W koszmarnych czasach przedwojennych niemiecka reżyserka filmowa Leni Riefenstahl nakręciła film pod tytułem „Triumf woli” o Parteitagu w Norymberdze. Chodziło oczywiście o wolę Adolfa Hitlera, która tam właśnie zatriumfowała, a Leni Riefenstahl pokazała to w sposób tak przekonujący, że może stanowić on wzór do naśladowania dla wszystkich, którzy teraz i w przeszłości – o ile oczywiście zbrodniczy koronawirus podaruje nam jakąś przyszłość,  będą chcieli pokazywać kolejne triumfy woli.

 

A tak się składa, że już za niecałe półtora miesiąca będziemy mogli taki triumf woli nie tylko obserwować w czasie rzeczywistym, ale  nawet w nim uczestniczyć – o ile oczywiście zbrodniczy koronawirus nam pozwoli. Tym razem nie chodzi o jakiś tam Parteitag, tylko o coś znacznie ważniejszego, a mianowicie – o wybory prezydenckie, których niekwestionowanym zwycięzcą będzie urzędujący obecnie pan prezydent Andrzej Duda.

„Kiedyś sobie ubogi suchotnik zamarzył. Padły państwa  olbrzymie, aby tak się stało” – napisał Jan Lechoń na koniec wiersza z okazji pogrzebu Juliusza Słowackiego na Wawelu – tam, gdzie pochowany jest również pan prezydent Lech Kaczyński. Okazuje się,  że – co prawda z pewnym opóźnieniem – zatriumfować może już nawet nie wola, tylko zwyczajne marzenie i to w dodatku – ubogiego suchotnika. Cóż dopiero, gdy chodzi o wolę wyrażoną przez Naczelnika Państwa, czyli pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Postanowił on, ze bez względu na epidemię zbrodniczego koronawirusa, wybory prezydenckie odbędą się w zaplanowanym wcześniej terminie, czyli 10 maja.

 

Woli prezesa Jarosława Kaczyńskiego podporządkował się oczywiście klub parlamentarny Zjednoczonej Prawicy,  co powinno skłonić nas,  a zwłaszcza – uczonych politologów –  do nowego spojrzenia na parlamentaryzm. W szczególności chodzi o wyważenie wpływu jednostki na kolektyw. Nie jest to zresztą bynajmniej jakiś przypadek bez precedensu. Jednym z takich precedensów był casus wybitnego klasyka demokracji Józefa Stalina. Przemawiając jako kandydat do Rady Najwyższej ZSRR w I Stalinowskim Okręgu Wyborczym Miasta Moskwy, wypowiedział te  spiżowe słowa, że „nigdy i nigdzie nie było takiej demokracji, jak nasza.” I aż do dnia dzisiejszego nie znalazł się nikt, kto by odmówił trafności temu spostrzeżeniu.

Właśnie dlatego możemy z pełnym przekonaniem mówić o wyższości liturgii demokratycznych nawet nad liturgiami liturgicznymi. Okazało się bowiem, że  liturgiach liturgicznych udział publiczności nie wcale nie jest obowiązkowy, że możemy brać w nich udział za pośrednictwem telewizji, podobnie jak w przypadku Festiwalu Piosenki w Opolu, podczas gdy udział obywateli w liturgiach demokratycznych jest konieczny. Wprawdzie nie zgadzają się z tym poglądem kandydaci ugrupowań politycznych, o których już teraz wiadomo, że – jak to wyrazili prezenterzy rządowej telewizji – nie mają w tych wyborach „żadnych szans” – ale w dodatku popierani są przez ciemne siły, nie tylko obojętne na zdrowie Polaków, ale w dodatku próbujące sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów, który śpieszy Polakom na ratunek.

Właściwie nie bardzo wiadomo, dlaczego prastara polska ziemia jeszcze nosi na swoim grzbiecie takich wyrodków, ale nie jest to jedyna tajemnica,  wiążąca się z nadchodzącymi nieubłaganie wyborami. Na przykład, skoro już dzisiaj wiadomo, że pozostali kandydaci „nie mają szans”, po co zadawać sobie tyle trudu z organizowaniem wyborów? Czyż nie byłoby prościej, a przede wszystkim – bezpieczniej i taniej – gdyby Ten Który Wie, że poza prezydentem Andrzejem Dudą żaden kandydat nie ma szans, po prostu nie wyznaczył pana prezydenta na następną kadencję? Tak czy owak – sierżant Nowak – jak mówiło  się za moich czasów w kołach wojskowych, więc w ostatniej instancji liczyłoby się przecież to, że pan prezydent Andrzej Duda został prezydentem na następną kadencję, a w jaki sposób to się stało – to sprawa drugorzędna tym bardziej, że taka sytuacja też byłaby dowodem triumfu woli, może nawet jeszcze większego, niż doprowadzenie do wyborów prezydenckich 10 maja.

Inna sprawa, że natężenie antywyborczej propagandy  ze strony ciemnych sił, którym nie zależy na zdrowiu i pomyślności Polaków było tak wielkie, że wywołało rezonans nawet w niektórych środowiskach tworzących obóz „dobrej zmiany”.

Wicepremier Jarosław Gowin, przywódca frakcji dysponującej w Sejmie aż 18 mandatami, publicznie wyrażał wątpliwość, co do konieczności przeprowadzenia wyborów 10 maja. Co więcej – nawet sam pan prezydent Andrzej Duda zaczął sprawiać wrażenie, jakby się wahał – ale na szczęście czyjaś inna wola musiała postawić go do pionu, bo trochę się jąkając, powiedział jednak do telewizyjnej kamery, że skoro można pójść do sklepu, to tym bardziej można pójść na wybory. Na tym przykładzie też widać triumf woli – chociaż nie chodziło tutaj o wolę pana prezydenta, tylko kogoś zupełnie innego, który wcześniej pana Andrzeja Dudę na prezydenta wynalazł.

 

Ciekawe, że ten przykład musiał podziałać zaraźliwie nawet na osoby uczestniczące w obozie zdrady i zaprzaństwa. Mam oczywiście na myśli posągową panią Małgorzatę Kidawę-Błońską, która przez swój nikczemny obóz została wystawiona w charakterze kandydata namiastkowego.

Otóż posągowa pani Małgorzata zaapelowała do kandydatów pozbawionych wszelkich szans, by zbojkotowali wybory, podobnie jak ona sama, która odtąd nie będzie już prowadziła żadnej kampanii, tyko koncentrowała się na obowiązkach poselskich. Z uwagi na ten zatwierdzony brak jakichkolwiek szans, apel posagowej pani Małgorzaty wyglądał na pierwszy rzut oka na „kwaśne winogrona”, ale to może być tylko pozór, bo bojkot wyborów oznaczałby utorowanie panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie drogi do bezapelacyjnego zwycięstwa na poziomie 100 procent już w pierwszej turze. Rzecz w tym, że kodeks wyborczy nie przewiduje żadnego minimum frekwencyjnego dla ważności wyborów, więc gdyby do głosowania poszedł tylko pan prezydent z małżonką, to wybory byłyby ważne.

Ponieważ jednak żaden z pozbawionych jakichkolwiek szans kandydatów nie wyraził gotowości przyłączenia się do bojkotu, to i posągowa pani Małgorzata, nie wykazując żadnych znamion konfuzji wyjaśniła, że z wyborów prezydenckich wcale się nie wycofuje. Czy sama to sobie wykombinowała, czy to też był triumf woli Kogoś Innego, kto obsztorcował ją w krótkich, żołnierskich słowach: „co jest, ropucho? Kto ci pozwolił w ten sposób się miksować?”

Jak widać, wola triumfuje w obydwu obozach, co jest jeszcze jedną ilustracją sytuacji, że w sprawach istotnych dla państwa obydwa obozy zachowują się identycznie.

Okazało się właśnie, ze triumfująca wola może być elastyczna. O ile pierwotnie była nakierowana na osobisty udział w głosowaniu – czyniąc wyjątek dla obywateli po ukończeniu 60 roku życia, którzy mogliby głosować korespondencyjnie, albo jeszcze lepiej – przez pełnomocnika, to wobec mnożących się wątpliwości, wysuwanych przez kandydatów pozbawionych jakichkolwiek szans i ich otoczenia, wola nieco się zmodyfikowała, dopuszczając korespondencyjne głosowanie dla wszystkich.

Projekt takiej ustawy ma być właśnie skierowany do Sejmu, który oczywiście go przyjmie, a to będzie jeszcze jednym dowodem na triumf woli.

       Stanisław Michalkiewicz