W mia­rę zbli­ża­nia się gości, zdjął sze­ro­kim, sta­ro­świec­kim ruchem kape­lusz i trzy­mał go przy piersi.

Pani Dornic­ka wycią­gnę­ła rękę, a pan Ull­man uści­snął ją z usza­no­wa­niem, ale bez poca­łun­ku. Pra­ła­to­wi nato­miast podał obie ręce i ujął za łokieć tak jak to się cza­sem robi pomię­dzy przyjaciółmi.

-Bar­dzo mi miło dro­dzy pań­stwo! Bar­dzo! Pro­szę, pro­szę spocząć.

I zapra­sza­ją­cym ruchem wska­zał wiel­kie wikli­no­we krze­sła. Usie­dli z przy­jem­no­ścią. Pro­boszcz Noga aż jęk­nął z ulgą.

-Co lata, to lata dro­gi panie Wik­to­rze! Niby nie­da­le­ko, ale kości już nie te co kie­dyś! Zmę­czy­łem się set­nie — sapnął.

Ull­man uśmiech­nął się ze zro­zu­mie­niem i kiw­nął ręką na Józia Nie­mo­wę, któ­ry aku­rat pod­cho­dził od furtki.

Po chwi­li na sto­li­ku sta­nął wiel­ki dzban z  sokiem mali­no­wym i trzy gru­bo rżnię­te szklan­ki na nóż­kach. Ull­man nalał i usiadł jak­by cze­ka­jąc żeby goście zaczę­li rozmowę.

Pani Dornic­ka roz­glą­da­ła się bar­dzo dys­kret­nie. Sze­ro­ka weran­da cią­gnę­ła się wzdłuż domu, ale nie moż­na było powie­dzieć, czy go ota­cza­ła, bo tego nie było widać. Sam dom był solid­ny i chy­ba bar­dzo obszer­ny, bo dłu­gi front o tym świadczył.

Na weran­dzie, pod dachem wisia­ły wiąz­ki kuku­ry­dzy i maku, a na balu­stra­dzie, rów­nym rzę­dem sta­ły wiel­kie melo­ny — nie­któ­re zło­te, cał­kiem doj­rza­łe, a inne jesz­cze zie­lon­ka­we. Wśród nich, wto­pio­ne w to melo­nie tło, sie­dzia­ły dwa koty.

W pew­nej odle­gło­ści widać było ścia­nę sto­do­ły, czy jakie­goś inne­go budyn­ku gospo­dar­cze­go, któ­re­go cała sło­necz­na stro­na obwie­szo­na była liść­mi bakonu.

Aku­rat ten widok był dość powszech­ny  na Pogó­rzu, bo bakon, czy jak nie­któ­rzy mówi­li tytoń, lubił pod­kar­pac­kie cie­pło i wie­lu go upra­wia­ło. Wysu­szo­ne liście odno­szo­no do sku­pu w mia­stecz­ku, gdzie pan Saren­ka oce­niał jakość i wypła­cał należ­ność według pań­stwo­wych taryf.

Z odrzu­co­nych przez nie­go, gor­szej jako­ści, liści chło­pi robi­li mie­szan­ki do wła­sne­go użytku.

Tak­że i teraz gospo­darz domu pod­su­nął księ­dzu pudeł­ko z papie­ro­sa­mi wła­snej roboty.

-Panie Wik­to­rze — zaczął pra­łat — wiel­ka tro­ska spro­wa­dza nas do pana…

I w paru sło­wach opo­wie­dział o aresz­to­wa­niu, o nadziei na pomoc i w ogó­le dra­ma­cie bied­nej pani Dornickiej.

Ull­man sie­dział nie prze­ry­wa­jąc, a nawet wte­dy gdy ksiądz skoń­czył, przez dłuż­szą chwi­lę milczał.

Pani Dornic­ka cze­ka­ła w natę­żo­nym napięciu.

-Co powie — myśla­ła — co powie?

A Wik­tor Ull­man, po chwi­li mil­cze­nia powie­dział zde­cy­do­wa­nym głosem:

-Pani mąż wró­ci. Niebawem.

Na twa­rzy pani Dornic­kiej poja­wi­ły się wypieki.

-Pan­no Jazło­wiec­ka! Kie­dy? Kiedy?

A Ull­man popa­trzył na nią przenikliwie.

-Nie­ba­wem, sza­now­na pani. Pro­szę być spo­koj­ną. Mąż wróci.

-Ale kie­dy? Kie­dy?! Jej głos zała­mał się nagle i po policz­kach popły­nę­ły łzy.

Widząc to Wik­tor Ull­man nachy­lił się ku niej i ujmu­jąc jej rękę powie­dział z naciskiem:

-Pro­szę zaufać Bogu. On nigdy nie doświad­cza ponad nasze siły.

I w tym momen­cie na panią Dornic­ką spły­nął dziw­ny spo­kój. Mia­ła wra­że­nie, że zupeł­nie nie­po­trzeb­nie się mar­twi­ła, i że mąż na pew­no wró­ci, a może nawet już na nią czeka.

Wiel­ki, nie­wi­dzial­ny cię­żar zsu­nął się z jej ramion.

Nagle, zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nie, poczu­ła dziw­ną wia­rę w moc opie­ki tego obce­go prze­cież czło­wie­ka. Tak jak kie­dyś przy­gar­nię­ci przez nie­go pogo­rzel­cy, tak teraz i ona poczu­ła się bez­piecz­nie i lek­ko. Uwie­rzy­ła, że sta­nie się tak jak mówi.

Tu, w enkla­wie spo­ko­ju i ciszy, spły­nę­ło na nią  upra­gnio­ne  odprę­że­nie i spo­kój. Tak jak w klasz­to­rze, albo pustel­ni, któ­ra odgra­dza od zgieł­ku codzien­ne­go życia i pozwa­la zasta­no­wić się nad tym co napraw­dę ważne.

Jak­żeż ten cichy, spo­koj­ny czło­wiek był inny od jej wie­lu zna­jo­mych, któ­rzy na prze­strze­ni lat bywa­li w dorniew­skim dwo­rze — myślała.

W jego obec­no­ści, mia­ła wra­że­nie, że jest pod prze­moż­ną opie­ką i wszyst­ko  co się dzie­je — z aresz­to­wa­niem męża włącz­nie — mie­ści się w z góry zało­żo­nym pla­nie. To było coś cze­go nigdy wcze­śniej nie doświad­czy­ła, a teraz uświa­do­mi­ła sobie, jak bar­dzo tego potrzebowała.

A pan Ull­man wró­cił do poprzed­niej pozy­cji, zapa­lił świe­że­go papie­ro­sa i  jak­by chcąc roz­ła­do­wać napię­cie, zaczął mówić:

-Może pań­stwo wie­cie, że parę tygo­dni  Gomuł­kę odsu­nię­to od władzy?

-Gomuł­kę? – wykrzyk­nął ksiądz – a skąd­że ta wia­do­mość? Z tego by wyni­ka­ło, że wil­ki zagry­za­ją się już wzajemnie!

-To kto teraz będzie wodzem komu­ni­stów? Patrz­cie pań­stwo —  Gomuł­ka w nie­ła­sce! Kto by pomy­ślał? – sta­ry ksiądz nie mógł się uspokoić.

-Co teraz będzie, dro­gi panie Wik­to­rze? Co za cza­sy! Skąd te wia­do­mo­ści jeśli wol­no spytać?

-Słu­cham ber­liń­skie­go radia. Tam teraz wrze, bo Rosja­nie zablo­ko­wa­li mia­sto i teraz Ame­ry­ka­nie całą pomoc z Zacho­du prze­wo­żą samo­lo­ta­mi.  Radio cały czas poda­je wia­do­mo­ści i wyglą­da na to, że są dobrze poinformowani.

-No to co teraz będzie panie Wik­to­rze? Co będzie?

-Wyglą­da na to, że będzie tyl­ko jed­na par­tia. Na razie Bie­rut gra pierw­sze skrzyp­ce. On, Ber­man i Minc. Socja­li­ści już nic nie zna­czą. PPR wchło­nie ich i będzie dyktatura.

-W każ­dym razie lepiej nie będzie. Mie­li­śmy już przy­kład z Rosji, kie­dy w 917-tym bol­sze­wi­cy prze­ję­li całą wła­dzę. Stąd też wno­szę, że idzie ostry kurs i kto wie, może  aresz­to­wa­nie pana Dornic­kie­go jakoś się z tym wiąże.

Pani Dornic­ka i ksiądz patrzy­li na swo­je­go gospo­da­rza zdu­mie­ni tak dłu­gą prze­mo­wą. A Ull­man mówił dalej.

- Znam ich, dro­dzy pań­stwo, jak zły sze­ląg i to nie­mal od  same­go począt­ku kie­dy jesz­cze nic nie zna­czy­li. Jesz­cze w 1895 widzia­łem w Szwaj­ca­rii tego ich  Leni­na. Już wte­dy czu­ło się, że to  awan­tur­nik i anar­chi­sta. W tam­tym cza­sie był nikim, bo pierw­sze skrzyp­ce grał jakiś Ple­cha­now, ale mimo to ambi­cje miał nie­po­skro­mio­ne.  Byłem mło­dym czło­wie­kiem, ale czu­łem, że ta cała awan­tu­ra pach­nie krwią.

-W Szwaj­ca­rii? Sądzi­łam, że pan jest Niem­cem – wtrą­ci­ła pani Dornicka.

- Szwaj­ca­rem, łaska­wa pani. Moja rodzi­na pocho­dzi z Schaf­fhau­sen. Ale mam pol­skie ser­ce – dodał z uśmie­chem. Tu się wycho­wa­łem i spę­dzi­łem całe życie.

-Nie­chżeż pan powie coś wię­cej — pro­si­ła odprę­żo­na już pani Dornic­ka. Ull­man zwró­cił na nią pyta­ją­cy wzrok.

-O tym spo­tka­niu z Leni­nem — doda­ła tro­chę zmie­sza­na, bo w ostat­niej chwi­li zorien­to­wa­ła się, że chce zadać zbyt oso­bi­ste pytanie.

-A, o tym… To był tyl­ko epi­zod — sza­now­na pani — epi­zod. Może nawet nie­war­ty wspo­mnie­nia.  Odwie­dzi­łem pod­ów­czas Szwaj­ca­rię, bo musia­łem  poza­my­kać róż­ne ojco­we inte­re­sa i wła­śnie wte­dy spo­tka­łem  tego przy­szłe­go wodza komu­ni­stów i paru innych z jego towa­rzy­stwa. Cał­kiem przy­pad­ko­wo, ma się rozu­mieć, ale spę­dzi­łem z nimi wie­czór na dys­ku­sjach. Pozna­łem ich poglą­dy i nasta­wie­nie. I nie mogę powie­dzieć, żebym się z nimi cał­kiem nie zga­dzał, ale to wszyst­ko było dla mnie obce. Pra­wie uto­pij­ne. Póź­niej­sza rze­czy­wi­stość oka­za­ła się krwa­wą kary­ka­tu­rą tego co wte­dy opowiadali.

-A jak to się sta­ło, że pań­ski ojciec osie­dlił się w tutej­szych stro­nach — pyta­ła ośmie­lo­na pani Dornicka.

Chcia­ła jakoś prze­dłu­żyć roz­mo­wę. Czu­ła się dobrze i spo­koj­nie. Nie mogła sobie wyobra­zić, że może teraz wstać i się pożegnać.

-Cóż mówić – sza­now­na pani – moja histo­ria nie jest nadzwyczajna.

-Pan się uro­dził w Szwaj­ca­rii, czy tak? – cią­gnę­ła niezrażona.

-Tak, ale już w 1880 ojciec przy­wiózł mnie tu – do Gali­cji. Mia­łem wte­dy 10 lat. Ojciec umy­ślił sobie, że zało­ży w tych stro­nach  gospo­dar­stwo ogrod­ni­cze. Miał dobre przy­go­to­wa­nie, bo w Szwaj­ca­rii  wyuczył się zawo­du i nawet zało­żył małą fir­mę ogrod­ni­czą w Luzer­nie, ale w Gali­cji widział lep­sze moż­li­wo­ści, łagod­niej­szy kli­mat i bar­dziej sprzy­ja­ją­ce wła­dze, któ­re nie nęka­ły tak podat­ka­mi jak szwajcarskie.

-Ten cały żywo­płot, któ­ry pani widzi, to jego dzie­ło. Naj­pierw cho­dzi­ło o zapo­rę od wia­trów, a potem tak już zosta­ło. Może to był wła­śnie błąd, bo ten kol­cza­sty mur odgro­dził nas od innych… Kto to wie?

Ksiądz Noga popra­wił się w fote­lu i przy­mknął oczy. Zda­wa­ło się, że się zdrzem­nął, bo spo­koj­ny, cichy głos Ull­ma­na, woń roz­wie­szo­nych makó­wek i cie­pło nagrza­nej weran­dy, sprzy­ja­ło temu.

Wra­ca­jąc do domu, Pani Dornic­ka szła lek­ko jak­by jej lat uby­ło i żad­na tro­ska nie mąci­ła spo­ko­ju. W uszach tęt­ni­ły jej sło­wa Ullmana:

„Pani mąż wró­ci! Pro­szę zaufać Bogu!”

I rze­czy­wi­ście — w dwa dni po wizy­cie u Wik­to­ra Ull­ma­na, pan Eusta­chy Dornic­ki wró­cił do domu! Do żony! Do swoich!

Mało tego! Odwie­zio­no go woj­sko­wą cię­ża­rów­ką, któ­ra aku­rat jecha­ła w tę stronę.

Tak szyb­ki powrót pana Eusta­che­go był pra­wie nie do uwie­rze­nia i pani Dornic­ka odcho­dzi­ła z rado­ści od zmy­słów, ale jed­no­cze­śnie,  w głę­bi ser­ca była prze­ko­na­na, że nie mogło być ina­czej! Ocze­ki­wa­ła tego powro­tu i tej rado­ści! Jej wia­ra w zło­żo­ną przez Ull­ma­na obiet­ni­cę była pew­no­ścią. Pew­no­ścią podob­ną do tej, któ­rą się ma, i w któ­rą się wie­rzy,  w cza­sie pro­szą­cej modlitwy.

Chcia­ła natych­miast biec do Wik­to­ra Ull­ma­na i dzię­ko­wać mu, dzię­ko­wać i zapew­nić o swo­jej dozgon­nej wdzięczności!

Nie mogła się uspo­ko­ić i jak tyl­ko pan Eusta­chy tro­chę odpo­czął opo­wie­dzia­ła mu o wizy­cie u pro­bosz­cza, a potem u pana Ullmana.

-To on — powta­rza­ła wzru­szo­na — to on wyrwał nas z tego nie­szczę­ścia! Jak on to zro­bił? Co to za człowiek!

A pan Eusta­chy prze­tarł ręką czo­ło i rzekł:

-Prze­słu­chi­wa­no mnie w spra­wie jakichś ludzi, jakiejś ban­dy, któ­ra rze­ko­mo mia­ła u nas otrzy­mać schro­nie­nie. Jesz­cze w 46-tym. Jak pamię­tasz, mnie wte­dy nie było, bo rąba­łem taj­gę nad Obem, ale po powro­cie mówio­no mi, że wte­dy — w czter­dzie­stym szó­stym — byli na fol­war­ku jacyś obcy, któ­rzy żąda­li żyw­no­ści i koni, ale w sumie zaraz poje­cha­li, bo w tym samym cza­sie przez mia­sto przy­jeż­dża­ło woj­sko, w dro­dze na jakieś akcje w Biesz­cza­dach. Pamię­tasz duszko?

Pani Dornic­ka słu­cha­ła w napięciu.

Tak, pamię­ta­ła ten strasz­ny tuż powo­jen­ny rok, kie­dy nikt nie wie­dział co będzie i jak się spra­wy poto­czą. Pamię­ta­ła samot­ność, cię­żar codzien­nych kło­po­tów, a nade wszyst­ko pra­wie fizycz­nie bolą­cy brak wie­ści o mężu.

Tak, pamię­ta­ła jakichś ludzi w kożu­chach, kwik wypro­wa­dza­nych ze staj­ni koni i wrzask napa­sto­wa­nych kobiet. Fol­wark był tuż tuż i była pew­na, że napast­ni­cy wpad­ną do dwo­ru. Klę­cza­ła przed obra­zem swo­jej uko­cha­nej Mat­ki Jazło­wiec­kiej i pro­si­ła o cud.

I cud się zda­rzył. Nagle usły­sza­ła dale­kie strza­ły, war­kot cię­ża­ró­wek i  krzy­ki, a potem już nasta­ła cisza, tyl­ko doszedł ją czyjś dale­ki głos:

-Ni ma ich już! Uciekli!

Klę­cza­ła przy łóż­ku nie mogąc się podnieść.

Tak, pamie­ta­ła! Pamiętała!

-Nie chcie­li wie­rzyć — cią­gnął pan Eusta­chy — i powta­rza­li, że sprzy­jam ukra­iń­skim nacjo­na­li­stom. Tłu­ma­czy­łem im, że dopie­ro w czter­dzie­stym siód­mym wró­ci­łem z sowiec­kiej nie­wo­li, ale jakoś to do nich nie docie­ra­ło. Cały czas to samo. „Mów praw­dę, mów praw­dę, bo ci ją z gar­dła wycią­gnie­my”. I tak było przez parę dni, a wła­ści­wie nocy, aż trzy dni temu gdy zno­wu zosta­łem wezwa­ny na prze­słu­cha­nie nie było tych łotrów, któ­rzy dotąd znę­ca­li się nade mną, a za sto­łem sie­dzia­ła kobie­ta. Nie pozna­wa­łem jej, ale po paru jej sło­wach zorien­to­wa­łem się kto to jest.

-Tak — to była Józia — ta, co to kie­dyś ucie­kła z domu i słuch po niej zagi­nął. Domy­śli­łem się tego jak powiedziała:

-Idzie­cie do domu. I podzię­kuj­cie  panu Ull­ma­no­wi. On zarę­czył. Powie­dział jak było. Idź­cie już. Sier­żant Moj­ko was pod­wie­zie, bo aku­rat jedzie w tam­te strony.

-I to było wszystko.

-Wysze­dłem pół­przy­tom­ny. Byłem tak szczę­śli­wy, że nie mogłem wykrztu­sić sło­wa i wyda­wa­ło mi się, że śnię!

-Tak z całą pew­no­ścią masz rację! Moje uwol­nie­nie zawdzię­czam Tobie, księ­dzu i panu Ullmanowi!

Zaraz też poszli do „domu za żywo­pło­tem” i stu­ka­li do furt­ki, ale — cho­ciaż cze­ka­li dłu­go — nikt im nie otwierał.

Nie sły­chać też było żad­nych gło­sów. Tak jak­by w domu „kociej wia­ry” niko­go nie było, albo jak­by  ktoś kto tam był, nie chciał otworzyć.