Bia­ły czło­wiek, chcąc komuś powie­dzieć coś miłe­go, napi­sał­by: “Nigdy cię nie zapo­mnę”. Miesz­ka­niec Afry­ki mówi: “Nie wyobra­ża­my sobie, abyś mógł o nas kie­dy­kol­wiek zapo­mnieć”.  (Karen Bli­xen — Poże­gna­nie z Afryką).

Gwi­nej­czy­cy są, moim zda­niem, bar­dzo ser­decz­ni i gościn­ni. Na przy­wi­ta­nie dosta­niesz buzia­ka w dwa policz­ki. Już teraz wiem, że buzia­ka trze­ba dać w oby­dwa, nie liczy się, że dałeś dwa w jeden, nasta­wia­ją od razu dru­gi… Cie­szą się nie­zmier­nie, jak im się poka­zu­je sza­cu­nek, ser­decz­ność, tole­ran­cję… i jak zapew­ne wszę­dzie. Nie wspo­mnę już o ich rado­ści, jeśli cudzo­zie­miec, i tak jak w moim przy­pad­ku, Euro­pej­ka, powie coś w ich ple­mien­nym języ­ku. Na powi­ta­nie pyta­ją śmiesz­nie (po kre­ol­sku) „Jak two­je cia­ło?” – dosłownie.

W Afry­ce nie ma samot­no­ści. Ludzie żyją razem, nikt nie jest tam sam. Nie ma takich sytu­acji, że ktoś jest odizo­lo­wa­ny i czu­je się samot­nie. Posia­da­ją duże rodzi­ny, nawet bar­dzo duże, bo i dale­cy krew­ni są trak­to­wa­ni w Afry­ce jako bli­scy. A zatem ten kon­takt ludzi jest przez to więk­szy, a nawet powie­dzia­ła­bym uła­twio­ny. Cie­pły kli­mat robi swo­je, bo życie toczy się „na zewnątrz”. Zawsze znaj­dzie się ktoś z rodzi­ny lub sąsiad, przy­ja­ciel, któ­ry zadzwo­ni, zapy­ta, jak się czu­jesz lub po pro­stu przyj­dzie cię odwie­dzić bez zapo­wie­dzi, bo nie trze­ba się tam zapo­wia­dać. Gwi­nej­skie domy są otwar­te. Nie­któ­re bied­ne cha­ty, nie mają nawet drzwi lub okien, nie ma w co zapu­kać. Ich życie toczy się na zewnątrz. Gwi­nej­czy­cy w domu jedy­nie śpią lub prze­cze­ku­ją deszcz. W boga­tych rodzi­nach jest już ina­czej, ale wte­dy sie­dzi się w ogro­dzie, na tere­nie zagro­dzo­nym. Ja już po kil­ku dniach nie koja­rzy­łam, kto jest kim, bo codzien­nie inni ludzie przy­cho­dzi­li mnie zoba­czyć i się z nami witać. Imio­na mają tak­że podob­ne, kil­ka imion, któ­re się w kół­ko powta­rza­ją. Zazwy­czaj mają por­tu­gal­skie imię jako pierw­sze i dru­gie tra­dy­cyj­ne, afry­kań­skie. Mówią do sie­bie, uży­wa­jąc imion tra­dy­cyj­nych. Dla odróż­nie­nia trze­ba dodać jakieś do imie­nia prze­zwi­sko, żeby ich odróżniać.

reklama

”Naj­lep­szym lekar­stwem dla czło­wie­ka jest dru­gi człowiek”

(przy­sło­wie afrykańskie)

Znam Afry­kań­czy­ków od lat. Mogą za sobą nie prze­pa­dać, bo i tak się zda­rza, ale jeśli jeden z nich ma pro­blem, roz­wią­zu­ją go wspól­nie. Zwo­łu­ją naj­bliż­szych i nie tyl­ko, myślą, jak tej oso­bie pomóc, po pro­stu poma­ga­ją. Jeśli ktoś jest cho­ry lub przy­da­rzy­ła mu się jakaś życio­wa tra­ge­dia, tłu­my rodzi­ny, zna­jo­mych, muszą go odwie­dzić. Są też nie­zwy­kle opie­kuń­czy i w sto­sun­ku do gości. Ja w pew­nych momen­tach czu­łam się jak małe dziec­ko, bo tak się mną zaj­mo­wa­li. No może mną opie­ko­wa­li się bar­dziej, bo byłam gościem z zagra­ni­cy. I to moja pierw­sza wizyta.

Gwi­nej­czy­cy muszą Cię nakar­mić. Nie ma mowy, żeby nie jeść… przy­naj­mniej ser­wo­wa­nych głów­nych posił­ków. Jeśli nie chcesz jeść, od razu się mar­twią, czy się źle czu­jesz lub jesteś cho­ry. W Afry­ce ludzie się nie odchu­dza­ją i nie sto­su­ją żad­nych diet, nie ma raczej takie­go poję­cia. Ser­wu­ją cią­gle dokład­ki, ale już od tego moż­na się wykrę­cić. Jedzą też dużo, przy­naj­mniej w boga­tych domach. Ser­wu­ją jedze­nie kil­ka razy dzien­nie, a w nocy tak­że jakieś tam prze­ką­ski, np. pie­czo­ne ostrygi.

W boga­tych domach są gospo­sie, kuchar­ki, więc nie jest to dla nich uciąż­li­we, by cią­gle mieć w domu gości. W bied­nych jest oczy­wi­ście inaczej.

Nie­kie­dy tyl­ko jeden posi­łek dzien­nie. Gwi­nej­czy­cy ple­mie­nia Fula­ni nie spo­ży­wa­ją alko­ho­lu ani żad­nych innych uży­wek. Wyjąt­ka­mi, jakie spo­tka­łam, są Gwi­nej­czy­cy, któ­rzy miesz­ka­li, bo stu­dio­wa­li, na przy­kład w Pol­sce lub Rosji. I nie muszę chy­ba tłu­ma­czyć dlaczego.

Pod­sta­wo­we wyży­wie­nie w Gwi­nei Bis­sau sta­no­wi ryż. Afry­kań­czy­cy lubią duszon­ki, czy­li ryby, mię­so, warzy­wa goto­wa­ne w sosie jako doda­tek do ryżu. Gotu­ją w dużych ilo­ściach, bo zawsze ktoś przy­cho­dzi i dzie­lą się wspól­nym posił­kiem. W bied­niej­szych domach jedzą wszy­scy z jed­nej ogrom­nej miski, czy takie­go wiel­kie­go tale­rza. Taki zwy­czaj. Jed­ną z naj­po­pu­lar­niej­szych potraw jest sos orze­cho­wy. Świe­że orzesz­ki ziem­ne mie­li się lub tłu­cze w spe­cjal­nych naczy­niach i gotu­je z mię­sem, lub rybą, ser­wu­jąc potem z ryżem. Spo­ży­wa­ją też dużo warzy­wa, po pol­sku okre­śla­ne­go jako piż­mian jadal­ny. Gotu­je się to warzy­wo w sosach lub mie­li, roz­cie­ra i doda­je na ryż, do tego pikant­ną paprykę.

Afry­kań­czy­cy nie mają za bar­dzo poczu­cia cza­su i za bar­dzo nie przej­mu­ją się „cza­sem”. Nie sły­sza­łam, żeby ktoś tam powie­dział, że nie ma cza­su. Bo czy tak napraw­dę go nie mamy?

Tam nie ma uma­wia­nia się na jakąś godzi­nę, a nawet jak się umó­wisz, weź popraw­kę na to, że Gwi­nej­czyk może się spo­ro spóź­nić. Nie trze­ba zatem cze­kać, o któ­rej przyj­dzie, to przyj­dzie. W koń­cu się poja­wi, po co się stresować?

Ja jestem do tego przy­zwy­cza­jo­na, choć na począt­ku nie za bar­dzo mogłam zaak­cep­to­wać ten ich zwy­czaj i takie luź­ne podej­ście do… cza­su. Teraz o wie­le lepiej ich rozu­miem. Nie da się tego też zmie­nić, może tro­chę u tych, któ­rzy żyją w Euro­pie lub Ame­ry­ce, ale i tak nie do końca.

W pra­cy jest, wia­do­mo, ina­czej, są obo­wiąz­ko­wi, zale­ży też jaką pra­cę wyko­nu­ją. Ja piszę o ich życiu, zwy­cza­jach pry­wat­nych. Nie myślą też o przy­szło­ści, żyją bar­dziej dniem obec­nym. No wła­śnie, chy­ba lepiej sku­pić się na teraź­niej­szo­ści, niż przy­szło­ści, któ­ra jest wiel­ką niewiadomą.

Sytu­acja wiru­sa Covid-19 poka­za­ła nam, że tak napraw­dę zbyt­nie wybie­ga­nie w przy­szłość nie zawsze ma sens. Co inne­go marzenia.

Zasko­czy­ła mnie jed­na sytu­acja na ryn­ku w Gwi­nei. Wybra­ły­śmy się z Nene, moją szwa­gier­ką, na zaku­py. Ona lubi cho­dzić, oglą­dać i się dłu­go o wszyst­ko tar­go­wać. Zosta­wi­ła mnie na środ­ku ryn­ku, poszła na jakieś hale, wybrać ryby, mia­ła zaraz wró­cić. Wola­ła, żebym na świe­żym powie­trzu pocze­ka­ła, ale tak jak pisa­łam, Gwi­nej­czy­cy nie mają poczu­cia cza­su, więc ta chwi­la sta­ła się dobrze ponad godzi­ną. Sta­łam tam i cze­ka­łam, jedy­na bia­ła na całym ryn­ku. Patrzy­łam sobie na nich, na ich kolo­ro­we ubio­ry, czym han­dlu­ją, jak się zachowują.

Naj­pierw przy­nie­śli mi krze­sło i usta­wi­li tak, a sta­łam w cie­niu wiel­kie­go drze­wa, żebym była na słoń­cu i się tro­chę opa­li­ła. Mówi­li, że potrze­bu­ję słoń­ca… no takie chy­ba żar­ty, bo się śmia­li, ale krze­sło napraw­dę usta­wi­li w słoń­cu. Zapy­ta­li jak mam na imię, potem cią­gle mówi­li „Iza sol, sol…” (Iza słoń­ce, słoń­ce), mając nie­zły przy tym ubaw

Ja się śmia­łam razem z nimi i żeby im spra­wić radość, zaczę­łam się tam opa­lać. Potem ktoś inny przy­niósł wodę do picia, było bar­dzo gorą­co, ok. 40 stop­ni. No i jesz­cze póź­niej, pode­szła star­sza kobie­ta i przy­nio­sła mi łyż­kę, poka­za­ła, żebym przy­szła i zja­dła z nimi (gru­pa Afry­ka­nek, han­dlu­ją­cych na ryn­ku) posi­łek. Nie­sa­mo­wi­te. Po pro­stu opie­ko­wa­li się mną i dopó­ki nie wró­ci­ła Nene. Było to napraw­dę słodkie.

Na tym samym ryn­ku zauwa­ży­łam jesz­cze jed­ną, cie­ka­wą sce­nę. Jakiś drob­ny zło­dzie­ja­szek, mło­dy chło­pak, coś tam ukradł z jed­ne­go stra­ga­nu, czy może chciał coś ukraść. Od razu gru­pa Gwi­nej­czy­ków, pobli­skich han­dla­rzy, zła­pa­ła i trzy­ma­ła go tak, żeby nie uciekł. Zawo­ła­no poli­cję, byli nie­opo­dal. Poja­wi­ło się kil­ku poli­cjan­tów, dość potęż­na poli­cjant­ka spa­ło­wa­ła zło­dzie­jasz­ka na oczach wszyst­kich, i tak, żeby nie było za moc­no, ale też, żeby poczuł i zabra­no go na sta­cję poli­cji. Taka jest mię­dzy nimi solidarność.

W Gwi­nei ist­nie­je tro­chę inny wzór pięk­na kobie­ty. Pre­fe­ru­je się kobie­ty okrą­głe, pulch­ne, one są uwa­ża­ne w Gwi­nei za atrak­cyj­ne. Dużo kobiet, Afry­ka­nek, obfi­tu­je w okrą­głe kształ­ty. Może­cie sobie obej­rzeć ame­ry­kań­ską kome­dię, któ­ra przed­sta­wia, jak inny wzór pięk­na kobie­ty jest pre­fe­ro­wa­ny przez Afry­kań­czy­ków ze spo­rą dozą humo­ru „Phat Girlz”. Film poka­zu­je, jak zamoż­ni, przy­stoj­ni leka­rze z Nige­rii, przy­by­wa­jąc do Ame­ry­ki na kon­fe­ren­cję nauko­wą, postrze­ga­li atrak­cyj­ność kobiet w USA. A zatem wszyst­kie panie, któ­re uwa­ża­ją, że nie są atrak­cyj­ne, z powo­du na przy­kład obfit­szych kształ­tów, powin­ny wybrać się do Gwi­nei lub inne­go kra­ju w Afry­ce. Tam zmie­ni się Wam kom­plet­nie samoocena.

Oczy­wi­ście kobie­ty bia­łe, uwa­ża­ne są za pięk­ne, bo są zwy­czaj­nie dla nich egzo­tycz­ne. Na uli­cy, pod­cho­dzi­ły do mnie Gwi­nej­ki, przy­pa­try­wa­ły mi się i mówi­ły „boni­ta” (pięk­na). Tro­chę dziw­ne uczu­cie. Spo­ry podziw wzbu­dza­ją rów­nież kobie­ty wykształ­co­ne, niezależne.

Gwi­nej­czy­cy rzad­ko oce­nia­ją się kry­tycz­nie, np. wzglę­dem wyglą­du, ubra­nia. Oczy­wi­ście piszę moje ogól­ne obser­wa­cje, są ludź­mi, więc róż­ne cha­rak­te­ry i oby­cza­je mogą się nada­rzyć. Zauwa­ża­ją raczej to, co jest w oso­bie ład­ne­go, dobre­go. Pochwa­lą cię, jeśli coś im się podo­ba, ale nie skry­ty­ku­ją. Chy­ba że się mar­twią, że komuś coś się złe­go dzie­je, np. źle wyglą­da, bo jest cho­ry. Nie będzie to jed­nak „obga­dy­wa­nie” tej oso­by, a wyra­że­nie zmar­twie­nia. Nie ma tu cią­głe­go oce­nia­nia, pew­nej kon­ku­ren­cji, jeśli rozu­mie­cie, co mam na myśli. Mają dużą w sobie wyro­zu­mia­łość do dru­gie­go czło­wie­ka. Bia­li ludzie wyrzą­dzi­li im napraw­dę wie­le krzyw­dy, bo jak ina­czej nazwać nie­wol­nic­two, czy kolo­ni­za­cję. Gwi­nej­czy­cy, pomi­mo świa­do­mo­ści tego, co im Euro­pej­czy­cy zgo­to­wa­li, nie mają jakieś w sobie do bia­łych ludzi nie­na­wi­ści, nawet żalu. Czy nie jest to fascy­nu­ją­ce? My bia­li czę­sto obda­rza­my ich nega­tyw­nym sto­sun­kiem i zupeł­nie nie wia­do­mo dla­cze­go, bo jakie jest tego wytłumaczenie?

W Gwi­nei ludzie opie­ku­ją się wspól­nie dzieć­mi, tak­że oso­ba­mi star­szy­mi, cho­ry­mi. Jeśli ktoś nie ma warun­ków, by wycho­wać dziec­ko, ktoś inny z rodzi­ny poma­ga, a nawet bie­rze dziec­ko na wycho­wa­nie. Jeśli jakaś kobie­ta nie może mieć potom­stwa, dosta­je dziec­ko od kogoś z rodzi­ny, na przy­kład sio­stry i wycho­wu­je je, jak wła­sne. Cza­sa­mi, dzie­ci te, nawet nie wie­dzą, że wycho­wu­ją­ca mat­ka nie jest bio­lo­gicz­ną mat­ką, albo dowia­du­ją się póź­niej w doro­słym życiu. Jest to dla nich, myślę, bez róż­ni­cy. Dzie­ci są bar­dzo dobrze uło­żo­ne, pomoc­ne, prze­słod­kie. Wyka­zu­ją duży sza­cu­nek w sto­sun­ku do rodzi­ców, osób star­szych w rodzi­nie. Dzie­ci w Gwi­nei są bar­dzo posłusz­ne, cie­szą się z byle cze­go, bo czę­sto nic po pro­stu nie mają.

Afry­kań­czy­cy do prze­sa­dy inte­re­su­ją się i roz­ma­wia­ją o poli­ty­ce. Co praw­da, tam cią­gle coś się dzie­je, więc temat się nie koń­czy. To jest już ta nud­na ich cecha naro­do­wa. Co jesz­cze zauwa­ży­łam, Gwi­nej­czy­cy nie skar­żą się, nie narze­ka­ją. Musi to być jakiś napraw­dę poważ­ny powód, żeby ktoś, na coś narze­kał. Bio­rą życie takim, jakie jest. Mogą podzie­lić się tym, co się w ich życiu dzie­je (dobre­go lub złe­go), ale nie ma w tym ele­men­tu „skar­że­nia się, narze­ka­nia, bia­do­le­nia”. Trud­no jest mi to wytłu­ma­czyć, musie­li­by­ście pobyć z nimi tro­chę czasu.

Gwi­nej­czy­cy są po pro­stu sil­ni, męż­czyź­ni, jak i kobie­ty. Myślę, że pomi­mo trud­ne­go życia, jakie wie­lu z nich ma, są radośniejsi.

Gwi­nea Bis­sau jest jed­nym z naj­bied­niej­szych kra­jów świa­ta, ale radość w ludziach, ich spo­kój i umie­jęt­ność cie­sze­nia się drob­ny­mi, może nie­istot­ny­mi dla nas już rze­cza­mi, jest arcywielka.

Gwi­nej­czy­cy nie lubią, jeśli ktoś jest sam. Jeśli zosta­wi cię mąż lub żona, lub jeśli z jakichś powo­dów para roz­cho­dzi się, od razu szu­ka­ją ci życio­we­go part­ne­ra. Nie ma mowy, żeby ci kogoś nie zna­leź­li i cza­sa­mi w bar­dzo krót­kim cza­sie. Lubią swa­tać i nie jest waż­ne, w jakim jesteś wie­ku i jaką masz sytu­ację życiową.

Wcze­śniej w Afry­ce była poli­ga­mia, ale dziś mało kogo jest na to stać. Myślę, że powo­dem tra­dy­cyj­nej poli­ga­mii w Gwi­nei i innych kra­jach afry­kań­skich była zbyt duża licz­ba kobiet. Wie­lu męż­czyzn ginę­ło na woj­nach, cho­ciaż­by ple­mien­nych, czy kolo­nial­nych, w rezul­ta­cie – duża dys­pro­por­cja pomię­dzy licz­bą męż­czyzn i kobiet.

Poli­ga­mia i inne zja­wi­ska spo­łecz­ne mają zawsze jakieś głęb­sze wytłu­ma­cze­nie. Na przy­kład (mała cie­ka­wost­ka), w Tybe­cie sto­su­je się polian­drię, czy­li kobie­ta może posia­dać kil­ku mężów. Zabu­rze­nie pro­por­cji licz­by kobiet w sto­sun­ku do męż­czyzn, jako prak­ty­ki dzie­cio­bój­stwa żeń­skich nowo­rod­ków w Azji, jest jed­ną z przy­czyn. Zie­mia upraw­na w Tybe­cie jest ską­pa i mało płod­na, a kli­mat nie sprzy­ja upra­wie, poza tym nie ma moż­li­wo­ści zwięk­sze­nia are­ału rol­ne­go. Polian­drię przy­ję­to w celu uchro­nie­nia się przed głodem.

Gwi­nej­czy­cy raczej łączą się teraz tyl­ko w poje­dyn­cze pary, choć znam przy­pad­ki, pozna­ne w Gwi­nei, kie­dy męż­czy­zna posia­da nie­ofi­cjal­nie dwie lub trzy żony.

Oczy­wi­ście, ślub cywil­ny moż­na wziąć tyl­ko raz, bo pra­wo na jeden zezwa­la, Gwi­nej­czy­cy mają jed­nak swo­je tra­dy­cyj­ne cere­mo­nie mał­żeń­skie. Na dru­gą kobie­tę w rodzi­nie musi wyra­zić zgo­dę pierw­sza żona i pew­nie tak jest, żeby się nie poza­bi­ja­ły. Cza­sa­mi też pierw­sza żona szu­ka dru­giej, ale jak napi­sa­łam, nale­ży to teraz do rzad­ko­ści. Jest to jed­nak czę­ścią tra­dy­cyj­nej, sta­rej kul­tu­ry afrykańskiej.

Gwi­nej­czy­cy są bar­dzo tole­ran­cyj­ni wzglę­dem wyznań reli­gij­nych. Wszyst­kie reli­gie i wia­ry żyją tam w sza­cun­ku i spo­łecz­nej sym­bio­zie. Prze­wa­ża islam (jest to jed­nak zupeł­nie inny islam ani­że­li w kra­jach arab­skich- łagod­ny i tole­ran­cyj­ny) obok chrze­ści­jań­stwa. Wie­lu prak­ty­ku­je nadal ich wła­sną, tra­dy­cyj­ną wia­rę-ani­mizm. W Gwi­nei czę­sto mał­żeń­stwa są mie­sza­ne, to zna­czy moż­na bez pro­ble­mów mieć rodzi­nę, w któ­rej prak­ty­ku­je się róż­ne reli­gie. Podob­nie, jeśli cho­dzi o ple­mio­na czy rasy. Nie ma żad­nych ograniczeń.

Świat nie jest taki twar­dy i zły, jak nas tego uczą (…). Wszyst­ko moż­na w nim wyba­czyć, wszystko.

Tego, co pięk­ne i szla­chet­ne, nie moż­na w ogó­le skrzyw­dzić. Jest na to zbyt silne”.

(Karen Bli­xen — Poże­gna­nie z Afryką).

Szczę­ście i bogac­two w Afry­ce mie­rzy się zupeł­nie inny­mi kate­go­ria­mi. Dla­te­go wizy­ta w takim kra­ju jak Gwi­nea Bis­sau pozwa­la nam ina­czej spoj­rzeć na pew­ne, waż­ne w życiu war­to­ści. My, ludzie z Zacho­du, lubi­my jakoś obser­wo­wać nega­ty­wizm. Wystar­czy włą­czyć wia­do­mo­ści w tele­wi­zji lub prze­glą­dać je w sie­ci-sen­sa­cje, woj­ny, skan­da­le, wypad­ki. W więk­szo­ści same smut­ne, tra­gicz­ne infor­ma­cje. Zbyt rzad­ko przy­pa­tru­je­my się rze­czom dobrym, przy­jem­nym, inspi­ru­ją­cym. Na świe­cie, pomi­mo wszyst­ko, jest jesz­cze dużo dobra i moż­na je zna­leźć rów­nie łatwo. Wystar­czy chcieć zoba­czyć coś wię­cej i coś inne­go, coś pięk­ne­go, co poru­szy ser­ce i tam głę­bo­ko. Zbyt rzad­ko mówi się o rze­czach dobrych, a za czę­sto o rze­czach złych.

Pro­ste życie czło­wie­ka, będą­ce­go gdzieś w odda­li, wie­rzą­ce­go w swo­je tra­dy­cje, kocha­ją­ce­go w pro­sty, nie­skom­pli­ko­wa­ny spo­sób innych ludzi, tak jak to się dzie­je w Afry­ce, jest napraw­dę war­te zauwa­że­nia, i choć­by po to, aby zrów­no­wa­żyć sobie gdzieś tam w gło­wie wize­ru­nek świata.

War­to też zmie­nić wykre­owa­ny i głów­nie przez media, obraz Afry­ki, jako kon­ty­nen­tu bie­dy, ubó­stwa i wojen. Nie cho­dzi oczy­wi­ście o zaprze­cze­nie tego, co tam ist­nie­je. Te rze­czy są, były i jesz­cze pew­nie dłu­go będą, jed­nak w moim prze­ko­na­niu, nale­ży spoj­rzeć na Czar­ny Kon­ty­nent ina­czej, ma on bowiem w sobie wie­le magicz­nej egzo­ty­ki, uro­ku i piękna.

Od Gwi­nej­czy­ków może­my nauczyć się kon­tem­pla­cji życia w jego pro­sto­cie, doce­nie­nia po pro­stu wszyst­kie­go tego, co posia­da­my. Od Gwi­nej­czy­ków może­my nauczyć się rado­ści małych, drob­nych rze­czy i tak waż­nej zasa­dy, by nie ocze­ki­wać i nie wyma­gać od życia zbyt wie­le. Wte­dy łatwiej, myślę, być szczę­śli­wym. A może wła­śnie to jest dro­ga do tego, cze­go tak inten­syw­nie w życiu poszu­ku­je­my? Dro­ga do… szczęścia.

Jest jakiś powód, że Afry­kań­czy­cy uśmie­cha­ją się czę­ściej. Przy­naj­mniej ja takie mia­łam wra­że­nie, cią­gle tam z nimi przebywając.

Iza­be­la Emba­lo