„Zapora ogniowa” (czyli słynny Brandmauer), wymyślona w Niemczech przed laty, stała się politycznym dogmatem w grudniu 2021 roku. To wtedy jej ojciec chrzestny, lider chadecji Friedrich Merz, buńczucznie ogłosił: „Ze mną na czele powstanie zapora ogniowa wobec AfD”. Żadnych rozmów, żadnych paktów, żadnego wspólnego głosowania z prawicą.

Przyjrzyjmy się jednak fascynującemu zjawisku: dlaczego w Brukseli ta zapora właśnie upada, a w Berlinie wciąż twardo stoi?

Różnica wynika z natury systemów politycznych. Bruksela i Strasburg rządzą się zupełnie innymi prawami niż parlamenty krajowe – tam nie ma klasycznej, sztywnej koalicji rządzącej. Liczy się czysty pragmatyzm i przepychanie konkretnego prawa łokciami, czyli bezwzględna Realpolitik. Ponadto dla zagranicznych partii tworzących Europejską Partię Ludową – polityków z Hiszpanii, Włoch czy Skandynawii – niemiecka obsesja na punkcie AfD jest całkowicie niezrozumiała. Oni na co dzień współpracują u siebie na podwórku z partiami prawicowymi i nie widzą najmniejszego powodu, by dla świętego spokoju Berlina rezygnować z przeforsowania konserwatywnych ustaw.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Berlin trzyma się zapory kurczowo, głównie z powodów wizerunkowych. Żadna mainstreamowa partia nad Renem czy Szprewą nie chce być oskarżona o „torowanie drogi skrajnej prawicy do władzy”. Jednak brukselski upadek tej ściany pokazuje, że ten mur z kartonu już dawno zaczął się walić.

Kluczem do zrozumienia tego teatru jest sprawa migracji. Jak widać – i ona się na coś przydała… Okazało się bowiem, że europejska debata na ten temat to podręcznikowy przykład politycznej hipokryzji.

W Berlinie politycy głównego nurtu, z chadecką CDU na czele, zakładają białe rękawiczki. Przekonują niemieckiego wyborcę, że z prawicowymi partiami antysystemowymi nie wolno nawet usiąść przy jednym stole. Twierdzą, że każda próba rozmowy z nimi o nielegalnej imigracji to „zdrada wartości demokratycznych”. Budują wysoki, moralny mur.

A teraz lećmy do Brukseli i Strasburga. Co tam widzimy? Ten sam chadecki establishment, zrzeszony w potężnej Europejskiej Partii Ludowej pod wodzą bawarskiego polityka Manfreda Webera (znanego nam z wrogiej postawy wobec polskiej prawicy), demontuje ten mur cegła po cegle. Dlaczego? Bo chadecy zorientowali się, że bez głosów prawicy nie są w stanie utrzymać swoich stołków – ani zatrzymać migracyjnego chaosu.

W Parlamencie Europejskim dochodzi właśnie do serii przełomowych, niemal rewolucyjnych wydarzeń, o których niemieckie media dziwnie milczą. Pod wodzą chadeków uformowała się nowa, nieoficjalna megakoalicja – sojusz z całą europejską prawicą, w tym z konserwatystami i patriotami, a w kluczowych głosowaniach nawet z politykami z AfD.

Lewica w Parlamencie Europejskim krzyczy na to z oburzenia: „Hańba!”. W tym samym czasie posłowie prawicy po wygranych głosowaniach klaszczą i skandują na sali plenarnej: „Send them back!”, czyli: „Odesłać migrantów z powrotem!”.

A ramię w ramię z nimi stoją… niemieccy chadecy. I w tym samym momencie, drodzy Czytelnicy, w tej samej unijnej sali, tuż obok wiwatującej prawicy, z rękami uniesionymi w geście triumfu stoją posłowie z Berlina. Ci sami, którzy w niemieckich mediach mdleją na samą myśl o współpracy z konserwatystami. Ale o tym w kraju – pssst! Nie podawać do publicznej wiadomości. Gdy kurtyna opada, brukselski pragmatyzm brutalnie weryfikuje berlińską poprawność polityczną. A więc niemiecka, butna klasa polityczna sama zapędziła się w kozi róg.

Morał z tej unijnej bajki jest krótki: moralność w polityce kończy się tam, gdzie zaczyna się strach przed utratą gaży i władzy. Gdy grunt pali się pod nogami, berlińska duma ląduje w brukselskim koszu na śmieci. Maski opadły. Pytanie, jak długo jeszcze wyborcy dadzą się karmić tą iluzją?

Maria Legieć