Biały człowiek, chcąc komuś powiedzieć coś miłego, napisałby: “Nigdy cię nie zapomnę”. Mieszkaniec Afryki mówi: “Nie wyobrażamy sobie, abyś mógł o nas kiedykolwiek zapomnieć”.  (Karen Blixen – Pożegnanie z Afryką).

Gwinejczycy są, moim zdaniem, bardzo serdeczni i gościnni. Na przywitanie dostaniesz buziaka w dwa policzki. Już teraz wiem, że buziaka trzeba dać w obydwa, nie liczy się, że dałeś dwa w jeden, nastawiają od razu drugi… Cieszą się niezmiernie, jak im się pokazuje szacunek, serdeczność, tolerancję… i jak zapewne wszędzie. Nie wspomnę już o ich radości, jeśli cudzoziemiec, i tak jak w moim przypadku, Europejka, powie coś w ich plemiennym języku. Na powitanie pytają śmiesznie (po kreolsku) „Jak twoje ciało?” – dosłownie.

W Afryce nie ma samotności. Ludzie żyją razem, nikt nie jest tam sam. Nie ma takich sytuacji, że ktoś jest odizolowany i czuje się samotnie. Posiadają duże rodziny, nawet bardzo duże, bo i dalecy krewni są traktowani w Afryce jako bliscy. A zatem ten kontakt ludzi jest przez to większy, a nawet powiedziałabym ułatwiony. Ciepły klimat robi swoje, bo życie toczy się „na zewnątrz”. Zawsze znajdzie się ktoś z rodziny lub sąsiad, przyjaciel, który zadzwoni, zapyta, jak się czujesz lub po prostu przyjdzie cię odwiedzić bez zapowiedzi, bo nie trzeba się tam zapowiadać. Gwinejskie domy są otwarte. Niektóre biedne chaty, nie mają nawet drzwi lub okien, nie ma w co zapukać. Ich życie toczy się na zewnątrz. Gwinejczycy w domu jedynie śpią lub przeczekują deszcz. W bogatych rodzinach jest już inaczej, ale wtedy siedzi się w ogrodzie, na terenie zagrodzonym. Ja już po kilku dniach nie kojarzyłam, kto jest kim, bo codziennie inni ludzie przychodzili mnie zobaczyć i się z nami witać. Imiona mają także podobne, kilka imion, które się w kółko powtarzają. Zazwyczaj mają portugalskie imię jako pierwsze i drugie tradycyjne, afrykańskie. Mówią do siebie, używając imion tradycyjnych. Dla odróżnienia trzeba dodać jakieś do imienia przezwisko, żeby ich odróżniać.

”Najlepszym lekarstwem dla człowieka jest drugi człowiek”

(przysłowie afrykańskie)

Znam Afrykańczyków od lat. Mogą za sobą nie przepadać, bo i tak się zdarza, ale jeśli jeden z nich ma problem, rozwiązują go wspólnie. Zwołują najbliższych i nie tylko, myślą, jak tej osobie pomóc, po prostu pomagają. Jeśli ktoś jest chory lub przydarzyła mu się jakaś życiowa tragedia, tłumy rodziny, znajomych, muszą go odwiedzić. Są też niezwykle opiekuńczy i w stosunku do gości. Ja w pewnych momentach czułam się jak małe dziecko, bo tak się mną zajmowali. No może mną opiekowali się bardziej, bo byłam gościem z zagranicy. I to moja pierwsza wizyta.

Gwinejczycy muszą Cię nakarmić. Nie ma mowy, żeby nie jeść… przynajmniej serwowanych głównych posiłków. Jeśli nie chcesz jeść, od razu się martwią, czy się źle czujesz lub jesteś chory. W Afryce ludzie się nie odchudzają i nie stosują żadnych diet, nie ma raczej takiego pojęcia. Serwują ciągle dokładki, ale już od tego można się wykręcić. Jedzą też dużo, przynajmniej w bogatych domach. Serwują jedzenie kilka razy dziennie, a w nocy także jakieś tam przekąski, np. pieczone ostrygi.

W bogatych domach są gosposie, kucharki, więc nie jest to dla nich uciążliwe, by ciągle mieć w domu gości. W biednych jest oczywiście inaczej.

Niekiedy tylko jeden posiłek dziennie. Gwinejczycy plemienia Fulani nie spożywają alkoholu ani żadnych innych używek. Wyjątkami, jakie spotkałam, są Gwinejczycy, którzy mieszkali, bo studiowali, na przykład w Polsce lub Rosji. I nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego.

Podstawowe wyżywienie w Gwinei Bissau stanowi ryż. Afrykańczycy lubią duszonki, czyli ryby, mięso, warzywa gotowane w sosie jako dodatek do ryżu. Gotują w dużych ilościach, bo zawsze ktoś przychodzi i dzielą się wspólnym posiłkiem. W biedniejszych domach jedzą wszyscy z jednej ogromnej miski, czy takiego wielkiego talerza. Taki zwyczaj. Jedną z najpopularniejszych potraw jest sos orzechowy. Świeże orzeszki ziemne mieli się lub tłucze w specjalnych naczyniach i gotuje z mięsem, lub rybą, serwując potem z ryżem. Spożywają też dużo warzywa, po polsku określanego jako piżmian jadalny. Gotuje się to warzywo w sosach lub mieli, rozciera i dodaje na ryż, do tego pikantną paprykę.

Afrykańczycy nie mają za bardzo poczucia czasu i za bardzo nie przejmują się „czasem”. Nie słyszałam, żeby ktoś tam powiedział, że nie ma czasu. Bo czy tak naprawdę go nie mamy?

Tam nie ma umawiania się na jakąś godzinę, a nawet jak się umówisz, weź poprawkę na to, że Gwinejczyk może się sporo spóźnić. Nie trzeba zatem czekać, o której przyjdzie, to przyjdzie. W końcu się pojawi, po co się stresować?

Ja jestem do tego przyzwyczajona, choć na początku nie za bardzo mogłam zaakceptować ten ich zwyczaj i takie luźne podejście do… czasu. Teraz o wiele lepiej ich rozumiem. Nie da się tego też zmienić, może trochę u tych, którzy żyją w Europie lub Ameryce, ale i tak nie do końca.

W pracy jest, wiadomo, inaczej, są obowiązkowi, zależy też jaką pracę wykonują. Ja piszę o ich życiu, zwyczajach prywatnych. Nie myślą też o przyszłości, żyją bardziej dniem obecnym. No właśnie, chyba lepiej skupić się na teraźniejszości, niż przyszłości, która jest wielką niewiadomą.

Sytuacja wirusa Covid-19 pokazała nam, że tak naprawdę zbytnie wybieganie w przyszłość nie zawsze ma sens. Co innego marzenia.

Zaskoczyła mnie jedna sytuacja na rynku w Gwinei. Wybrałyśmy się z Nene, moją szwagierką, na zakupy. Ona lubi chodzić, oglądać i się długo o wszystko targować. Zostawiła mnie na środku rynku, poszła na jakieś hale, wybrać ryby, miała zaraz wrócić. Wolała, żebym na świeżym powietrzu poczekała, ale tak jak pisałam, Gwinejczycy nie mają poczucia czasu, więc ta chwila stała się dobrze ponad godziną. Stałam tam i czekałam, jedyna biała na całym rynku. Patrzyłam sobie na nich, na ich kolorowe ubiory, czym handlują, jak się zachowują.

Najpierw przynieśli mi krzesło i ustawili tak, a stałam w cieniu wielkiego drzewa, żebym była na słońcu i się trochę opaliła. Mówili, że potrzebuję słońca… no takie chyba żarty, bo się śmiali, ale krzesło naprawdę ustawili w słońcu. Zapytali jak mam na imię, potem ciągle mówili „Iza sol, sol…” (Iza słońce, słońce), mając niezły przy tym ubaw

Ja się śmiałam razem z nimi i żeby im sprawić radość, zaczęłam się tam opalać. Potem ktoś inny przyniósł wodę do picia, było bardzo gorąco, ok. 40 stopni. No i jeszcze później, podeszła starsza kobieta i przyniosła mi łyżkę, pokazała, żebym przyszła i zjadła z nimi (grupa Afrykanek, handlujących na rynku) posiłek. Niesamowite. Po prostu opiekowali się mną i dopóki nie wróciła Nene. Było to naprawdę słodkie.

Na tym samym rynku zauważyłam jeszcze jedną, ciekawą scenę. Jakiś drobny złodziejaszek, młody chłopak, coś tam ukradł z jednego straganu, czy może chciał coś ukraść. Od razu grupa Gwinejczyków, pobliskich handlarzy, złapała i trzymała go tak, żeby nie uciekł. Zawołano policję, byli nieopodal. Pojawiło się kilku policjantów, dość potężna policjantka spałowała złodziejaszka na oczach wszystkich, i tak, żeby nie było za mocno, ale też, żeby poczuł i zabrano go na stację policji. Taka jest między nimi solidarność.

W Gwinei istnieje trochę inny wzór piękna kobiety. Preferuje się kobiety okrągłe, pulchne, one są uważane w Gwinei za atrakcyjne. Dużo kobiet, Afrykanek, obfituje w okrągłe kształty. Możecie sobie obejrzeć amerykańską komedię, która przedstawia, jak inny wzór piękna kobiety jest preferowany przez Afrykańczyków ze sporą dozą humoru „Phat Girlz”. Film pokazuje, jak zamożni, przystojni lekarze z Nigerii, przybywając do Ameryki na konferencję naukową, postrzegali atrakcyjność kobiet w USA. A zatem wszystkie panie, które uważają, że nie są atrakcyjne, z powodu na przykład obfitszych kształtów, powinny wybrać się do Gwinei lub innego kraju w Afryce. Tam zmieni się Wam kompletnie samoocena.

Oczywiście kobiety białe, uważane są za piękne, bo są zwyczajnie dla nich egzotyczne. Na ulicy, podchodziły do mnie Gwinejki, przypatrywały mi się i mówiły „bonita” (piękna). Trochę dziwne uczucie. Spory podziw wzbudzają również kobiety wykształcone, niezależne.

Gwinejczycy rzadko oceniają się krytycznie, np. względem wyglądu, ubrania. Oczywiście piszę moje ogólne obserwacje, są ludźmi, więc różne charaktery i obyczaje mogą się nadarzyć. Zauważają raczej to, co jest w osobie ładnego, dobrego. Pochwalą cię, jeśli coś im się podoba, ale nie skrytykują. Chyba że się martwią, że komuś coś się złego dzieje, np. źle wygląda, bo jest chory. Nie będzie to jednak „obgadywanie” tej osoby, a wyrażenie zmartwienia. Nie ma tu ciągłego oceniania, pewnej konkurencji, jeśli rozumiecie, co mam na myśli. Mają dużą w sobie wyrozumiałość do drugiego człowieka. Biali ludzie wyrządzili im naprawdę wiele krzywdy, bo jak inaczej nazwać niewolnictwo, czy kolonizację. Gwinejczycy, pomimo świadomości tego, co im Europejczycy zgotowali, nie mają jakieś w sobie do białych ludzi nienawiści, nawet żalu. Czy nie jest to fascynujące? My biali często obdarzamy ich negatywnym stosunkiem i zupełnie nie wiadomo dlaczego, bo jakie jest tego wytłumaczenie?

W Gwinei ludzie opiekują się wspólnie dziećmi, także osobami starszymi, chorymi. Jeśli ktoś nie ma warunków, by wychować dziecko, ktoś inny z rodziny pomaga, a nawet bierze dziecko na wychowanie. Jeśli jakaś kobieta nie może mieć potomstwa, dostaje dziecko od kogoś z rodziny, na przykład siostry i wychowuje je, jak własne. Czasami, dzieci te, nawet nie wiedzą, że wychowująca matka nie jest biologiczną matką, albo dowiadują się później w dorosłym życiu. Jest to dla nich, myślę, bez różnicy. Dzieci są bardzo dobrze ułożone, pomocne, przesłodkie. Wykazują duży szacunek w stosunku do rodziców, osób starszych w rodzinie. Dzieci w Gwinei są bardzo posłuszne, cieszą się z byle czego, bo często nic po prostu nie mają.

Afrykańczycy do przesady interesują się i rozmawiają o polityce. Co prawda, tam ciągle coś się dzieje, więc temat się nie kończy. To jest już ta nudna ich cecha narodowa. Co jeszcze zauważyłam, Gwinejczycy nie skarżą się, nie narzekają. Musi to być jakiś naprawdę poważny powód, żeby ktoś, na coś narzekał. Biorą życie takim, jakie jest. Mogą podzielić się tym, co się w ich życiu dzieje (dobrego lub złego), ale nie ma w tym elementu „skarżenia się, narzekania, biadolenia”. Trudno jest mi to wytłumaczyć, musielibyście pobyć z nimi trochę czasu.

Gwinejczycy są po prostu silni, mężczyźni, jak i kobiety. Myślę, że pomimo trudnego życia, jakie wielu z nich ma, są radośniejsi.

Gwinea Bissau jest jednym z najbiedniejszych krajów świata, ale radość w ludziach, ich spokój i umiejętność cieszenia się drobnymi, może nieistotnymi dla nas już rzeczami, jest arcywielka.

Gwinejczycy nie lubią, jeśli ktoś jest sam. Jeśli zostawi cię mąż lub żona, lub jeśli z jakichś powodów para rozchodzi się, od razu szukają ci życiowego partnera. Nie ma mowy, żeby ci kogoś nie znaleźli i czasami w bardzo krótkim czasie. Lubią swatać i nie jest ważne, w jakim jesteś wieku i jaką masz sytuację życiową.

Wcześniej w Afryce była poligamia, ale dziś mało kogo jest na to stać. Myślę, że powodem tradycyjnej poligamii w Gwinei i innych krajach afrykańskich była zbyt duża liczba kobiet. Wielu mężczyzn ginęło na wojnach, chociażby plemiennych, czy kolonialnych, w rezultacie – duża dysproporcja pomiędzy liczbą mężczyzn i kobiet.

Poligamia i inne zjawiska społeczne mają zawsze jakieś głębsze wytłumaczenie. Na przykład (mała ciekawostka), w Tybecie stosuje się poliandrię, czyli kobieta może posiadać kilku mężów. Zaburzenie proporcji liczby kobiet w stosunku do mężczyzn, jako praktyki dzieciobójstwa żeńskich noworodków w Azji, jest jedną z przyczyn. Ziemia uprawna w Tybecie jest skąpa i mało płodna, a klimat nie sprzyja uprawie, poza tym nie ma możliwości zwiększenia areału rolnego. Poliandrię przyjęto w celu uchronienia się przed głodem.

Gwinejczycy raczej łączą się teraz tylko w pojedyncze pary, choć znam przypadki, poznane w Gwinei, kiedy mężczyzna posiada nieoficjalnie dwie lub trzy żony.

Oczywiście, ślub cywilny można wziąć tylko raz, bo prawo na jeden zezwala, Gwinejczycy mają jednak swoje tradycyjne ceremonie małżeńskie. Na drugą kobietę w rodzinie musi wyrazić zgodę pierwsza żona i pewnie tak jest, żeby się nie pozabijały. Czasami też pierwsza żona szuka drugiej, ale jak napisałam, należy to teraz do rzadkości. Jest to jednak częścią tradycyjnej, starej kultury afrykańskiej.

Gwinejczycy są bardzo tolerancyjni względem wyznań religijnych. Wszystkie religie i wiary żyją tam w szacunku i społecznej symbiozie. Przeważa islam (jest to jednak zupełnie inny islam aniżeli w krajach arabskich- łagodny i tolerancyjny) obok chrześcijaństwa. Wielu praktykuje nadal ich własną, tradycyjną wiarę-animizm. W Gwinei często małżeństwa są mieszane, to znaczy można bez problemów mieć rodzinę, w której praktykuje się różne religie. Podobnie, jeśli chodzi o plemiona czy rasy. Nie ma żadnych ograniczeń.

Świat nie jest taki twardy i zły, jak nas tego uczą (…). Wszystko można w nim wybaczyć, wszystko.

Tego, co piękne i szlachetne, nie można w ogóle skrzywdzić. Jest na to zbyt silne”.

(Karen Blixen – Pożegnanie z Afryką).

Szczęście i bogactwo w Afryce mierzy się zupełnie innymi kategoriami. Dlatego wizyta w takim kraju jak Gwinea Bissau pozwala nam inaczej spojrzeć na pewne, ważne w życiu wartości. My, ludzie z Zachodu, lubimy jakoś obserwować negatywizm. Wystarczy włączyć wiadomości w telewizji lub przeglądać je w sieci-sensacje, wojny, skandale, wypadki. W większości same smutne, tragiczne informacje. Zbyt rzadko przypatrujemy się rzeczom dobrym, przyjemnym, inspirującym. Na świecie, pomimo wszystko, jest jeszcze dużo dobra i można je znaleźć równie łatwo. Wystarczy chcieć zobaczyć coś więcej i coś innego, coś pięknego, co poruszy serce i tam głęboko. Zbyt rzadko mówi się o rzeczach dobrych, a za często o rzeczach złych.

Proste życie człowieka, będącego gdzieś w oddali, wierzącego w swoje tradycje, kochającego w prosty, nieskomplikowany sposób innych ludzi, tak jak to się dzieje w Afryce, jest naprawdę warte zauważenia, i choćby po to, aby zrównoważyć sobie gdzieś tam w głowie wizerunek świata.

Warto też zmienić wykreowany i głównie przez media, obraz Afryki, jako kontynentu biedy, ubóstwa i wojen. Nie chodzi oczywiście o zaprzeczenie tego, co tam istnieje. Te rzeczy są, były i jeszcze pewnie długo będą, jednak w moim przekonaniu, należy spojrzeć na Czarny Kontynent inaczej, ma on bowiem w sobie wiele magicznej egzotyki, uroku i piękna.

Od Gwinejczyków możemy nauczyć się kontemplacji życia w jego prostocie, docenienia po prostu wszystkiego tego, co posiadamy. Od Gwinejczyków możemy nauczyć się radości małych, drobnych rzeczy i tak ważnej zasady, by nie oczekiwać i nie wymagać od życia zbyt wiele. Wtedy łatwiej, myślę, być szczęśliwym. A może właśnie to jest droga do tego, czego tak intensywnie w życiu poszukujemy? Droga do… szczęścia.

Jest jakiś powód, że Afrykańczycy uśmiechają się częściej. Przynajmniej ja takie miałam wrażenie, ciągle tam z nimi przebywając.

Izabela Embalo