Mia­łam takie­go chło­pa­ka, któ­ry zabie­rał całą wałów­kę w podróż, nawet krót­ką. Oczy­wi­ście to nale­ża­ło do moich obo­wiąz­ków jako kocha­ją­cej dziew­czy­ny, aby tę wałów­kę zała­twić i przygotować.

To jest to co robi­ły kocha­ją­ce dziew­czy­ny w tam­tych cza­sach. Nie pamię­tam czy byłam aż taką kocha­ją­cą dziew­czy­ną, ale tę wałów­kę przy­go­to­wa­łam według zle­ce­nia. Tro­chę to kosz­to­wa­ło i kasy i zabie­gów, a mówi­my o cza­sach, w któ­rych i z zaopa­trze­niem i z pie­niędz­mi było kru­cho. Przy­naj­mniej u mnie. No ale trud­no, chło­pak był nie­zwy­kle przy­stoj­ny, i stu­dio­wał na poli­tech­ni­ce, żeby być  inży­nie­rem. Nie to mi impo­no­wa­ło jed­nak, ale sam fakt, że był wyso­ki, co w rodzi­nie ludzi krót­kich, takich jak moja było mile widzia­ne. Taki chło­pak o pół­to­ra gło­wy wyż­szy ode mnie – to było coś.

Jego mama się śmia­ła, nie sądzę, że zło­śli­wie, że mu nawet do ramio­na nie się­gam. No to się sprę­ży­łam i zała­twi­łam wszyst­ko co trze­ba na tę wałów­kę w podróż. Jecha­li­śmy pocią­giem tyl­ko kil­ka godzin, aby potem wędro­wać pie­szo po naszych uko­cha­nych górach. Zresz­tą pozna­łam tego chło­pa­ka na raj­dzie gór­skim. Tak jakoś się zło­ży­ło, że dobrze nam się gada­ło, jesz­cze lepiej śpie­wa­ło, i zaczę­li­śmy. Naj­pierw tak nie­śmia­ło, z rzad­ka. A to kino, a to klub, a to gór­ki, ale bli­skie, w któ­re pra­wie co tydzień była orga­ni­zo­wa­na wyciecz­ka z kopalni.

reklama

To był nasz pierw­szy dłuż­szy wyjazd. W góry dal­sze. W tam­tych cza­sach to było jak oświad­czy­ny. Jego mat­ka nic nie mia­ła prze­ciw­ko mnie. Jakoś tak jej przy­pa­dłam do gustu. Moja mat­ka fur­cza­ła ze zło­ści, bo twier­dzi­ła, że ten przy­szły inży­nier jest za mało kolo­ro­wy dla mnie. Co to zna­czy­ło, za mało kolo­ro­wy? Dowie­dzia­łam, przez tę nie­szczę­sną wałó­wę. Led­wo wsie­dli­śmy do pocią­gu, a mój uko­cha­ny zaży­czył sobie kanap­kę.  Naszy­ko­wa­łam trzy rodza­je kana­pek, więc poda­łam mu pierw­szą z brze­gu, z prze­pa­ści­stej tor­by z pro­wian­ta­mi. Źle! Nie tyl­ko, że wydo­by­łam złą kanap­kę, ale nie zapy­ta­łam jaką pan chce! O zgro­zo! Jak mogłam mu dać tę, któ­rą chciał, sko­ro mi nie powiedział?


Ale wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łam, że to jest taka gra w zamknię­ty pokój. Zamknę drzwi do poko­ju, a ty mi powiedz jaki kolor mają ścia­ny? Obo­jęt­nie co odpo­wiesz, to zawsze będzie źle, bo nawet jak odpo­wiesz dobrze, to skąd wiesz, że to jest dobrze, sko­ro drzwi są zamknię­te, i nie możesz spraw­dzić?  Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łam, że są takie gry, któ­rych sens pole­ga na tym, że zawsze przegrywasz.

- No to co mam zro­bić z tą kanap­ką, któ­rej nie chcesz? — spytałam.

- Zjedz – odpo­wie­dział królewicz.

No to zja­dłam. Nad­gry­zio­na przez kró­le­wi­cza, nie bar­dzo paso­wa­ła do ład­nie zapa­ko­wa­nej wałów­ki. Odszu­ka­łam to cze­go pan zażą­dał. Nad­gryzł, i nawet pożuł. Gdzieś tak w poło­wie, pyta co to za szyn­ka, i ser?

- No jaka szyn­ka – zwy­kła. Wędzo­na.  A ser gouda.

A ten mi mówi, że gou­da nie pasu­je do wędzo­nej szynki.

- A czmuż to? — pytam wyzywająco.

- Wędzo­ne idzie z wędzonym.

- Ach tak? Pierw­sze słyszę.

Na całe szczę­ście zosta­ła jesz­cze trze­cie kanap­ka, z pastą jejecz­ną. Wyję­łam. Nawet sma­ko­wa­ło księ­ciu, choć tak po moje­mu to jaja się zaśmier­dzia­ły. Na koniec ksią­żę zaży­czył sobie coś do picia. Tak, tak, też trzy rodza­je napo­jów. Sok poma­rań­czo­wy z dużej pusz­ki, bo małych nie było, her­ba­ta z mle­kiem w butel­ce zakor­ko­wa­nej praw­dzi­wym kor­kiem, i kom­pot z rabar­ba­ru. Nie­śmia­ło zasu­ge­ro­wa­łam, aby soku poma­rań­czo­we­go nie ruszać, bo jak się otwo­rzy to trze­ba wypić cały litr. Ale mój miły nie miał ocho­ty na kom­pot z rabar­ba­ru. Nie miał ocho­ty na her­ba­tę w zakor­ko­wa­nej butel­ce. Tyl­ko ten sok go nęcił. Otwar­łam otwie­ra­czem do puszek, któ­ry prze­zor­nie zabra­łam. Pochłep­tał, pochłep­tał i zosta­wił. I co ja nie­szczę­sna mia­łam zro­bić z roz­po­czę­tą litro­wą pusz­ką lep­kie­go poma­rań­czo­we­go syropu?

Wypi­łam.

I z tego wszyst­kie­go, z tego nad­mia­ru nie­chcia­nych kana­pek, śmier­dzą­cej pasty jajo­wej, i nie­zno­śnie słod­kie­go soku poma­rań­czo­we­go po pro­stu zro­bi­ło mi się nie­do­brze. A mój miły mi na to, że nie trze­ba było się tak obże­rać. Zatka­ło mnie jesz­cze bar­dziej, tym razem z ner­wów. I w ogó­le mi się ode­chcia­ło po górach cho­dzić – nawet samej. Na naj­bliż­szej sta­cji wysia­dłam, zosta­wia­jąc księ­cia w pocią­gu z napo­czę­tą wałów­ką. Niech ma! Mój następ­ny chło­pak nie był wyso­ki, nie cho­dził po górach, i nie miał ksią­żę­cych wyma­ga. Ale to już inna opowieść.

Micha­lin­ka