Kiedy 1 marca tego roku, w Święto Żołnierzy Niezłomnych, zwanych także Wyklętymi”, obejrzałem w TVP po raz drugi film „Wyklęty”, stanął mi przed oczyma Pan Jacek Łukasik, który już tego Święta nie doczekał, ale któremu tak naprawdę zawdzięczamy bogatą wiedzę o Żołnierzach Wyklętych. Ponieważ jednym z nich był jego bliski krewny, Stanisław Łukasik – „Ryś”, więc Jacek Łukasik niestrudzenie organizował z tej racji wiele ciekawych spotkań, jak chociażby z prof. Szwagrzykiem, prowadzącym badania i ekshumacje m. in. w Gdańsku, kiedy to udało się odnaleźć zamordowaną i rzuconą do byle jakiego dołu łączniczkę Łupaszki, Inkę, którą Orunia uczciła pomnikowym popiersiem, czy na warszawskiej „Łączce”, gdzie odnaleziono wielu pomordowanych przez komunistycznych katów AK-owców.
W wydanej ostatnio książce „Kwatera Ł. Wolność jest kuloodporna” (2018) opowiedział o tych zbrodniach Jarosław Wróblewski, korzystając ze słów wolontariuszy, pomagających prof. Szwagrzykowi w Warszawie w wydobywaniu z dołów niepamięci akowców zabijanych katyńską metodą, i torturowanych niejednokrotnie gorzej niż czynili to okupanci.

„Przywozili ich bezpośrednio po aresztowaniu lub już po wstepnych przesłuchaniach gdziez w kazamatach Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego. Oszołomieni, zastraszeni, pobici, często ranni, trafiali do małych zatłoczonych cel X Pawilonu, gdzie czekali na swoją kolej. Przesłuchania te odbywały się albo na ostatnim piętrze „dziesiątki” lub w piekielnym Pawilonie Śledczym, prze więźniów nazwanym „Pałcem Cudów”. Bicie, zrywanie paznokci, sadzanie na nodze odwróconego stołka, wielodniowe (nie wielogodzinne) przesłuchania, trzymanie w „ciemnicy”, w karcerach, w których stali nago we własnych odchodach i odchodach poprzedników. Kobiety torturowano drutem kolczastym i szczotką do mycia toalet. To tylko niektóre barbarzyńskie metody stosowane przez bandytów z UB, aby wymusić zeznania. Kiedy już się to dokonało, następował proces, który bardziej przypominał teatr z dobrze wyuczonymi przez aktorów rolami. Tylko wyroki były prawdziwe. Dla blisko 400 z nich zycie zakończyło się strzałem w tył głowy pod murem za kotłownią w piwnicy „Pałacu Cudów”, w „Białym Domku” na tyłach X Pawilonu (…) Ciała wywozili i zakopywali w bezimiennych dołach śmierci, m. in. na cmentarzach przy ul. Wałbrzyskiej, przy kościele św. Katarzyny, na powązkowskiej „Łączce”.

Tak działo się po wojnie w całej Polsce a także na Pomorzu, o czym już kiedyś pisano, dając zdjęcia piwnic ubeckiej katowni chociażby w Kościerzynie, którą potem zasiedlono, ale ostały się cele z judaszami i wydrapanymi przez więzionych Kaszubów na ścianach napisami. Ponieważ ten dom od pewnego czasu zaczął „komuś” przeszkadzać, więc dwukrotnie próbowano go podpalić, a teraz straszy w środku miasta spalonym dachem i swą ruiną.
To jednak tylko gwoli wtrącenia, natomiast tym razem bliska temu wszystkiemu okazuje się korespondencja prowadzona przeze mnie w latach 1990-1993 z mieszkającym na Mazurach autorem ciekawych prozatorskich utworów, z których kilka mniejszych przed laty udało mu się wydać, a potem zamierzał opublikować dokumentarną powieść, dziejącą się w gdańskim Straszynie w pierwszych miesiącach po wojnie. Ponieważ przed blisko trzydziestu latu przygotowywałem ją do druku, więc cokolwiek z jej treści ostało się w pamięci, ale ponieważ odesłałem jej rękopis i gotowy do druku maszynopis, więc poza wspomnieniem na moich półkach nic z niej nie zostało. A potem były inne prace i czas pozwolił o tym zapomnieć. Dopiero niedawno, porządkując korespondencję, natrafiłem na listy autora tej powieści. Oddając się więc ich lekturze, warto wedle nich opowiedzieć o ich nadawcy, który obecnie miałby sto cztery lata.

Urodził się w roku 1916. Potem była nauka i wojsko, do którego wstąpił na ochotnika. Kiedy znudziła się służba w piechocie, zgłosił się do lotnictwa i odpowiednio wyszkolony trafił do lotniczego pułku w Poznaniu. Podczas wojny oczywiście walczył z Niemcami. Podobnie jak wielu naszych żołnierzy, dostał się do niewoli, ale uciekł z transportu i wrócił do domu. Wkrótce się ożenił i w pierwszych latach okupacji imał się różnych prac. Trafił jednak do konspiracyjnej podchorążówki Armii Krajowej, gdzie m. in. zorganizował pluton do zadań specjalnych, szkolił młodszych dowódców, organizował produkcję sidolówek (granatów), zdobywania broni czy napadów na niemieckie instytucje, a także unieszkodliwianie zdrajców, kolaborantów i Niemców.

Oczywiście, jako AK-owiec po wojnie nie mógł mieć spokoju. Ponieważ co raz ub (niegodne to miano dla nazwy własnej i dlatego świadomie piszę je małą literą) przeprowadzało w domu rewizje, więc uciekł do Gdańska, konkretnie do Straszyna, gdzie polecono mu uruchomić tamtejszą elektrownię. I o tym właśnie opowiadał w swej powieści, której treści nie trzeba wyprzedzać, bo może uda się ją wreszcie wydać. Wszak jak najbardziej na to zasługuje, i to tym bardziej, że „jest niczym innym, jak wspomnieniem”. Powinna wobec tego zainteresować nie tylko mieszkających w Straszynie, ale także w Pruszczu Gdańskim czy w Gdańsku.

Zanim jednak ta powieść o tytule „W dolinie Raduni” się ukaże, trzeba wiedzieć, że zanim jej autor ukrył się w Straszynie, wpierw przesiedział dwa lata na Zamku w Lublinie i cudem udało mu się w ostatniej chwili uniknąć kary śmierci. Zanim jednak otrzymał ten wyrok, doznał okropnych tortur, których nie powinno się przemilczeć, bo właśnie temu służy ten artykuł:

„W więzieniu na Zamku w Lublinie (lipiec 1946 –marzec 1947) prowadzący śledztwo mjr Piatkowski wypróbowując na mnie aparat elektryczny swojej roboty omal mnie nie zabił. On był jednak zadowolony, ale dalsze badanie przekazał mniej doświadczonemu w energetyce, ale za to w wodociągach.

Na plecach leżącemu wiązano do kija ręce i kneblowano usta, następnie odwracano brzuchem do góry. Po zakneblowaniu, z czajnika przez nos wlewano wodę. Gdy już zaczynałem tracić przytomność, naciskano butem na brzuch, powodując małą fontannę. Po godzinnym odpoczynku wracałem pod celę.

Szczytem pomysłowości było przedstawienie teatralne pełnych jasełek, na którego pozwolenie dał sam naczelnik więzienia i zaszczycił oglądaniem. Grałem wtedy rolę diabła. Po zakończeniu (godz. 20.00) i po burzy oklasków w nagrodę naczelnik kazał wystąpić dwunastu organizatorom i rozebrać się do naga, a następnie zaprowadzono nas do ustępu. Więzienie wówczas nie posiadało jeszcze szyb i cele zasypywał śnieg. Pamiętam, był suchy i sypki i zsuwał się gładko po naszych ciałach. Powoli opadaliśmy z sił. O ósmej rano korytarzowi roznieśli sztywne ciała do każdej celi. Sześciu zamarzło w ustępach, dalszych trzech następnego dnia, nas trzech pozostałych przy pomocy posiadanych środków ocaliła pomoc fachowa lekarzy pod celą”.

Można sądzić, że takie tortury stosowano tylko w powojennych, stalinowskich czasach, ale to nieprawda. Tak samo torturowali komunistyczni sb-ecy (celowo piszę podobnie jak ub małą literą) w czasach Solidarności, i to zarówno dorosłych, jak młodzież. Najlepszym tego przykładem najmłodsza ofiara stanu wojennego, szesnastoletni Emil Barchański, uczeń Liceum Mikołaja Reja, który z kolegami oblał w 1982 roku farbą i benzyną, a potem podpalił pomnik Feliksa Dzierżyńskiego. Złapany przez bezpiekę był bity i torturowany, i „zginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach 3 czerwca 1982 roku”. Jako że swoje przeżycia opisał w pamiętniku, który zamieszczono w magazynie „w Sieci Historii” (nr 3-4, 2020), więc porównując je z tamtymi, okazują się podobne:

„To pałac Mostowskich. Wjeżdżamy na podwórze. Długie korytarze, co metr drzwi. Klosz wiszący na ścianie informuje: „Nie wchodzić. Przesłuchanie”. Przy końcu korytarza jakaś wnęka, w niej drzwi. Pierwszy pokój… W drugim pod wpływem silnego kopnięcia osuwam się wzdłuż ściany na podłogę. Przede mną stoi sześciu drabów, każdy pod krawatem, łapy jak moja twarz, metr osiemdziesiąt wzrostu. „Uciekł skurwiel!”. „A to.. jego mać!”. Bili jak popadło. Każdy z nich chciał uderzyć, kopali, bili po twarzy, w żołądek (…) W śmiechu nagle któryś wpadał w szał i bił, aż upadnę. W twarz nie kopali: „To zostawia ślady”.

Do bardzo metodycznych sposobów bicia należy pałowanie po piętach. Szczegółowo później. Wkładali palce między drzwi. Straszyli włożeniem j jąder w szufladę; borowaniem zęba, ale nie tak jak stomatolog, lecz tuż przy nerwie przednich zębów; łamaniem rąk i jakąś „japońską metodą” (…) Bili pałką po dłoniach i kolanach, straszyli zgaszeniem papierosa na powiece itp.”.

Czy można wobec tego się spodziewać, że z takiej kaźni mógł ujść żywym? Nie miał tyle szczęścia, co nasz bohater i ślad po nim zaginął. Gdyby jednak udało się Emilowi Barchańskiemu przeżyć, to mógłby z niego wyrosnąć podobnie niezgorszy pisarz, jak jego poprzednik, autor powieści „W dolinie Raduni”, którym mieszkający onegdaj na Mazurach, Wiesław Altmajer. Oczywiście na jej edycję trzeba będzie jeszcze poczekać. Zresztą jeżeli udało się po trzydziestu latach tę powieść odnaleźć, to cóż znaczy tych kilka lat oczekiwania.

Jeżeli trzeba tu powiedzieć coś jeszcze, to chyba tylko to, że niczym nie różniły się tamte powojenne tortury od tych sprzed czterdziestu lat. Dlaczego? To oczywiście już pytanie retoryczne. Zapomnieć tego jednak nie można. Niemniej trzeba tu dopowiedzieć, że po roku 1989 niezupełnie inwigilacja podejrzanych ongiś osób się skończyło.

Dowodem tego zaginiony rękopis wspomnianej powieści „W dolinie Raduni”. Wysłałem go do adresata razem z maszynopisem 22 grudnia 1992, a dotarł na miejsce, w okolice Olsztyna dopiero 7 kwietnia 1993. Dowiedziałem się o tym, kiedy tego samego dnia adresat wysłał do mnie list, w którym podawał, że co prawda maszynopis powieści otrzymał, ale bez rękopisu.
Wtenczas niespecjalnie się nad tym zastanawiałem, wierząc, że zmiana ustroju przekreśliła na zawsze cenzurę i przeglądanie korespondencji już się skończyło. Musiało być jednak inaczej, jeżeli kogoś tak bardzo zainteresował rękopis tej powieści, że do jej autora nie dotarł. Pewnie korespondujący ze mną pisarz nadal budził zainteresowanie, i to zapewne tej samej osoby, która go inwigilowała w poprzednim ustroju, a potem pewnie nadal na poczcie przeglądała korespondencję, mając takie służbowe zadanie.
Natomiast dlatego w tymże „nowym ustroju” moim korespondentem nadal się interesowano, bo wiedziano, że jako AK-owca więziono go nie tylko w latach 1946-1947 na Zamku w Lublinie, ale także potem w latach 1953-1954 w Olsztynie.
Tak więc chociaż komuniści po 1989 roku przestali już rządzić, to nadal wielu z nich zajmowało swoje stanowiska, postępując jak dawniej, czego zda się dowodzić zaginiony w pierwszych miesiącach roku 1993 rękopis powieści Wiesława Altmajera „W dolinie Raduni”.

Tadeusz Linkne