Rozrywek w czasie okołoświątecznym i wczesno styczniowym mieliśmy pod dostatkiem, a koncentrowały się one głównie wokół różnorodnych obchodów osiemdziesiątej rocznicy urodzin Pana Męża. Dużą atrakcją okazała się rodzinna kolacja w wieczór sylwestrowy, spędzona w restauracji 360 na wieży Canadian National Tower ( CNT ). Ta wieża to najbardziej rozpoznawalny symbol Toronto – zbudowana w 1976 roku; mając 553 metry wysokości, do 2007 roku była najwyższą, wolnostojącą konstrukcją na świecie. Jest ona ważnym punktem orientacyjnym w mieście, kolorowo podświetlona zmienia swe barwy przy okazji świąt i różnych wydarzeń np. Dnia Kanady. Platformy na wysokości 346 i 447 metrów ( ze szklaną podłogą, tak że widać miasto pod stopami ) dają widok na całe Toronto i jezioro Ontario, a w słoneczny dzień aż na wodospad Niagara oddalony o 60 km w linii prostej, Sama obrotowa restauracja to elegancka, jasna sala z oknami od podłogi do sufitu, okręcająca się o 360 stopni w ciągu 72 minut – i wieczorem daje to możliwość oglądania morza świateł aż po horyzont. Cena podstawowa wlicza minimalną kwotę do wydania (150$ na osobę – w tym 3-daniowa kolacja z kieliszkiem szampana i wjazd na najwyższy punkt widokowy).
Tak więc nie trzeba brać mortgage na dom aby tam spędzić przyjemnie czas.
•••
W większym gronie podejmowaliśmy Dostojnego Jubilata na domowym przyjęciu koktajlowym. Tam też syn Maciek wygłosił laudację o swoim Ojcu:
“Marek Rybczyński – dla przyjaciół z lat młodzieńczych „Ryba” (choć zważywszy na kaliber jego dokonań, należałoby rzec: Gruba Ryba) – wzrastał wraz z dwoma braćmi w cieniu wojennej pożogi, najpierw w Łodzi, a później w Warszawie, gdy ta mozolnie wyłaniała się z gruzów. Uzbrojony w dyplom magistra geodezji i kartografii, całe swe dorosłe życie złożył w ofierze dwóm celom: Pracy oraz Rodzinie. Budowę tej ostatniej zainaugurował na początku lat siedemdziesiątych u boku Tuni, czego owocem stałem się ja, Maciek, a parę lat później – Anna.
Dzięki żelaznej konsekwencji, żyłce przedsiębiorcy oraz absolutnemu lekceważeniu barier językowych, Marek wytyczał szlaki na niemal wszystkich kontynentach. Pomiary dokonywane w dzikich ostępach Afryki i Ameryki Południowej przeplatał z precyzyjnym określeniem fundamentów nowoczesnej Europy i Ameryki Północnej. Podczas owych peregrynacji hołdował zasadzie nauki języków „w biegu”, co doprowadziło do stanu, w którym włada dwoma językami biegle, a dziesięcioma skandalicznie.
Gdy w 1981 roku mroki stanu wojennego i komunistyczny ucisk odcięły mu drogę do ojczyzny, Marek nie złożył broni. Przez cztery lata, wykazując się nie lada hartem ducha i zacięciem politycznym, wywierał presję na reżim, by umożliwić nam dołączenie do niego. Zwycięstwo przyszło w roku 1984, co stanowi ironiczny orwellowski, uśmiech losu.
Fundamentem egzystencji Marka było zawsze bezpieczeństwo bliskich. Nie poprzestał jednak na roli żywiciela, objawił się światu jako demiurg majsterkowania. Własnoręcznie remontował kolejne domostwa, wznosząc od podstaw dwie rezydencje letnie w Polsce oraz w Kanadzie. Żadne wyzwanie inżynieryjne nie oparło się jego determinacji, a koroną tych dokonań pozostaje legendarny, dwudziesto punktowy system sterowania oświetleniem w “Świerkowej“ na ontaryjskich Kaszubach.
Życie Marka to także nieustająca żegluga – od harcerskich przygód i uniwersyteckich regat na Morzu Północnym, po reanimację flotylli łodzi na kaszubskich jeziorach. Okręt flagowy tej marynarki, „Czarna Ryba”, został przez niego odrestaurowany z taką pieczołowitością, że Marek osobiście zasiadł do maszyny, by uszyć żagle. Dziś jego wnuczki – Renia, Della i Ceilidh – podnoszą na nim piracką banderę, samodzielnie zdobywając wody Wadsworth Lake i anektując kolejne brzegi na popołudniowe pikniki.
Ojciec nigdy nie stracił apetytu na wiedzę. Teatr, koncerty, lektury historyczne, informatyka – jego umysł nie uznaje spoczynku. Nawet na emeryturze pozostał najstarszym bodaj uczniem w systemie edukacji Toronto, nadrabiając zaległości w formalnej nauce angielskiego, na co wcześniej, w ferworze budowania świata, zwyczajnie brakowało mu czasu.
Przede wszystkim jednak Marek to niezłomny optymista, który przez życie idzie z charakterystycznym dla siebie humorem. To postawa godna podziwu u kogoś, kto w pamięci nosi pył powojennych ruin, obserwował narodziny Sputnika i lądowanie na Księżycu, a potem, z godnością godną mędrca, przeprowadzał rodzinę przez oceany i dekady zimnej wojny.
Dziś, gdy Marek wkracza w wiek osiemdziesięciu lat, życzymy mu spokoju i złotej jesieni w otoczeniu tych, których kocha. Wznosimy toast: „Sto dwadzieścia lat!” – bo tradycyjne „Sto lat” w jego przypadku brzmi niemal jak przedwczesna sugestia zakończenia tej wspaniałej odysei! ”
***
W trakcie porannego przeglądu prasy zelektryzowała mnie wiadomość podana w obszernym artykule na kanale CTV, opisująca przebieg aukcji dzieł sztuki należących do upadłej firmy Hudson-Bay Company (HBC). Dom Aukcyjny Heffel, prowadzący tę sprzedaż online, podał, iż najwyższą cenę $170K osiągnąl obraz Kuby Bryzgalskiego, przedstawiający dwóch wędrowców na rakietach śnieżnych, w pejzażu zamarzniętego śniegu i lodu. Na klapie plecaka jednego z nich umieszczone było logo HBC, co bardzo podbiło cenę obrazu; drugi obraz tego samego artysty – scena rodzajowa z rdzennymi mieszkańcami północy zgromadzonymi wokół faktorii handlowej skupującej futra osiągnął też niebagatelną cenę $150K. Jak dowiedziałam się z późniejszej rozmowy z Mistrzem Bryzgalskim w jego Goodview Studio, w 1998 roku sprzedał on kolekcję 30 obrazów firmie HBC za ułamek obecnej ceny jednego. Ot, dola artysty. a np. Van Gogh nie sprzedał za życia ani jednego obrazu!

HBC to kawał historii Kanady. Kompania założona została w 1670 roku dekretem króla Karola II w celu prowadzenia handlu na terenach wokół Zatoki Hudsona i poszukiwania drogi na północny zachód do Pacyfiku. Była monopolistą w handlu futrami na rozległych obszarach między Labradorem a Górami Skalistymi; w XX wieku przekształciła się w duży biznes detaliczny, mający sieć około 80 domów towarowych w całej Kanadzie. Problemy ze spadkiem sprzedaży i zadłużeniem doprowadziły do upadku firmy i likwidacji sklepów HBC. Spłata długów odbywa się między innymi przez sprzedaż zasobów artystycznych i historycznych, ponad 1700 dzieł sztuki i 2700 artefaktów.
Kuba Bryzgalski (1952-), rodem z Bydgoszczy, ukończył 5-cio letnie studia magisterskie na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku w 1985 roku. Był odrzucany przez Akademię 4 razy, a za 5 tym razem zaakceptowany jako wolny słuchacz bez uprawnień studenckich, bo ciągnęła się za nim opinia “niepewnego politycznie“ wystawiona przez sekretarza podstawowej organizacji partyjnej ( PZPR) przy pierwszym podejściu do egzaminów wstępnych. A wiadomo, że kultura to był pierwszy front walki ideologicznej w słusznie minionej epoce prl-u.
Kubę, wraz z żoną Mają i małym synkiem, poznaliśmy wkrótce po ich przyjeździe do Kanady w 1990 roku. Już w 1991 roku artysta pokazał swoje obrazy, po raz pierwszy w nowym kraju zamieszkania, na ad hoc urządzonej zbiorowej wystawie polskich plastyków w… Barry’s Bay! Było to na pierwszym i drugim – rok później – Festiwalu Polsko-Kaszubskim, zorganizowanym przez Polsko-Kanadyjskie Towarzystwo Medyczne, pod wodzą niezapomnianego doktora Kryńskiego.
Wśród wystawionych prac polskich artystów, oprócz obrazów Kuby, eksponowane były również abstrakty mocno już osadzonego na tutejszym rynku Jerzego Kołacza i rysunki Marka Ciężkiewicza, później wieloletniego ilustratora w gazecie “Globe and Mail“.
Wystawę urządziliśmy w gmachu opuszczonej i zaniedbanej dawnej stacji kolejowej w BB, w której obecnie mieści się informacja turystyczna i muzeum regionalne.
Samo miasteczko BB 35 lat temu to była mieścina, w której stanął czas – ubogie domki, mało sklepów i gastronomii, brak rozrywek dla miejscowych mieszkańców. Tak więc oba Festiwale Polsko-Kaszubskie cieszyły się wielkim zainteresowaniem; różnorodny ich program obejmował również koncerty (śpiewała Margaret Maye), był wieczór kabaretu z Ottawy, zawody sportowe i zabawa z kolacją w siedzibie Królewskiego Legionu Kanadyjskiego, na którą przybył nawet pluton żołnierzy z oddalonej o 80 km bazy wojskowej w Petawawa!
Od czasu pierwszej wystawy w BB rozmach w twórczości Kuby poszybował w stratosferę. Po zapoznaniu się z zarysami jego dokonań artystycznych na kubabryzgalski.com podjechaliśmy do jego studio – powspominać i porozmawiać o dniu dzisiejszym. W jego dotychczasowym dorobku znajduje się 886 obrazów, wiele z nich w rękach prywatnych oraz galeriach i muzeach w Polsce i w Kanadzie. Nic więc dziwnego, że Kuba jest cenionym członkiem Stowarzyszenia Kanadyjskich Artystów (SCA), wielokrotnie wystawianym w prowadzonej przez tę organizację Galerii 1313 Queen St. West, nagradzanym za wystawy indywidualne (18) i zbiorowe (40). W jego twórczości wyodrębnia się kilka dużych cykli tematycznych – n.p. olbrzymie murale wewnątrz sieci sklepów Loblaws, cykl z serii “Baletnice“ i “Anioły“, imponujący cykl monumentów z Wyspy Wielkanocnej, 28 portretów spikerów radia CBC – nieznane twarze znanych głosów i kolekcja pejzaży z miasteczek i dzikiej przyrody kanadyjskiej – woda, skały, drzewa, chmury..
W tym miejscu nieskromnie się pochwalę, że portret zamówiony przez Pana Męża na moje czterdzieste urodziny wyszedł właśnie spod pędzla Mistrza Bryzgalskiego! Sprzedażą dzieł Kuby B. zajmuje się w systemie on-line galeria Saatchi Art, można je również znaleźć w domu aukcyjnym Heffel.
Oboje państwo Bryzgalscy – z niesłychanym oddaniem i pasją oddają się pomocy starym, opuszczonym i chorym psom w ramach organizacji Paws Above Rescue i Team Dog Rescue, przyjmując je do swego domu i prowadząc rehabilitację podopiecznych do czasu znalezienia dla nich nowych domów w drodze adopcji. Prowadzą również czasową opiekę nad psami pozostawionymi na krótsze pobyty przez właścicieli wyjeżdżających np. na wakacje.
***
W tym roku na świątecznym stole do tradycyjnego menu wprowadziłam pewne zmiany, a jedną z nich było zastąpienie ryby “po grecku“ rybą “po hawajsku“- jest 10 razy smaczniejsza a na dodatek robi się ją expresem.
Ryba po hawajsku
Składniki: co najmniej ½ kg filetów z łososia lub innej ulubionej ryby, słoik czerwonej marynowanej papryki, puszka ananasa, 2 cebule, mała puszka koncentratu pomidorowego, 3 łyżki pikantnego ketchupu, sól, pieprz, szczypta chili. Podsmażyć pokrojoną drobno cebulę z kawałkami papryki i ananasa, dodać nieco soku z ananasa i pozostałe składniki, poddusić i przykryć tym słodko- kwaśno- pikantnym sosem usmażone filety.
Danie dobre i na zimno i na gorąco.
Tunia Rybczyńska




































































