„Zna­my się z mężem już od kil­ku­na­stu lat. Zaczę­li­śmy się spo­ty­kać jesz­cze w liceum, na mał­żeń­stwo zde­cy­do­wa­li­śmy się po stu­diach, rok póź­niej uro­dzi­ło nam się dziec­ko. Wyda­wa­ło się oczy­wi­ste, że sko­ro jeste­śmy razem tak dłu­go, to cze­ka nas wspól­na eme­ry­tu­ra. Ostat­nio jed­nak coraz czę­ściej myślę, że nasze mał­żeń­stwo to pomył­ka. Nie łączy nas żad­na wiel­ka miłość, tyl­ko przy­zwy­cza­je­nie. Jeste­śmy razem tak dłu­go, że nie może­my sie­bie niczym zasko­czyć. Nasze codzien­na życie to nuda, roz­mo­wy o niczym i wie­czo­ry przed tele­wi­zo­rem. Wyda­je mi się, że przez te lata nasze uczu­cie się wypa­li­ło. I to nie tyl­ko moje odczu­cie. Co powin­nam zro­bić? Roz­wieść się i spró­bo­wać żyć od nowa, czy trwać w tym związ­ku? Prze­cież mam dopie­ro 29 lat.” Kinga

Wie­le mał­żeństw prze­cho­dzi nastę­pu­ją­cą dro­gę: od inten­syw­ne­go zako­cha­nia i olśnie­nia, poprzez codzien­na roz­cza­ro­wa­nia, aż do zobo­jęt­nie­nia. Nie­rzad­ko docho­dzą też do ostat­nie­go eta­pu – poczu­cia wro­go­ści, ura­zy, a nawet nie­na­wi­ści. A dobry zwią­zek to taki, w któ­rym emo­cje powo­li wyci­sza­ją się, namięt­ność stop­nio­wo prze­kształ­ca się w zaży­łość, two­rzy się wła­sny intym­ny świat, oddziel­ny od świa­ta zewnętrz­ne­go (rów­nież od dzie­ci), przy zacho­wa­nej, wła­snej odrębności.

W dzi­siej­szych cza­sach zwią­zek męż­czy­zny i kobie­ty na ogół zaczy­na się burz­li­wie, od roman­tycz­nej fazy emo­cjo­nal­ne­go unie­sie­nia, a tak­że – co za tym idzie, namięt­ne­go sek­su­al­ne­go zauro­cze­nia. A praw­da jest nie­ste­ty bez­li­to­sna: Z badań wyni­ka, że inten­syw­na sek­su­al­na namięt­ność trwa śred­nio 2 lata i potem w związ­ku wyga­sa­ją­ce nie­zwy­kłe emo­cje. Nie­któ­rzy, nie rozu­mie­jąc nor­mal­nej prze­mia­ny są roz­cza­ro­wa­ni i mówią wte­dy z ogrom­ną szcze­ro­ścią: „już go/jej po pro­stu nie kocham. Napraw­dę żału­ję, ale już nie mogę jej/go na nowo poko­chać”. Wypo­wiedź taka opie­ra się na zało­że­niu, że miłość to rodzaj emo­cji, cie­płe­go, pozy­tyw­ne­go, wypeł­nia­ją­ce­go od środ­ka uczu­cia. I albo go się ma, albo się nie ma. Jeśli się nie ma, to nie moż­na nic na to poradzić.

Reklama

Takie rozu­mie­nie miło­ści jest jed­nym z głów­nych przy­czyn ogrom­nej licz­by roz­wo­dów. Zgod­nie z takim myśle­niem, jeśli nie odczu­wa­my ocze­ki­wa­nych emo­cji, to uwa­ża­my, że mał­żeń­stwo nie ma szans na suk­ces, a roz­wód jest nie­unik­nio­ny. Wte­dy mówi­my tak­że: „nie mogę sie­bie i innych oszu­ki­wać, muszę pozo­sta­wać w zgo­dzie z wła­sny­mi uczu­cia­mi”. Zacho­wu­je­my się wte­dy, jak­by­śmy byli nie­wol­ni­ka­mi jakichś sił, któ­re kie­ru­ją naszy­mi emo­cja­mi i naszym życiem. Takie podej­ście to wiel­ki błąd. Miłość jest to coś, co może­my wybrać. Nie jest to uczu­cie, tyl­ko posta­wa, spo­sób myśle­nia. Miłość to nasta­wie­nie ser­ca, zgod­nie z któ­rym mówi­my: uczy­nię two­je dobro prio­ry­te­tem w moim życiu. Chcę zaspa­ka­jać two­je potrze­by, któ­rych zaspo­ko­je­nie jest w mojej mocy. Chcę cię wspie­rać, gdy prze­cho­dzisz trud­no­ści i tak dalej.

To posta­wa, któ­ra sta­wia dobro dru­giej oso­by wyżej niż wła­sne. Tak poję­ta miłość oczy­wi­ście oddzia­łu­je na uczu­cia, cho­ciaż sama wyra­ża się w zacho­wa­niu, w dzia­ła­niu. Nasta­wie­nie ser­ca i czy­ny zawsze idą w parze. Jeśli doko­nu­je­my wybo­ru, aby myśleć w okre­ślo­ny spo­sób, to wpły­nie to też na nasz spo­sób zachowania.

Miłość to wybór. Może­my kochać swo­je­go mał­żon­ka bez wzglę­du na to, co zro­bił, albo cze­go nie zro­bił. Może­my kochać go wbrew swo­im uczu­ciom. Może­my czuć się roz­cza­ro­wa­ni, zra­nie­ni, osa­mot­nie­ni, źli, sfru­stro­wa­ni i choć­by­śmy nosi­li w sobie jesz­cze dłuż­szą listę nega­tyw­nych uczuć i tak może­my doko­nać wybo­ru, aby go kochać. Nie jeste­śmy bowiem nie­wol­ni­ka­mi naszych emo­cji. Nie cho­dzi tu abso­lut­nie, aby zaprze­czać ist­nie­niu tych uczuć, aby je tłu­mić, tyl­ko przy­znać się (przed sobą, współ­mał­żon­kiem) do tego jakie są nasze emo­cje, ale nie pozwa­lać, aby nami rzą­dzi­ły. Jesz­cze jed­no: miło­ści moż­na się nauczyć, na przy­kład od star­szych wie­kiem i sta­żem mał­żeń­skim, a prze­cież nie było­by to moż­li­we, gdy­by miłość była tyl­ko uczuciem.

Nasze uczyn­ki wypły­wa­ją­ce z praw­dzi­wie poję­tej miło­ści będą wzbu­dzać we współ­mał­żon­ku pozy­tyw­ne uczu­cie, a te z kolei będą skła­niać go do odwza­jem­nie­nia dobra. Kie­dy nasz mąż lub żona podej­mu­je dzia­ła­nia wyra­ża­ją­cy miłość, odzy­wa­ją się w nas emo­cje i zaczy­na­my darzyć współ­mał­żon­ka cie­pły­mi uczu­cia­mi. W ten spo­sób uczu­cie miło­ści powsta­li z czy­nów, któ­re tę miłość wyrażają.

Jeśli pra­gnie­my odno­wić atmos­fe­rę emo­cjo­nal­ne­go cie­pła w mał­żeń­stwie, może­my to zro­bić wła­śnie poprzez dzia­ła­nia, któ­re wyra­ża­ją miłość. Jeśli zdo­bę­dzie­my się na gest miło­ści wobec part­ne­ra, uru­cho­mi mecha­nizm, któ­re­go owo­cem będą ser­decz­ne uczu­cia. Jeśli nato­miast będzie­my tyl­ko bez­czel­nie ocze­ki­wa­li na ich powrót, to może się oka­zać, że cze­ka­my daremnie.

Wie­lu z nas mówi: gdy­by współ­mał­żo­nek oka­zał mi tro­chę ser­decz­no­ści, był­bym bar­dziej wraż­li­wy na jej/jego potrze­by. Cze­ka­ją oni na miłość, aby móc ją odwza­jem­nić. Ktoś powi­nien jed­nak uczy­nić ten pierw­szy krok. Czy to musi być koniecz­nie ta dru­ga oso­ba? A może mógł­byś to być Ty?