wa­ją cię lawi­ną tego co sły­chać u nich. Potem pomo­gą w tym co jest do zro­bie­nia, przy­nio­sę kawę oso­bie, któ­rą aku­rat zła­pał atak isja­szu, poda­dzą jej listę obec­no­ści do pod­pi­sa­nia. Sami zapro­po­nu­ją coś atrak­cyj­ne­go i dodat­ko­wo to zrealizują.
[yop_poll id=“4”]
Jaki jest ich sekret? Nie boją się oce­ny. I nie boją się, że coś im nie wyj­dzie. Tyl­ko tym co coś pró­bu­ją robić cza­sem coś nie wycho­dzi. Pamię­taj­my, że błę­dów nie robią tyl­ko ci, co nie robią nic. I dzię­ki, że mamy takich wesoł­ków, któ­rzy swo­ją pogo­dą ducha inspi­ru­ją innych. Wca­le by mi się nie chcia­ło cho­dzić do tego klu­bu, gdy­by ich nie było. I oni też lgną do sie­bie, i człek nabie­ra przy nich ocho­ty do życia, i radu­je się chwi­lą, któ­ra przy takich sama z sie­bie się rozjaśnia.

Micha­lin­ka