Mój mąż nigdy nie potrafi kłamać. Nawet jeśli chciał, to nic mu nie wychodziło. Oczywiście mógł ukrywać prawdę, ale sumienie nie dawało mu wtedy spokoju. Jesteśmy razem już od 25 lat. Ale dopiero teraz mąż wyznał mi okrutną prawdę. Zdradził mnie dwa razy. Pierwszy raz rok po ślubie – byłam wtedy w ciąży. Mogłam jej nie donosić, istniało ryzyko poronienia. Byłam wtedy załamana. Mąż pewnie poczuł się odrzucony. Jego romans trwał przez 4 miesiące. Druga zdrada nastąpiła 5 lat temu. Mąż zerwał ze swoją kochanką po roku… O wszystkim powiedział mi tydzień temu. Od razu spakowałam i jego walizki i wyrzuciłam za drzwi. Oczywiście, przepraszał mnie, mówił że popełnił błąd, że nie mógł dalej z tym żyć i dlatego wyznał prawdę. Ale ja i tak czuje się jak ścierka do podłogi. Mną wytarł swoje brudy. Przez całe życie ufałam mu, byłam wierna i oddana. Byłam pewna, że udało się nam zbudować wspaniałą rodzinę. Dzisiaj czuję się zdruzgotana, poniżona jak nigdy dotąd… Przytłacza mnie to wszystko, płaczę, bo boli. Nie chcę na niego patrzeć, nie chcę czuć tego wszystkiego, co czuję, nie chcę żeby wiedział, jak bardzo jestem zniszczona, pusta w środku i tak bardzo nie umiem sobie z tym poradzić. Wiem, że to być może i moja wina, że nie widziałam, nie zapobiegłam… Chyba wolałabym o tym wszystkim nie wiedzieć. Co mam teraz robić? Jola

Więk­szość osób, mają­cych romans, sądzi, że ich „skok w bok” nigdy nie wyj­dzie na jaw. Ale tak napraw­dę oko­ło 85% zdra­dza­ją­cych pod­świa­do­mie dąży do tego, by mąż lub żona dowie­dzie­li się o tym ich „dru­gim życiu”. Nawet ci, któ­rzy two­rzą pię­tro­we kłam­stwa, po to tyl­ko, by nie odkry­to roman­su, pod­świa­do­mie chcą, żeby to się skoń­czy­ło, bo źle zno­szą cią­głe napię­cie, strach, roz­dar­cie i huś­taw­kę emo­cjo­nal­ną. Tyl­ko socjo­pa­ci i oso­by z poważ­ny­mi zabu­rze­nia­mi oso­bo­wo­ści bez pro­ble­mu radzą sobie w takiej sytu­acji i czu­ją się szczę­śli­wi. Więk­szość zdra­dza­ją­cych i utrzy­mu­ją­cych to w tajem­ni­cy reagu­je jed­nak zabu­rze­nia­mi snu, wybu­cha­mi agre­sji, ner­wi­ca­mi. Ich psy­chi­ka doma­ga się wykla­ro­wa­nia sytu­acji. Zdra­dza­ją­cy o chwi­li, gdy ich nie­wier­ność wycho­dzi na jaw, czę­sto mówią „ulga”, bo wresz­cie skoń­czy­ło się ich podwój­ne życie.

Więc przy­znać się do zdra­dy, czy nie? Na to pyta­nie nie ma jed­nej odpo­wie­dzi, każ­dy przy­pa­dek trze­ba roz­pa­try­wać indy­wi­du­al­nie, ale uwa­żam, że zasa­da ogól­na powin­na być nastę­pu­ją­ca: jeśli jest to już prze­szłość i wszyst­ko wska­zu­je na to, że zdra­da się nie wyda, to nie powin­no się współ­mał­żon­ko­wi o tym mówić. Kie­dy part­ner nie jest sil­nym emo­cjo­nal­nie czło­wie­kiem, taka infor­ma­cja może znisz­czyć jego całe życie, któ­re póź­niej może pró­bo­wać odbu­do­wy­wać wie­le lat.

Każ­dy, kto przy­zna­je się do zdra­dy, w głę­bi ser­ca liczy na to, że mał­żo­nek mu wyba­czy. Cze­go więc tak napraw­dę wyma­ga się od part­ne­ra? Zro­zu­mie­nia, akcep­ta­cji, uspra­wie­dli­wie­nia, pogo­dze­nia się z tym. Ale to nie jest takie pro­ste, bo samo przy­zna­nie się do zdra­dy jesz­cze nic nie roz­wią­zu­je, to dopie­ro two­rzy nowe kom­pli­ka­cje. Nikt nie jest goto­wy na zdra­dę, nawet ci, któ­rzy czu­ją, że są zdra­dza­ni, a tym bar­dziej ci, któ­rzy nicze­go się nie domyślają.

Mówiąc o zdra­dzie, zada­je się part­ne­ro­wi ból, bo to nic miłe­go poczuć się oszu­ka­nym i gor­szym. Jed­no z pierw­szych pytań, któ­re zada sobie zdra­dzo­ny, to: dla­cze­go? Czy to moja wina? Czy jestem nie­atrak­cyj­ny? Musi też poja­wić się pyta­nie, kim jest ten, któ­ry dopu­ścił się zdra­dy, czy moż­na mu ufać? Oczy­wi­ście, zdra­dzo­ny nie unik­nie kwe­stii „co dalej?” – czy być razem, a jeśli być, to na jakich zasa­dach. Każ­de z tych pytań jest uza­sad­nio­ne, bo zdra­da nie bie­rze się zni­kąd i nie zawsze koń­czy się po zerwa­niu roman­su. Takich dyle­ma­tów po ujaw­nie­niu praw­dy poja­wi się wiele.

Nie powin­no się obar­czyć part­ne­ra swo­imi wyrzu­ta­mi sumie­nia, (któ­re nawia­sem mówiąc, są zasłu­żo­ną karą) i jego kosz­tem oczysz­czać się z winy. Jeśli jed­nak oso­ba, któ­ra dopu­ści­ła się zdra­dy czu­ję się tak bar­dzo przy­gnie­cio­na, że koniecz­nie musi się komuś zwie­rzyć, to nigdy nie powin­na wybie­rać na powier­ni­ka part­ne­ra. Lepiej poroz­ma­wiać z neu­tral­ną oso­bą, nie­za­an­ga­żo­wa­ną w to wszyst­ko emo­cjo­nal­nie. Może to być, na przy­kład, praw­dzi­wy, mądry przy­ja­ciel, oso­ba duchow­na czy psycholog.

Jeśli nato­miast zdra­dza­ny mał­żo­nek ma już kon­kret­ne dowo­dy na to, że został zdra­dzo­ny, to ten, któ­ry zdra­dził, powi­nien wyznać praw­dę – z bólem, ze łza­mi w oczach, z ser­decz­ny­mi sło­wa­mi prze­pro­sze­nia. Powi­nien też wycią­gać wnio­ski z tego co zro­bił i wyna­gra­dzać zdra­dę przez wier­ność i oka­zy­wa­nie mał­żon­ko­wi więk­szej miło­ści niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Bowiem warun­kiem prze­ba­cze­nia jest to, że JA się zmie­niam, a nie to, że się „chwa­lę” moją zdradę.

Jeśli oso­ba, któ­ra dopu­ści­ła się nie­wier­no­ści uzna zdra­dę za zło, żału­je jej, jeśli wie co robić, by już nigdy do niej nie doszło, jeśli napraw­dę zale­ży jej na trwa­łym, uda­nym związ­ku, jeśli sama sobie wyba­czy­ła, to ryzy­ko roz­sta­nia i trwa­łe­go popsu­cia związ­ku jest znacz­nie mniej­sze. Wte­dy szcze­rość, otwar­ta roz­mo­wa może na nowo zbu­do­wać mał­żeń­stwo i stwo­rzyć jesz­cze moc­niej­sze jego fundamenty.

Beata Frą­czek