Odmówił zainscenizowania fałszywego wiecu nazistowskiego. Ktoś inny może tego nie zrobić
W 2015 roku do Adama Swarta, założyciela i prezesa firmy Crowds on Demand (specjalizującej się w organizowaniu płatnych demonstracji, tłumów i akcji PR), zadzwoniła żydowska organizacja advocacy. Propozycja była prosta: „postawić” na kampusie amerykańskiej uczelni grupę „nazistów”. Nie prawdziwych. Wynajętych aktorów w odpowiedniej oprawie wizualnej.
Swart przyznał w felietonie opublikowanym 10 października 2026 r. w Washington Examiner, że taktyka była logiczna i prawdopodobnie by zadziałała. Scenariusz wyglądał tak: około dwudziestu osób na rozpoznawalnym fragmencie znanego kampusu w dzień roboczy, z jednoznaczną symboliką. Studenci i tak filmują wszystko. Pierwszy klip trafia do sieci w ciągu godziny – i nie wrzuca go organizator, tylko przerażony 19-latek. To właśnie nadaje materiałowi wiarygodności. Wieczorem duże konta z lewej i prawej strony samodzielnie udostępniają nagranie . Rano uczelnia wydaje oświadczenie. W ciągu kilku dni pojawia się szansa na krajowe media i pytania z biur kongresmenów o antysemityzm na kampusach. Cel osiągalny za ułamek kosztów innych działań.
Swart nie odrzucił propozycji od razu. Zastanawiał się dłużej, niż chciałby przyznać. Przekonało go jedno pytanie, na które nie znalazł odpowiedzi: gdy już powstanie to zdjęcie lub film, kto kontroluje jego znaczenie?
Zdjęcie z „wiecu nazistowskiego” żyje własnym życiem. Ktoś po drugiej stronie może uznać, że konfrontacja z „takimi ludźmi” jest usprawiedliwiona i zacznie szukać osób „wystarczająco podobnych”. Nikt z uczestników planowania nie będzie w stanie wyjaśnić publiczności, że demonstracja była inscenizowana. Fałszywy wiec nazistowski może przyciągnąć prawdziwych nazistów. Raz puszczona w obieg fotografia nie pozwala odróżnić autentycznego zdarzenia od zaaranżowanego.
Swart ostatecznie odmówił. Podkreśla przy tym, że nie twierdzi, iż większość takich incydentów jest inscenizowana. Wie jednak, że część osób próbuje je organizować – bo dzwonią do niego po wycenę. Prowadzi firmę, która od 2012 roku organizuje płatne tłumy, protesty i akcje advocacy dla klientów po obu stronach sceny politycznej. Sam przyznaje, że to sprawia, iż łatwo go nie lubić, zanim jeszcze cokolwiek powie.
Sprawa dotyka szerszego zjawiska: rynku płatnych demonstracji i produkcji „oburzenia” na zamówienie. Crowds on Demand i podobne firmy rekrutują ludzi do udziału w protestach, spotkaniach czy akcjach medialnych. Raz stworzony materiał wizualny – zwłaszcza z symboliką jednoznaczną i emocjonalnie silną – staje się trudny do odwołania. Publiczność, media i politycy reagują na obraz, a nie na to, kto i za ile go zamówił. Efekt może być odwrotny do zamierzonego: zamiast mobilizować przeciwko ekstremizmowi, wzmacnia go lub utrudnia odróżnienie realnych zagrożeń od teatrzyku.
Swart zakończył tekst jasno: on odmówił zainscenizowania fałszywego wiecu nazistowskiego. Ktoś inny, gdzieś indziej, może tego nie zrobić. W erze, w której zdjęcie z telefonu studenta w ciągu godzin staje się argumentem w krajowej debacie, pytanie o kontrolę nad znaczeniem obrazu przestaje być teoretyczne.





































































