— Panie Sta­ni­sła­wie, witam ponow­nie. Roz­ma­wia­my mniej wię­cej co dwa lata, ale teraz chy­ba mie­li­śmy dłuż­szą prze­rwę, a wła­śnie Pana fir­ma, Trans­duc­tion obcho­dzi 45-lecie!

        To jest, po pierw­sze, szmat cza­su, a po dru­gie oka­zja do pod­su­mo­wań, bo chy­ba prócz rodzi­ny i dzie­ci to coś co naj­bar­dziej w Pana ser­cu, w Pana życiu było waż­ne; przed­się­bior­stwo, któ­re Pan stwo­rzył; któ­re dało Panu pozy­cję, umoż­li­wia­jąc róż­ne dzia­ła­nia; prze­cież bez tej fir­my nie było­by kan­dy­da­tu­ry na pre­zy­den­ta Polski.

-Tak.

        — Pamię­tam róż­ne rze­czy; myśmy przez trzy mie­sią­ce mie­li tutaj biu­ro „Goń­ca”, w cza­sie, kie­dy wła­śnie nie ma pie­nię­dzy, nie ma nic.

- Było bar­dzo miło.

    — Było bar­dzo miło, Pan goto­wał, i na począt­ku powiem, że zawdzię­czam Panu Lek­cję podej­ścia do ludzi; bo gdy zwol­nio­no mnie z pra­cy, to zapro­sił mnie Pan na kola­cję do mnie do domu i od godzi­ny 5. po połu­dniu do 1.00 w nocy goto­wał; chy­ba łącz­nie kil­ka­na­ście potraw. To mi dało do koń­ca życia do myśle­nia, jak waż­ne są takie gesty,  jak te gesty póź­niej się pamięta.

        Panie Sta­ni­sła­wie, jak to było na począt­ku? Przy­je­chał Pan do Kana­dy, pra­co­wał dla kogoś… Zawsze chciał Pan pra­co­wać dla sie­bie,  mieć wła­sną firmę?

- Na począt­ku nie. Przy­je­cha­łem z bar­dzo sła­bą zna­jo­mo­ścią języ­ka angiel­skie­go, trud­no było sobie wte­dy wyobra­zić, że będę miał wła­sną fir­mę w Kana­dzie, wszyst­ko było tutaj bar­dzo trud­ne i zupeł­nie inne niż w Polsce.

Ale od same­go począt­ku posta­no­wi­łem zain­we­sto­wać w sie­bie, to zna­czy roz­po­zna­łem, że mia­łem luki tech­no­lo­gicz­ne i luki zdol­no­ścio­we. Zaczą­łem stu­dio­wać, uspraw­niać same­go sie­bie  i przez pierw­sze trzy lata — mimo że cięż­ko pra­co­wa­łem w cią­gu dnia jako nowy imi­grant — to uczęsz­cza­łem wie­czo­ro­wo na kur­sy tech­no­lo­gii cyfro­wej w Ryer­son, wte­dy to jesz­cze nie był uni­wer­sy­tet, tyl­ko szko­ła technologiczna.

        — Jakie to były lata?

- 1970 – 1973.

        — Jesz­cze wte­dy nie było komputerów?

- Nie, dopie­ro były bram­ki cyfro­we, to wszyst­ko było w powijakach.Potem zmie­ni­łem pra­cę, po to mię­dzy inny­mi, żeby być przy kom­pu­te­rach, pra­co­wa­łem u Phi­lip­sa, gdzie były takie pry­mi­tyw­ne kom­pu­te­ro­we maszy­ny księ­go­we, któ­re obsłu­gi­wa­łem. Ale tam nie było dużo moż­li­wo­ści nauki, tak że posze­dłem do Hew­lett-Pac­kar­da, gdzie zaczę­li wła­śnie auto­ma­ty­za­cję pomia­rów na bazie kalkulatorów.

No i powo­li to wpro­wa­dzi­ło mnie — w mia­rę,  jak się uczy­łem angiel­skie­go — do dzia­łal­no­ści han­dlo­wej. Zamiast obsłu­gi­wać czy repe­ro­wać przy­rzą­dy pomia­ro­we, prze­nio­słem się do dzia­łu han­dlo­we­go co wyma­ga­ło zupeł­nie nowych zdol­no­ści,  lep­sze­go języ­ka, czy nawet psy­cho­lo­gii han­dlo­wej; jak roz­ma­wiać z klien­tem z suk­ce­sem, jak nego­cjo­wać, jak zdo­być zamó­wie­nia. Ten cały pro­ces, do zamknię­cia zamó­wie­nia to jest bar­dzo kon­kret­na spra­wa, wła­ści­wie mecha­nicz­na i trze­ba było się tego nauczyć.

Ale wła­śnie u Hew­lett-Pac­kar­da spo­tka­łem się z rasi­zmem, ponie­waż wów­czas całe mene­dżer­stwo,  całe kie­row­nic­two Hew­lett-Pac­kar­da w Kana­dzie, było pocho­dze­nia angiel­skie­go. Na począt­ku lat sie­dem­dzie­sią­tych było bar­dzo dużo angiel­skich kie­row­ni­ków w Kana­dzie, póź­niej oni gdzieś znik­nę­li, ale wte­dy powie­dzia­no mi, że z moim akcen­tem nie będę miał żad­nych moż­li­wo­ści promocji.

        — Dzi­siaj za takie stwier­dze­nie to wygrał­by Pan duże odszkodowanie…

- Więc się stam­tąd wynio­słem i zaczą­łem pla­no­wać wła­sny inte­res, co było bar­dzo trud­ne, ponie­waż nie mia­łem kapi­ta­łu. Mia­łem wte­dy dom z dużą hipo­te­ką, uro­dził mi się syn, nie­mow­lę, mia­łem 2000 dol.  oszczęd­no­ści i sko­czy­łem na głę­bo­ką wodę.

        — Co Pana skło­ni­ło, żeby wła­śnie „sko­czyć”, a nie szu­kać nowej pra­cy gdzie indziej?

- Wol­ność; szu­ka­łem wol­no­ści i zro­zu­mia­łem już u Hew­lett-Pac­kar­da, że wol­ność to były dobre docho­dy, ponie­waż han­dlow­cy u Hew­lett-Pac­kar­da zara­bia­li bar­dzo dobrze, ja nie mia­łem takich moż­li­wo­ści z moim akcen­tem i posta­no­wi­łem że zało­żę taką fir­mę, któ­ra nigdy, niko­go nie będzie prze­śla­do­wa­ła za pocho­dze­nie, akcent, czy tego rodza­ju rze­czy i z tym posta­no­wie­niem prze­trwa­łem 45 lat.

        — Jaki był ten pierw­szy rok,  kie­dy czło­wiek ma wąt­pli­wo­ści, bo wszyst­ko się wali i sypie, nie ma pie­nię­dzy? Czy tak było u Pana czy też od razu była nadzie­ja, że będzie bar­dzo dobrze?

- Usta­wi­łem się w bar­dzo trud­nej ramie biz­ne­su, bo zawsze się bałem łatwych rze­czy; w łatwych rze­czach jest bar­dzo duża kon­ku­ren­cja, tak że usta­wi­łem się na czuj­ni­ki, ponie­waż już mia­łem doświad­cze­nie z auto­ma­tycz­ny­mi pomia­ra­mi; wie­dzia­łem, że kom­pu­te­ry czy kal­ku­la­to­ry bez czuj­ni­ków nic nie wyczu­ją, muszą mieć dane, muszą dosta­wać infor­ma­cje, więc zbu­do­wa­łem repre­zen­ta­cję 20 firm ame­ry­kań­skich w Kana­dzie, któ­re pro­du­ko­wa­ły róż­ne czuj­ni­ki i zaczą­łem to ofe­ro­wać dla moich klientów.

Oka­za­ło się, że to był strzał w dzie­siąt­kę, ponie­waż nikt inny tego nie robił. To mnie zapro­wa­dzi­ło mię­dzy inny­mi do prze­my­słu nukle­ar­ne­go, gdzie w sta­cjach ato­mo­wych potrze­ba było ana­li­zy drgań rdze­ni ura­no­wych w reak­to­rze przy wyso­kiej tem­pe­ra­tu­rze,   pro­mie­nio­wa­niu i tak dalej. Ja aku­rat wte­dy repre­zen­to­wa­łem fir­mę ame­ry­kań­ską Kaman Scien­ces z Kolo­ra­do i to mnie zapro­wa­dzi­ło do sta­cji nuklearnych.

        — Wte­dy budo­wa­no te elektrownie?

- Tak, były też sta­cje eks­pe­ry­men­tal­ne w Chalk River w Onta­rio czy Whi­te­shell  w Mani­to­bie; tam też jeź­dzi­łem do reaktora.

Sprze­da­wa­łem te czuj­ni­ki, ale to wyma­ga­ło wyso­kie­go stop­nia spe­cja­li­za­cji w róż­nych dzie­dzi­nach na przy­kład, w meta­lur­gii, che­mii tem­pe­ra­tu­ry,  bo czuj­ni­ki mają bar­dzo sze­ro­kie zasto­so­wa­nia i klien­ci zada­wa­li bar­dzo róż­ne pyta­nia z każ­dej dziedziny.

Dzię­ki Bogu w Pol­sce otrzy­ma­łem bar­dzo dobre ogól­ne wykształ­ce­nie, do tego stop­nia, że potra­fi­łem sobie z tym pora­dzić.  Mia­łem tę uni­wer­sal­ność i każ­de­go dnia dużo prak­tycz­nie musia­łem się uczyć. Muszę powie­dzieć, że moje pierw­sze lata w Kana­dzie poświę­ci­łem na naukę.

Nie tyle cho­dzi­ło o docho­dy, ile inwe­sto­wa­nie w sie­bie; naukę angiel­skie­go, psy­cho­lo­gii, tech­no­lo­gii. Wszyst­ko to chło­ną­łem jak gąb­ka W Pol­sce na przy­kład w ogó­le nie było marketingu.

No i psy­cho­lo­gia była bar­dzo waż­na; jak dzia­łać z klien­ta­mi i pra­cow­ni­ka­mi, cze­go w Pol­sce nas nie uczono.

        — A kie­dy Pan posta­no­wił zająć się produkcją?

- Z cza­sem zaczą­łem repre­zen­to­wać fir­mę z Min­ne­so­ty, z Min­ne­apo­lis, któ­ra pro­du­ko­wa­ła małe nie­za­wod­ne kom­pu­te­ry ośmio-bito­we i te kom­pu­te­ry były potrzeb­ne fir­mom geo­fi­zycz­nych, któ­re pro­du­ko­wa­ły sprzęt do nagry­wa­nia mine­ra­łów na świe­cie mon­to­wa­ny na samo­lo­tach. Ame­ry­ka­nie chcie­li poznać cały świat po cichu żeby spraw­dzić, kto ma jakie mine­ra­ły, żeby póź­niej sobie je prze­jąć no i to była ta  technologia.

Wte­dy zaczą­łem sprze­da­wać te kom­pu­te­ry i to był wiel­ki suk­ces. Z kom­pu­te­ra­mi dosta­łem pamię­ci magne­tycz­ne i aku­rat wte­dy spa­lił się zakład pro­duk­cji pamię­ci magne­tycz­nych  fir­my Digi­tal Equ­ip­ment, któ­ra wte­dy była dużą fir­mą mini­kom­pu­te­ro­wą, mie­li ten zakład w Hong­kon­gu; on się spa­lił i ja mia­łem otwar­te wro­ta, wszy­scy klien­ci chcie­li wię­cej pamię­ci, wię­cej pamię­ci byłem jedy­ny, któ­ry mógł tę pamięć dostar­czyć. Jeź­dzi­łem po całej Kana­dzie; za każ­dy wyjazd mia­łem 10 000 dol. zysku; mówiąc po angiel­sku to był gra­vy tra­in, to była rze­ka złota.

        — O to chcia­łem zapy­tać Panie Sta­ni­sła­wie; nagle zosta­je Pan przy­sy­pa­ny pie­niędz­mi; wszyst­ko jest osią­gal­ne, jak sobie Pan z tym pora­dził, ludzie bar­dzo czę­sto wte­dy głupieją.

- Ja wpa­dłem w depre­sję. Co jest roz­po­zna­nym pro­ble­mem psy­cho­lo­gicz­nym, opi­sa­nym w książ­kach, że czło­wiek, któ­ry nagle zaro­bi pie­nią­dze czu­je się win­ny, że zaro­bił wię­cej niż inni i jakoś nie wypa­da; inni gło­du­ją, a ja tutaj zaro­bi­łem tyle pieniędzy.

Więc żeby się wyzbyć tego poczu­cia winy zaczą­łem poma­gać czte­rem rodzi­nom w Peru, któ­re były po trzę­sie­niu zie­mi  przez Foster Parents of Cana­da, co kosz­to­wa­ło tam na rodzi­nę 50 dol. mie­sięcz­nie, a ja wte­dy zara­bia­łem w roku oko­ło 2,5 mln dola­rów, co na dzi­siej­sze pie­nią­dze to było prze­szło 5 mln.

To były prze­ogrom­ne pie­nią­dze i trze­ba się było trzy­mać bli­sko zie­mi, żeby nie zwariować.

        — Więc Pan ma kil­ka milio­nów rocz­nie i co Pan robi z tymi pie­niędz­mi, kupu­je sobie szyb­ki moto­cykl, samo­chód, speł­nia marze­nia z dzieciństwa?

- Kupi­łem sobie samo­chód taki za 50 000 tys.  bo mi pora­dził tak księ­go­wy, żeby pła­cić mniej podat­ku i bar­dzo tego mer­ce­de­sa nie lubi­łem, po roku  go odda­łem, zamie­ni­łem na coś inne­go;  ja nie mia­łem takich  marzeń, wie­dzia­łem, że to było za szyb­ko i to nie było moż­li­we, żeby to star­czy­ło na długo.

        — Bał się Pan, że to zaraz się skończy?

-  Tak, że się skoń­czy. Poza tym wte­dy przez 10 lat nie mia­łem żad­nych waka­cji, poje­cha­łem do Peru, żeby poznać te rodziny.

        — Dlaczego?

- Bo aku­rat chcia­łem wyje­chać do Pol­ski w 81. roku i odda­no mi pasz­port bez sło­wa w kon­su­la­cie, że nie, nie, wpusz­czą mnie do Pol­ski. A byłem już  przy­go­to­wa­ny, żeby gdzieś poje­chać na pierw­sze waka­cje po 10 latach.

        — Jechał Pan na pol­ski pasz­port czy na kanadyjski?

Obie­ca­no mi wizę w pasz­por­cie kana­dyj­skim, zresz­tą pol­ski pasz­port mi odda­no po 89. roku, bo zabra­li mi go wte­dy. Pol­ski pasz­port skon­fi­sko­wa­li mi wte­dy, ale na począt­ku lat 90. kon­sul mnie zapro­sił na kawę i ciast­ko na górę w kon­su­la­cie i uro­czy­ście wyjął ten pasz­port z szu­fla­dy  i mi go uro­czy­ście oddał; mam go dzi­siaj na pamiąt­kę. Ten pasz­port ory­gi­nal­ny, na któ­ry wyje­cha­łem z Pol­ski w 69. roku. Był to pasz­port z pie­cząt­ką „tyl­ko na wszyst­kie kra­je europejskie”.

        — Panie Sta­ni­sła­wie, poje­chał Pan do Peru,  fir­ma dzia­ła, i to jak gdy­by była taka zwrot­ni­ca któ­ra zmie­ni­ła Pana los…

- No tak, bo ja wte­dy byłem robo­tem. Byłem maszy­ną do zara­bia­nia pie­nię­dzy. Przez cały czas w Kana­dzie szko­li­łem się, a póź­niej zara­bia­łem w biz­ne­sie, pra­co­wa­łem, prak­tycz­nie 24 godzi­ny  7 dni w tygo­dniu i mia­łem dużo pie­nię­dzy, ale czu­łem się robo­tem, a chcia­łem być czło­wie­kiem, a nie robo­tem i tutaj już w Toron­to spo­tka­łem się z kościo­łem spi­ry­tu­al­nym, gdzie pro­wa­dzi­li lek­cje w każ­dą śro­dę i uczy­li takich zdol­no­ści, jak tele­pa­tia czy inne zdol­no­ści czło­wie­ka, któ­re były dla mnie czymś nowym. Byłem wiel­kim scep­ty­kiem, ale w koń­cu poka­za­no mi nie­zbi­te dowo­dy tele­pa­tii i chcia­łem się nauczyć wię­cej i zro­zu­mia­łem, że w mie­ście mate­ria­li­zmu, takim jak Toron­to to jest nie­moż­li­we, że muszę poje­chać do miej­sca nie­ska­żo­ne­go przez mate­ria­lizm, żeby łyk­nąć wię­cej tego spi­ry­tu­ali­zmu, żeby stać się zno­wuż czło­wie­kiem, któ­ry czu­je, żyje, a nie odbie­ra świat wyłącz­nie przez pieniądze.

        — Jak to było moż­li­we w Peru? Przy­jeż­dża tam Pan, mło­dy milio­ner z Kana­dy, jak moż­na wejść w tam­ten świat?

- Po pierw­sze, to ja tam przy­je­cha­łem ina­czej, ja tam przy­je­cha­łem jako bar­dzo ubo­gi mło­dzie­niec, mia­łem wte­dy 31 — 32 lata,  jako ubo­go ubra­ny mło­dzie­niec nie byłem na tyle zwa­rio­wa­ny żeby się tam afi­szo­wać że jestem z zagranicy.

Peru­wiań­ska koszu­la, peru­wiań­skie spodnie… Z ubio­ru to jest nasz czło­wiek, nie wie­my czy on mówi po hisz­pań­sku, czy może tutaj już żyje dłu­go. Nie mia­łem waliz­ki, mia­łem worek mary­nar­ski i go cza­sem, jak spa­łem na uli­cy to sobie pod­kła­da­łam pod gło­wę cze­ka­jąc na autobus…

        — Czy­li chciał Pan być wśród ludzi?

- Tak, abso­lut­nie i nie chcia­łem się wyróż­niać. Wte­dy jeź­dzi­ło się na Tra­ve­lers Che­que codzien­nie mogłem wymie­nić 100 dol. w ban­ku, a wszyst­ko kosz­to­wa­ło dwa dola­ry; dwa  dola­ry hotel, dwa dola­ry pięk­na kola­cja, wszyst­ko było za dwa dolary.

Poje­cha­łem naj­pierw do tych rodzin, któ­re wspo­ma­ga­łem i tam się spo­tka­łem z dyrek­to­rem, Kana­dyj­czy­kiem z orga­ni­za­cji Foster Parents of Cana­da i jego pięk­ną żoną, któ­ra pocho­dzi­ła z dżun­gli  i przy kola­cji opo­wie­dzia­ła mi wła­śnie o tych rytu­ałach, któ­re tam mają, na któ­rych India­nie pole­ga­ją i to mnie zacie­ka­wi­ło. No więc wró­ci­łem do Limy, wzią­łem samo­lot do Iqu­itos, poje­cha­łem do Iqu­itos i zna­la­złem się w bied­nej dziel­ni­cy mia­sta, gdzie sta­ra­łem się wyna­jąć łódź, żeby poje­chać do dżun­gli i odszu­kać jakie­goś sza­ma­na, żeby mi coś na ten temat powie­dział, czy też mógł cze­goś nauczyć, zna­la­złem czło­wie­ka, któ­ry miesz­kał w takim domu na palach, bo tam woda cza­sem pod­cho­dzi bar­dzo wyso­ko i on miał motor.

Oka­za­ło się, że motor był waż­niej­szy od, łodzi; wszy­scy mie­li łodzie, ale rzad­ko kto miał motor do łodzi.

No i kil­ka dni póź­niej zabrał mnie dale­ko rze­ką Ucay­ali do sza­ma­na, gdzie spę­dzi­łem kil­ka dni, któ­ry mnie pew­nych rze­czy uczył.

Pierw­sze ćwi­cze­nie to było cho­dze­nie po okrą­głych drze­wach prze­wa­lo­nych przez małe rzecz­ki, cho­dzi­ło o pew­ność sie­bie, cho­dzi­ło rów­no­wa­gę. Trze­ba się prze­móc i iść pro­sto, bo ina­czej się spad­nie i moż­na się pokaleczyć.

I też było cie­ka­we polo­wa­nie na duże żaby rana to są takie prze­ogrom­ne żaby jadal­ne, no więc w dżun­gli to wyglą­da tak, że bie­gnie się w nocy przez dżun­glę trze­ba być pew­nym sie­bie, żeby nie ude­rzyć w drze­wa, ani nie nastą­pić na jakie­goś jado­wi­te­go węża. A więc idzie się na wyczu­cie i nagle się sły­szy uhu uhu; widzi się jak się zaświe­ci latar­ką takie dwa wiel­kie jaskra­we żół­te oczy i trze­ba nóż wła­do­wać mię­dzy te oczy; dobiec i wła­do­wać mię­dzy te oczy nóż;  tak żeśmy polo­wa­li na te żaby.

Taką żabę się bie­rze z powro­tem do sie­dli­ska, trze­ba ją wypa­tro­szyć i rzu­cić na pła­sko na ogień i taką się po pro­stu je. I to też było spe­cjal­ne doświad­cze­nie. Pierw­szy owoc, któ­ry chcia­łem zjeść wyglą­dał jak man­go, a oka­za­ło się, że był tru­ją­cy i mój prze­wod­nik mnie zatrzy­mał, mówi nie jedz tego, bo umrzesz.

W dżun­gli czło­wiek jest, jak dziec­ko, gdy nie zna tych rze­czy, może bar­dzo szyb­ko się wykończyć.

To wszyst­ko było nowe doświadczenie.

        — Pan wra­ca z czymś takim, z takim doświad­cze­niem, część ludzi mówi w takiej sytu­acji, sprze­dam teraz wszyst­ko, sprze­dam fir­mę, będę żył nowym życiem. Cze­mu to doświad­cze­nie posłu­ży­ło w Pań­skim przy­pad­ku, w przy­pad­ku Pana biznesu?

- Czy­ta­łem już przed wyjaz­dem do Peru, że biz­nes­me­ni w Nowym Jor­ku, ci dobrzy mają zdol­no­ści spi­ry­tu­al­ne, tele­pa­tycz­ne;  powie­dzia­łem, nie mając kapi­ta­łu, muszę się tego nauczyć. To jest poważ­na pomoc w inte­re­sach i to pew­nie nic nie kosztuje.

Więc chcia­łem się nauczyć tele­pa­tii, chciał­bym się nauczyć zdal­ne­go postrze­ga­nia rze­czy, żeby mieć wyczu­cie; dla­cze­go? Bo już będąc w kom­pu­te­rach zro­zu­mia­łem, że kom­pu­ter potra­fi bar­dzo szyb­ko szu­kać infor­ma­cji, ale nie ma zdol­no­ści intu­icyj­nych i tu jest nasza prze­wa­ga, tak że powi­nie­nem się zająć wię­cej szko­le­niem intu­icyj­nym niż szpe­ra­niem w bazach danych, bo to jest zdol­ność dla komputera.

        — Czy Pan sądzi, że sztucz­na inte­li­gen­cja jest w sta­nie nauczyć się tej ludz­kiej intu­icji, czy to do koń­ca będzie nasza domena?

- Czę­ścio­wo. Ale to pozo­sta­nie naszą dome­ną. Nic tej tele­pa­tii nie zastą­pi. Ja nie myślę, że to jest moż­li­we. Ja mia­łem wte­dy kło­pot, że po pro­stu szu­ka­łem danych, ten czas szu­ka­nia mnie męczył. I powie­dzia­łem, że to jest nie­moż­li­we, za dużo informacji.

Ja byłem prze­ła­do­wa­ny infor­ma­cją. Cały czas prze­ła­do­wa­nie infor­ma­cja­mi; musi być z tego jakieś wyjście.

Więc zna­la­złem wyj­ście takie, żeby dzia­łać na wyczu­cie; na wyczu­cie i tele­pa­tię. Teraz to wszy­scy wie­dzą, że inte­li­gen­cja emo­cjo­nal­na ist­nie­je i jest tak samo ważna.

Tak że zaczą­łem wte­dy wię­cej pole­gać na tej inte­li­gen­cji emo­cjo­nal­nej i to mnie zapro­wa­dzi­ło w wie­le nowych sfer.

        — Pamię­tam, że jak się pozna­li­śmy, Pan ofia­ro­wał mi kase­tę z muzy­ką do medytacji.

-  Tak na jed­nej stro­nie tej kase­ty była muzy­ka wyko­na­na przez pew­ną Kana­dyj­kę na cytrze, któ­ra była wspa­nia­łą muzy­ką spi­ry­tu­al­ną. To, że wyda­łem tę kase­tę dla więk­szo­ści ludzi wte­dy było cał­kiem nie­zro­zu­mia­łe; roz­ma­wia­łem języ­kiem nie­zro­zu­mia­łym dla innych  i musia­łem się z tym pogodzić.

        — Ja to pamiętam.

-  Pan pamię­ta, ale nie pamię­ta Pan tej spi­ry­tu­al­no­ści w tej kasecie.

        — Wie Pan, słu­cha­łem kil­ka razy, ale każ­dy czło­wiek ma swo­ją meto­dę docie­ra­nia do tego, o czym mówimy.

- Już wte­dy zauwa­ży­łem, że o pew­nych rze­czach nie mogę roz­ma­wiać z ludź­mi, bo nie jestem rozu­mia­ny. Tak że musia­łem się z tym pogo­dzić. Wcze­śniej mogłem o wszyst­kim rozmawiać.

        — Wró­cił Pan z Peru, prze­sta­wił fir­mę na pro­duk­cję komputerów…

- Wte­dy prze­sta­wi­łem fir­mę z mini­kom­pu­te­rów, wte­dy uda­ło mi się w cza­sie roku prze­me­blo­wać fir­mę z mini­kom­pu­te­rów na kom­pu­te­ry per­so­nal­ne, ale w wer­sji prze­my­sło­wej, któ­re dzia­ła­ją nie­za­wod­nie przez — powiedz­my — 15 lat. Uda­ło mi się prze­me­blo­wać fir­mę w jed­nym roku bez stra­ty docho­du. Klien­ci to zaak­cep­to­wa­li,  zaczę­li kupo­wać i nie było żad­nej zmia­ny w docho­dach, co było dużym osiągnięciem.

        — Panie Sta­ni­sła­wie, Peru to jed­na rzecz, ale zde­cy­do­wał się Pan być kan­dy­da­tem na pre­zy­den­ta Pol­ski. Pamię­tam roz­mo­wę z Panem, bo mnie to wte­dy zasko­czy­ło, sądzi­łem, że chce Pan zostać posłem, a Pan powie­dział, że pre­zy­den­tem, bo „to jest tak, jak kró­lo­wa psz­czół”; że pre­zy­dent to jest ktoś kto przewodzi

- Pamię­ta pan to?

        — Tak. Ale wcze­śniej napi­sał Pan książkę…

- To była prze­no­śnia spirytualna.

        — Napi­sał Pan książ­kę „Świę­te psy”, któ­ra była opar­ta na doświad­cze­niach z Peru, ale to były przede wszyst­kim doświad­cze­nia, któ­rych Pan nabył  tutaj, pro­wa­dząc firmę.

- Tak.

        — Ubra­ne wła­śnie w tę otocz­kę psy­cho­lo­gicz­ną, ducho­wą, któ­ra jest zwią­za­na z pro­wa­dze­niem biznesu.

- Abso­lut­nie. To była wła­ści­wie suma moich doświad­czeń do tam­tej pory. Ale wte­dy już mia­łem doświad­cze­nia, jako lider małej par­tii poli­tycz­nej w Kana­dzie Par­tii Liber­ta­riań­skiej, gdzie przez rok byłem jej przy­wód­cą. Pozna­łem cha­rak­te­ry­sty­kę poli­ty­ki w Kana­dzie, tak­że to było zsu­mo­wa­nie moich doświad­czeń i peru­wiań­skich i kana­dyj­skich, jak pan mówi, też spirytualnych.

        — Był to też taki pod­ręcz­nik do tego, jak moż­na z kra­ju, któ­ry jest zaco­fa­ny, w któ­rym ludzie nie zda­ją sobie spra­wy z rze­czy­wi­sto­ści gospo­dar­czej, doko­nać sko­ku, żeby stać się gra­czem na rynku.

- Ja uwa­ża­łem, że ten skok był moż­li­wy i cał­kiem prawdopodobny.

        — No to musie­li­by­śmy roz­ma­wiać o polityce.

- Ja sta­wia­łem na ludzi.

        — Ale ludzie byli do tego nie­przy­go­to­wa­ni, ludzie byli uro­bie­ni przez lata 80., przez te wszyst­kie szko­ły neo­li­be­ral­ne, żeby pozwo­li­li się okraść.

- Ja się nie zga­dzam. Ja się z panem nie zga­dzam, abso­lut­nie się z panem nie zga­dzam; dowo­dem tego było nie­sa­mo­wi­te popar­cie, któ­re uzy­ska­łem, jako nowo przy­by­ły na sce­nie poli­tycz­nej i uzy­ska­łem bar­dzo dobry wynik. Mimo wiel­kich ataków.

        — No dobrze, ale wybo­ry sfał­szo­wa­no, czy­li nie prze­sko­czył Pan tego pro­gu, gdzie demo­kra­cja, demo­kra­cją,  ale rzą­dzić mają ci, co zawsze.

- Nie­ste­ty wybo­ry wygra­li Ame­ry­ka­nie z małą garst­ka Żydów pol­skich, któ­ra była sku­pio­na wokół „Gaze­ty Wybor­czej” i Unii Wolności.

        — Bo tak mia­ło być, aby nie­za­leż­nie od tego kto wygra, wybo­ry były „wygra­ne”.

- Abso­lut­nie, przed koń­cem dru­giej tury przy­je­chał mini­ster obro­ny Sta­nów Zjed­no­czo­nych, żeby mnie ska­so­wać. Dick Che­ney, któ­ry potem był wice­pre­zy­den­tem, potęż­ne dzia­ło, praw­da? Mówią że to jest Darth Vader ame­ry­kań­skiej polityki.

        — Z tego wyni­ka, że Pol­ska to był dla Sta­nów Zjed­no­czo­nych waż­ny kraj.

- Abso­lut­nie! Bo mia­ła być przy­kła­dem dla Rosji. Do okra­dze­nia Rosji.

        — Ale, patrząc z prak­tycz­ne­go punk­tu widze­nia, to ta demo­kra­cja mia­ła w oczach świa­ta, opi­nii publicz­nej, uspra­wie­dli­wiać to wszyst­ko co i tak było zapla­no­wa­ne, co musia­ło nastą­pić, a  gdy­by to nie nastą­pi­ło to nie wiem, Pana by zamor­do­wa­no; coś by musia­ło zostać zro­bio­ne, żeby ci, co mają to już w rękach, nadal to mie­li w rękach, prze­cież nie odda­je się wła­dzy za darmo.

- Ja wiem, ja byłem na wszyst­ko przy­go­to­wa­ne, łącz­nie ze śmier­cią, bo gra była war­ta świecz­ki, prze­cież nasi przod­ko­wie umie­ra­li za Pol­skę z okrzy­kiem „Niech żyje Pol­ska”. Byłem na wszyst­ko przy­go­to­wa­na dla­te­go, że jeśli się wej­dzie w taką grę, na wyso­kim pozio­mie to czło­wiek musi być przy­go­to­wa­ny na śmierć w każ­dej chwi­li, nawet roz­ma­wia­łem o tym z moją byłą żoną w dru­giej turze i powie­dzia­łem, że zano­si się na to, że wybo­ry będą sfał­szo­wa­ne, naj­le­piej zre­zy­gno­wać, prze­cież mamy dzie­ci… Ona wte­dy powie­dzia­ła, zaczą­łeś, musisz skoń­czyć. Trze­ba było wytrwać do koń­ca, cho­ciaż było to smutne.

        — Dla­cze­go to było smutne?

- No bo nikt nie zro­zu­miał tego.

        — Że poczuł się Pan wte­dy osa­mot­nio­ny w spo­so­bie podej­ścia do poli­ty­ki, do gospo­dar­ki, do Polski?

- Uda­ło mi się oba­lić zdra­dziec­ki rząd Tade­usza Mazo­wiec­kie­go, któ­ry repre­zen­to­wał inte­re­sy naszych wro­gów; uda­ło mi się oba­lić rząd. Jestem jedy­nym Pola­kiem, któ­ry oba­lił rząd w Pol­sce. Nikt inny do tej pory tego nie doko­nał, praw­da? Oni mi tego nigdy nie zapomną.

        — No nie, bo myślę, że ich samych to zasko­czy­ło, Pana nie było w ich układance.

- I do tej pory się mnie boją.

        — Już wszyst­ko było ukar­to­wa­ne, a tutaj Pan przy­je­chał… Wra­ca­jąc do wspo­mnień sta­rych cza­sów, to było bar­dzo widocz­ne, że oni nie mie­li na Pana tecz­ki i zaczę­li dzwo­nić po ludziach, napręd­ce cze­goś szukać.

- Gdy­bym miał coś złe­go o sobie, to bym nie wystar­to­wał, jako kan­dy­dat na pre­zy­den­ta, bo by mi to zna­leź­li. Tak że musie­li fabrykować.

        — Widzi Pan, bo oni wszy­scy mie­li haki   jed­ni na dru­gich, tak że się sza­cho­wa­li tecz­ka­mi, a tutaj nie mieli.

- Mię­dzy inny­mi dla­te­go się wysta­wi­łem na tę trud­ną rolę kan­dy­da­ta i dla­te­go oni się wystra­szy­li. Jaru­zel­ski nawet zło­tem sta­rał się mnie prze­ku­pić z kan­ce­la­rii prezydenta.

        — W jakim sensie?

- Przy­słał zna­jo­me­go redak­to­ra Roma­na Sam­se­la, któ­ry mi poma­gał z książ­ką „Świę­te psy”,  Roman przy­szedł  do dwor­ku w Pęci­cach i powie­dział, że miał kon­takt z sekre­ta­rzem Jaru­zel­skie­go i ten mu powie­dział, że Jaru­zel­ski ma jesz­cze jakieś zło­to w kan­ce­la­rii i chce mi to dać żebym się dobrze wypo­wie­dział na temat sta­nu wojen­ne­go. Wie pan, ja byłem tym zaszokowany.

        — Że to są tak niskie tri­ki, że to są tak niskie oferty?

- No tak, ale poza tym wma­ni­pu­lo­wa­no mnie w łóż­ko Jaru­zel­skie­go w Koście­li­sku, bo z Kra­ko­wa jecha­łem do Zako­pa­ne­go na wiec wybor­czy, a tam nagle w środ­ku nocy, a jesz­cze wiał hal­niak, zna­leź­li­śmy się w ośrod­ku woj­sko­wym, gdzie puł­kow­nik wpro­wa­dził mnie do góral­skie­go dom­ku na dru­gie pię­tro i mówi to jest łóż­ko pana gene­ra­ła Jaru­zel­skie­go. I ten tele­fon jest tyl­ko w jed­ną stro­nę. Ja byłem zaszokowany.

        — No widzi Pan, to są cie­ka­we obser­wa­cje myślę, że więk­szość ludzi nie wyobra­ża sobie całej otocz­ki, któ­ra wte­dy towa­rzy­szy­ła tej, tak zwa­nej trans­for­ma­cji, czy­li prze­mia­nie komu­ni­stów w oli­gar­chów i kapitalistów.

- I ludzie nie zda­ją sobie spra­wy, kto wygrał wybo­ry. Uwa­ża­ją, że to był układ mag­da­len­ko­wy; układ mag­da­len­ko­wy tyl­ko potwier­dził podział łupów, nic wię­cej, wcze­śniej były poro­zu­mie­nia mię­dzy komu­ni­sta­mi, a Ame­ry­ka­na­mi w Waszyng­to­nie; wszyst­ko było ukartowane.

        — Musi Pan przy­znać, że Ame­ry­ka­nie wymy­śli­li pięk­ną meto­dę oba­le­nia Związ­ku Sowiec­kie­go przez ofer­tę mamo­ny dla tych par­tyj­nych dzia­ła­czy, dla wojskowych.

-  Pol­ska mia­ła być tego przykładem.

        —  Pol­ska mia­ła dać przy­kład dla Sowie­tów. Popa­trz­cie, co wy się tutaj wygłu­pia­cie, jak może­cie mieć miliar­dy dolarów…

- Ale celem Ame­ry­ka­nów było wpro­wa­dze­nie Rosji na teren wol­ne­go ryn­ku, żeby ich zwy­cię­żyć ban­ko­wo­ścią, finan­sa­mi, bo w tym przodowali.

        — No tak, bo zdo­la­ry­zo­wa­no cały obszar, któ­ry wcze­śniej dola­rem się nie posłu­gi­wał. Ame­ry­kań­ska walu­ta rezer­wo­wa weszła na olbrzy­mi nowy teren gospodarczy.

- I dopie­ro Putin to zatrzymał.

        — No teraz, razem z Chiń­czy­ka­mi. Panie Sta­ni­sła­wie cały czas ucie­ka­my w politykę… 

- W przy­jem­ny spo­sób; przy­jem­ne z pożytecznym.

        — Wróć­my do Pana fir­my, bo wyje­chał Pan do Pol­ski i fir­ma była wte­dy na takim autopilocie.

- Tak, fir­ma była na tyle dobrze zapro­jek­to­wa­na, że była odpor­na na moje fana­be­rie poli­tycz­ne, na wyjaz­dy do Peru, czy do Pol­ski, tak że fir­ma się trzy­ma­ła cał­kiem dobrze.

        — Jak Pan wró­cił, bo wró­cił Pan z Pol­ski; na począt­ku Pan myślał, że będzie w Pol­sce przez dłuż­szy czas; dzie­ci cho­dzi­ły do szkoły.

-Musia­łem wró­cić, podob­nie jak z Peru  wró­ci­łem; fir­ma była pro­wa­dzo­na admi­ni­stra­cyj­nie, ale nie było inwen­cji, nowych pro­duk­tów,  nie było nowych pro­jek­tów i musia­łem wró­cić, żeby wypeł­nić  lukę; i to samo po Pol­sce — musia­łem wró­cić tutaj, żeby zająć się fir­mą, bo  była pro­wa­dzo­na admi­ni­stra­cyj­nie, nie­udol­nie zresz­tą, i gdy­bym nie wró­cił to by padła. Tak że musia­łem ją jesz­cze raz odbudować.

        — W jaki spo­sób ją Pan odbudowywał?

- Ja cały czas pro­jek­tu­ję nowe kom­pu­te­ry, czy nowe moni­to­ry. Mamy na to rynek i klien­ci doma­ga­ją się nowych opra­co­wań i uspraw­nień tych, któ­re mamy. Tak że mamy dobrych klien­tów w Kana­dzie i Sta­nach Zjed­no­czo­nych, Chi­nach i Mek­sy­ku, obsłu­gu­je­my ich tak że nasi klien­ci są wdzięcz­ni za to, co im robi­my, bo robi­my rze­czy uni­ka­to­we, któ­rych nikt inny nie potra­fi robić, ponie­waż mamy tutaj połą­cze­nie i tech­no­lo­gii kom­pu­te­ro­wej i zakła­du mecha­nicz­ne­go to my może­my obu­do­wać jaką­kol­wiek elek­tro­ni­kę w posta­ci apa­ra­tu­ry, któ­ra prze­cho­dzi wszyst­kie testy nukle­ar­ne i któ­re są potrzeb­ne do uży­cia w sta­cjach ato­mo­wych; tam nie moż­na użyć kom­pu­te­ra osobistego.

        — Pan zawsze mówi, że trze­ba dzia­łać po par­ty­zanc­ku, czy zna­lazł Pan taką szcze­li­nę, taką niszę, w któ­rej Pan po pro­stu jest sil­ny i jedyny?

- Zauwa­ży­łem, że cała moja kon­ku­ren­cja wypa­dła z inte­re­su. Inne fir­my pada­ją, a ta się trzy­ma dla­cze­go? Bo jest pro­wa­dzo­na ze woj­sko­wą dys­cy­pli­ną, któ­rej się nauczy­łem jesz­cze w Pol­sce w Zakła­dzie Apa­ra­tu­ry Pomia­ro­wej Elpo na Ocho­cie, gdzie tam też była pro­duk­cja woj­sko­wa i były krót­kie serie apa­ra­tu­ry pomia­ro­wej, takie po 50–100 sztuk i to samo robi­my tutaj.

Tak że ta prak­ty­ka w zakła­dach Elpo na Ocho­cie była bar­dzo pomoc­na. W zakła­dzie Elpo pra­co­wa­łem jako młod­szy kon­struk­tor z inży­nie­rem panem Pęk­sa, któ­ry stra­cił wzrok po woj­nie i uzy­skał dyplom magi­stra elek­tro­ni­ka na Poli­tech­ni­ce War­szaw­skiej będąc nie­wi­do­mym. Nagry­wał wszyst­kie wykła­dy na kase­tach. Z nim żeśmy pra­co­wa­li nad wol­to­mie­rzem wzor­co­wym do bar­dzo dokład­nych pomia­rów.  Pan Pęk­sa był nie­wi­do­my, ja musia­łem mu tłu­ma­czyć wszyst­kie sche­ma­ty, wszyst­ko co widzia­łem i to było bar­dzo uciążliwe.

Jak zaczą­łem biz­nes, to zda­łem sobie spra­wę, że wszy­scy moi klien­ci są w „nie­wi­do­mi”, bo oni nie widzą co ja mam na biur­ku i obra­zo­wo mogłem im prze­ka­zać to w pro­sty spo­sób i to był jeden z moich talen­tów. Ta ofiar­ność obsłu­gi tego nie­wi­do­me­go opła­ci­ła się wielokrotnie.

        ‑Tak bar­dzo czę­sto jest, że nie zauwa­ża­my tego, co jest dla naszej korzy­ści, co uwa­ża­my za obcią­że­nie, a odno­si­my póź­niej nie­sa­mo­wi­tą korzyść.

- Abso­lut­nie, a moż­li­wość opi­sa­nia prze­strzen­ne­go rze­czy przez tele­fon jest bar­dzo ważna.

        — Nie boi się Pan, że uzy­skał Pan bar­dzo wie­le wie­dzy pod­czas swo­jej podró­ży przez czas; ta wie­dza się zmar­nu­je; jak Pan by chciał ją prze­ka­zy­wać czy ma Pan coś takie­go w sobie, żeby ją przekazać?

- Z oka­zji 45. rocz­ni­cy fir­my dosta­łem wie­le gra­tu­la­cji i podzię­ko­wań od moich byłych pra­cow­ni­ków z Peru i z Kana­dy, że dużo się ode mnie nauczy­li. Naj­wię­cej się ludzie uczą przez przy­kład, kie­dy mnie zabrak­nie, to już tego nie będzie.

Ja cza­sem bar­dzo żału­ję, że nie mia­łem moż­li­wo­ści polep­sze­nia sytu­acji Pola­ków w sen­sie roz­wo­ju biz­ne­su czy wol­no­ści oso­bi­stej czy też wymia­ru spra­wie­dli­wo­ści, któ­ry wyma­ga wiel­kiej refor­my. Cza­sem tego żału­ję, cho­ciaż zda­ję sobie spra­wę, że to była­by ogrom­na harówka.

        — Ogrom­na harów­ka i też  opór mate­ria­łu był­by olbrzymi.

- Ale moż­na było dążyć do celu kon­se­kwent­nie, krok po kro­ku. Z mini­mal­nym zagro­że­niem dla życia.

        — Bo wciąż Pan mówi o tym, jak­by Pan mógł dzia­łać w Pol­sce, gdy­by Pan mógł to doświad­cze­nie przekazać.

- No ale widzi pan po wybo­rach pre­zy­denc­kich zosta­łem cał­ko­wi­cie porzu­co­ny przez mój elek­to­rat, zosta­łem zapo­mnia­ny i   wszel­kie pró­by powro­tu do poli­ty­ki oka­za­ły się fia­skiem, tak że po pew­nym cza­sie prze­sta­łem się w Pol­sce czuć potrzeb­ny. Wyzwo­li­łem od cho­ro­by polityki.

        ‑Poli­ty­ka bar­dzo czę­sto to jest sztu­ka mani­pu­la­cji i Pana prze­ciw­ni­cy po pro­stu lepiej mani­pu­lo­wa­li  ludźmi.

- Cokol­wiek to było, to mnie wyzwo­li­ło od cho­ro­by poli­tycz­nej i czu­ję się dzi­siaj wol­nym czło­wie­kiem, speł­nio­nym czło­wie­kiem i nie mam zamia­ru uczyć kogo­kol­wiek niczego.

        — Ale ludzie mogą się uczyć z tego co Pan robił.

- To ich sprawa.

        — Jak Pan prze­wi­du­je roz­wój fir­my? Mamy bar­dzo cie­ka­wą sytu­ację na świe­cie, Pan posta­wił w pew­nym momen­cie na dosta­wy do Chin,  czy Pan nie sądzi, że w tym momen­cie te eli­ty świa­ta, któ­re rzą­dzą w Sta­nach Zjed­no­czo­nych uzna­ły, iż Chi­ny wyro­sły na zbyt wiel­kie­go prze­ciw­ni­ka i chcą to prze­ciąć, robią te wszyst­kie posu­nię­cia, któ­rych jeste­śmy świad­ka­mi po to, żeby łań­cu­chy dostaw jakoś prze­sta­ły mieć  począ­tek  w ChRL.

        Co by Pan zro­bił? Nie sądzi Pan, że będą cła, embar­ga nowa rzeczywistość?

- Dla nas to nie jest taki duży eks­port obec­nie. Był duży w poprzed­nich latach, ale obec­nie już żeśmy wypeł­ni­li tę lukę w reak­to­rach ato­mo­wych. Wszyst­ko jest sta­bil­ne, więc ja nie ocze­ku­ję, że będzie dal­szy roz­wój tego biz­ne­su, szcze­gól­nie że Chiń­czy­cy są bar­dzo zdol­ni w kopio­wa­niu naszych urzą­dzeń i już widzi­my, mamy dowo­dy tego, że pró­bu­ją. Tak że nigdy żeśmy na to prak­tycz­nie nie liczy­li, ale jeste­śmy sil­nie zwią­za­ni z ryn­kiem ener­ge­tycz­nym w Kana­dzie i Sta­nach Zjed­no­czo­nych i w Mek­sy­ku. I to jest pań­stwo w pań­stwie, bo jeśli zabrak­nie prą­du, to poli­ty­ka się nie liczy, wszy­scy poli­ty­cy tego się boją, jak cho­le­ra; jak zabrak­nie świa­tła, to każ­dy poli­tyk tra­ci gło­wę. Wte­dy nic nie dzia­ła, tak że ener­gia elek­trycz­na zakoń­czy się ostatnia.

        — Mówią, że ostat­ni gasi światło.

- Dowo­dem tego jeste­śmy dzi­siaj; to, że my nie odczu­wa­my żad­nych skut­ków koro­na­wi­ru­sa — żad­nych! Wszyst­ko idzie do przo­du, mamy bar­dzo dobre zamó­wie­nia, dzi­siaj jestem szczę­śli­wy, że przy­cho­dzą regu­lar­nie i nawet zyska­li­śmy kil­ku poważ­nych dys­try­bu­to­rów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, któ­rzy roz­pro­wa­dza­ją nasze urządzenia.

        — Koń­cząc, chcia­łem Pana zapy­tać, bo powie­dział Pan, że nie będzie niko­go uczył, ale jak­by Pan miał takie­go czło­wie­ka, któ­ry tak jak Pan koń­czy jakieś tech­ni­kum w Pol­sce, jakie trzy wska­zów­ki na życie by mu Pan dał;  co ten czło­wiek ma robić, żeby odnieść suk­ces, co by Pan mu poradził?

- Przede wszyst­kim niech ten czło­wiek inwe­stu­je w sie­bie w róż­ne­go rodza­ju zdol­no­ści, bo to jest naj­więk­sze pole do popi­su i naj­więk­sza moż­li­wość uzy­ska­nia sukcesu.

Poza tym musi być bar­dzo ostroż­ny z kunk­ta­tor­stwem; kunk­ta­tor­stwo to jest naj­gor­szy wróg w biz­ne­sie, czy też, jak to się nazy­wa po angiel­sku pro­cra­sti­na­tion, odda­la­nie decy­zji. W Pol­sce to jest strasz­na cho­ro­ba, pole­ga to na tym, że jak coś ktoś zro­zu­miał, to już myśli, że zro­bił swo­ją robotę.

Ja się z tym spo­tka­łem nawet tutaj w fir­mie, musia­łem tych ludzi powy­rzu­cać. Że on rozu­mie ale nie dzia­ła. To jest to kunk­ta­tor­stwo, czy to jakieś złe post­ko­mu­ni­stycz­ne przyzwyczajenie.

Poza tym,  ja nie rozu­miem ludzi pra­cu­ją­cych od 9.00 do 5.00; z zegar­kiem w ręku cze­ka, albo nawet 5 min. przed, ucie­ka do domu. Zna­czy że nie jest ambit­ny, nie chce się uczyć, ja nawet, jak pra­co­wa­łem w mło­dych latach u Hew­lett-Pac­kar­da to zosta­wa­łem po pra­cy 2 — 3 godzi­ny, żeby roz­gryźć coś z pod­ręcz­ni­kiem, nauczyć się cze­goś nowe­go, nowej tech­no­lo­gii; mnie to cie­ka­wi­ło, jak to dzia­ła. I to mi bar­dzo pomo­gło. Tak się uczy­łem. To był mój czas nie pra­cy, ale nauki, a dzi­siaj ludzie wycho­dzą z zegar­kiem w ręku — 5.00 godzi­na — i myślą że będą ludź­mi suk­ce­su. Tacy ludzie nie będą pro­mo­wa­ni. Oni się sami nie pro­mu­ją dla sie­bie. Trze­ba zain­we­sto­wać jakiś czas w sie­bie. Nie moż­na ocze­ki­wać, że coś przyj­dzie za dar­mo, czy z nie­ba od 9.00 do 5.00.

I nie trze­ba tra­cić nadziei.

Bo w moim życiu, muszę powie­dzieć, że mia­łem tyle oka­zji, żeby się stać bar­dzo boga­tym czło­wie­kiem, że dzi­siaj,   gdy­bym wyko­rzy­stał te sytu­acje, to był­bym war­ty ponad pół mld dol. Albo i wię­cej. Ale ja robi­łem swo­je. Omi­ja­ły mnie te oka­zje, bo nie byłem nimi zain­te­re­so­wa­ny, bo byłem zain­te­re­so­wa­ny czymś innym. Czy to wyjaz­dem do Peru, czy do Polski.

        — Ale czy był­by Pan lep­szym czło­wie­kiem, gdy­by Pan był war­ty 500 mln dol.?

- Nie myślę. Mogłem nawet się zma­nie­ro­wać. Mogło mi to pójść za dużo do gło­wy, jako woda sodo­wa czy zaro­zu­mia­łość, co by było bar­dzo nega­tyw­ne. Co mi się do tej pory jesz­cze nie stało.

Cho­ciaż muszę powie­dzieć, że w mia­rę wie­ku i teraz już w pode­szłym wie­ku, to czu­ję, że jed­nak może byłem czło­wie­kiem, któ­ry w tym życiu był spe­cjal­ny. Przy­naj­mniej tak mówi moja żona (śmiech). Moja żona mi mówi, że jestem geniu­szem, a geniu­sze są trud­ni do współżycia.

        — Wie Pan, żonie nie nale­ży zaprzeczać!

- Tak, sta­ram się jej nie zaprze­czać, oczy­wi­ście ona mówi to pół­żar­tem, ale coś w tym jest, ona potra­fi dobrze obserwować.

        — Panie Sta­ni­sła­wie, gra­tu­lu­ję, tych doko­nań tego, jakich wybo­rów Pan doko­ny­wał w swo­im życiu.  Dzię­ku­ję też, bo tak, jak mówię, byli­śmy tutaj przez 3 mie­sią­ce, są rze­czy, któ­re zosta­ją w pamię­ci, życzę wie­le zdro­wia i żeby Pan zoba­czył jesz­cze kon­ty­nu­ację tego sukcesu.

- Panie Andrze­ju, w tym roku prze­ka­za­łem 70% akcji moim star­szym pra­cow­ni­kom. Żeby była kontynuacja!

        — No to miej­my nadzie­ję, że będzie! A jak doży­je­my, to może na pięć­dzie­się­cio­le­cie ponow­nie się spotkamy.

- Mam nadzie­ję, jesz­cze pla­nu­ję pew­ne rze­czy, któ­re się zma­te­ria­li­zu­ją za 5 lat, tak że muszę się tego doczekać.

        — Dzię­ku­ję bardzo.

- Dzię­ku­ję