To wiel­ka sztu­ka, dobie­rać sło­wa w taki spo­sób, żeby pleść nie­ustan­nie, nic przy tym nie mówiąc.

Dla­te­go młódź lewac­ka gonią­ca za powyż­szym ide­ałem, w każ­dym razie jej mniej zdol­na część, zwy­kle prze­ma­wia krót­ko, mówiąc mało. Na wszel­ki wypa­dek, jak mi się wyda­je. Może po to, żeby nie powie­dzieć za dużo? W każ­dym razie z tego, co młódź mówi, wie­le tre­ści wyci­snąć się nie da. Z dru­giej stro­ny, nie spo­sób nie zauwa­żyć mistrzów wspo­mnia­nej kate­go­rii ery­stycz­nej. Ci z kolei potra­fią nic nie powie­dzieć, prze­ma­wia­jąc godzi­na­mi. A i tak dość czę­sto mówią jed­no, zaraz sobie zaprze­cza­jąc. Przy­kład: orze­cze­nie Euro­pej­skiej Agen­cji Leków z poło­wy mar­ca, w spra­wie jako­ści szcze­pion­ki AstraZeneca.

“Komi­tet eks­perc­ki przej­rzał wszyst­kie przy­pad­ki zakrze­pów u osób zaszcze­pio­nych szcze­pion­ką Astra­Ze­ne­ca. Jest to bez­piecz­na i efek­tyw­na szcze­pion­ka” (sze­fo­wa EMA, Emer Cooke). “Komi­tet zauwa­żył, że sze­reg efek­tów zakrze­po­wych jest niż­szy niż śred­nia dla ogó­łu lud­no­ści, dla­te­go doszedł do wnio­sku, że nie ma pod­wyż­sze­nia cało­ścio­we­go ryzy­ka cho­rób zakrze­po­wych” (Sabi­ne Straus, prze­wod­ni­czą­ca komi­te­tu EMA ds. Oce­ny Ryzy­ka). Super. Dalej było mię­dzy inny­mi o tym, że “szcze­pion­ka nie jest w żaden spo­sób powią­za­na ze zwięk­sze­niem licz­by przy­pad­ków zakrze­po­wych”, a tak­że o tym, że “korzy­ści ze szcze­pion­ki zde­cy­do­wa­nie prze­wa­ża­ją nad ryzy­kiem”. Cho­ciaż, uwa­ga, uwa­ga: “Cią­gle nie może­my defi­ni­tyw­nie wyklu­czyć związ­ku mię­dzy przy­pad­ka­mi, któ­re wystą­pi­ły, a zaszczepieniem”.

Pod­su­mo­wu­jąc, poda­nie szcze­pion­ki nie jest zwią­za­ne ze wzro­stem ogól­ne­go ryzy­ka wystą­pie­nia incy­den­tów zakrze­po­wo-zato­ro­wych u osób, któ­re szcze­pion­kę otrzy­ma­ły, jed­na­ko­woż jej poda­nie może mieć zwią­zek z bar­dzo rzad­ki­mi przy­pad­ka­mi zakrze­pów krwi wyni­ka­ją­cy­mi z małych stę­żeń pły­tek krwi, w tym z rzad­ki­mi przy­pad­ka­mi zakrze­pów w naczy­niach odpro­wa­dza­ją­cych krew z mózgu.

 

WIĘKSZA LICZBA

I bądź tu człe­cze mądry. Mamy więc oba­wiać się szcze­pion­ki Astra­Ze­ne­ca? Ależ nic podob­ne­go: “Dopó­ki nie doj­dzie do więk­szej licz­by obja­wów nie­po­żą­da­nych nie ma pod­staw, by sądzić, że jakaś szcze­pion­ka jest zła” – orzekł dr Leszek Bor­kow­ski, far­ma­ko­log, nie­gdy­siej­szy pre­zes Urzę­du Reje­stra­cji Pro­duk­tów Lecz­ni­czych, Wyro­bów Medycz­nych i Pro­duk­tów Bio­bój­czych. “Szcze­pion­ka Astra­Ze­ne­ca zosta­ła dopusz­czo­na do sto­so­wa­nia przez EMA, a tam pra­cu­ją fachow­cy. Mam do nich abso­lut­ne zaufa­nie” – dopowiedział.

Dopó­ki nie doj­dzie do więk­szej licz­by dzia­łań nie­po­żą­da­nych nie ma pod­staw, by sądzić, że jakaś szcze­pion­ka jest zła – powtórz­my sobie dla zapa­mię­ta­nia. Mnie podob­ne sfor­mu­ło­wa­nia mro­żą krew w żyłach. To ile cięż­kich przy­pad­ków nie­po­żą­da­nych odczy­nów poszcze­pien­nych musia­ło­by wystą­pić, czy tam ile osób musia­ło­by umrzeć, by fachow­cy z EMA auto­ry­zo­wa­li stwier­dze­nie o wystą­pie­niu “więk­szej licz­by obja­wów nie­po­żą­da­nych”? Uwa­żam rów­nież, że kto­kol­wiek rezy­gnu­je z żąda­nia dopo­wie­dze­nia, jaki mia­no­wi­cie kon­kret­nie wzrost ich licz­by musiał­by mieć miej­sce, by “fachow­cy z EMA” zechcie­li “sto­su­nek powi­kłań do ryzy­ka” uznać za nie­ko­rzyst­ny, to jest uza­sad­nia­ją­cy prze­ko­na­nie, że “szcze­pion­ka jest zła”, pomi­ja­nie tej wąt­pli­wo­ści, pod­kre­ślam, uwa­żam za gran­dę nie­bo­tycz­ną, “dzien­ni­ka­rzom” tego rodza­ju wysta­wia­jąc oce­nę wyklu­cza­ją­cą z zawo­du. Więc.

“Szcze­pion­kę moż­na więc nadal poda­wać, dopó­ki trwa ana­li­za wszyst­kich danych” – prze­ko­ny­wał resort zdro­wia. Czy nie powin­ni­śmy raczej usły­szeć, że “dopó­ki trwa ana­li­za wszyst­kich danych”, wstrzy­mu­je­my szcze­pie­nia tym pre­pa­ra­tem? Być może powin­ni­śmy, ale nie usły­sze­li­śmy i nie usły­szy­my. Czy pogło­ski mówią­ce o tym, że Astra­Ze­ne­ca obie­ca­ła zain­we­sto­wać w Pol­sce pół­to­ra miliar­da zło­tych, mia­ły wpływ na sta­no­wi­sko mini­ster­stwa i ewen­tu­al­nie jaki, tego rów­nież nie wie­my i raczej się nie dowiemy.

 

KIJ OD SZCZOTKI

Więc szcze­pić się Astra­Ze­ne­cą, czy się Astra­Ze­ne­cą nie szcze­pić? Grać w tę lote­rię, czy pocze­kać aż nagra­ją się inni? Wąt­pli­wo­ści w cha­rak­te­rze szek­spi­row­skie – tym bar­dziej, że tego same­go dnia, gdy EMA wygła­sza­ła swo­ją ofi­cjał­kę, pro­fe­sor Andre Hol­me ze Szpi­ta­la Uni­wer­sy­tec­kie­go w Oslo poin­for­mo­wał, że u trzech pacjen­tów, z któ­rych jeden zmarł, doszło do sil­nej reak­cji ukła­du odpor­no­ścio­we­go, skut­ku­ją­cej powsta­niem spe­cy­ficz­nych prze­ciw­ciał, powo­du­ją­cych z kolei “wypa­da­nie pły­tek krwi z ukła­du krą­że­nia”. Cze­go bez­po­śred­nim następ­stwem było powsta­nie zakrze­pów krwi. “Tak sil­ną reak­cję immu­no­lo­gicz­ną wywo­ła­ła bez wąt­pie­nia szcze­pion­ka Astra­Ze­ne­ca” – powie­dział pro­fe­sor Holme.

Nie­ja­ko przy oka­zji wyszło na jaw (maga­zyn “Natu­re”), że oso­by, u któ­rych wykry­to bry­tyj­ską odmia­nę koro­na­wi­ru­sa, mia­ły o poło­wę więk­sze ryzy­ko zgo­nu czte­ry tygo­dnie od potwier­dze­nia zaka­że­nia. Sły­szę też, że lada dzień, tydzień bądź mie­siąc, Euro­pej­czy­cy zosta­ną “wysta­wie­ni na dzia­ła­nie bra­zy­lij­skie­go szcze­pu koro­na­wi­ru­sa”, uzna­wa­ne­go za wie­lo­krot­nie groź­niej­szy od wer­sji połu­dnio­wo­afry­kań­skiej czy bry­tyj­skiej, zaś tuż za rogiem czai się już indyj­ski wariant, podob­no “podwój­nie zmu­to­wa­ny”. Cokol­wiek mia­ło­by to znaczyć.

Wróć­my teraz nad Wisłę. W mar­cu 2020 roku, a więc w chwi­li ofi­cjal­ne­go wybu­chu pan­de­mii w Pol­sce, tutej­szy sys­tem ochro­ny zdro­wia, w rela­cji rok do roku, zano­to­wał o 34% hospi­ta­li­za­cji mniej. Mie­siąc póź­niej o 63% mniej. W maju mniej o 46%, w czerw­cu o 25%, w lip­cu o 20%, w sierp­niu o 22%, we wrze­śniu o 15%, w paź­dzier­ni­ku o 35% – o tyle mniej pacjen­tów, powtó­rzę, przyj­mo­wa­no na lecze­nie. W kon­fron­ta­cji z powyż­szy­mi licz­ba­mi dany­mi nawet bar­dzo zmur­sza­ły kij od bar­dzo sta­rej szczot­ki nie zary­zy­ku­je opi­nii, że cho­rych było mniej, ponie­waż w epo­ce pan­de­mii, w wyni­ku dzia­łań mini­strów Szu­mow­skie­go i Nie­dziel­skie­go, stan zdro­wia Polek i Pola­ków nie­spo­dzie­wa­nie się poprawił.

 

PIERWSZA LINIA

Podob­nie baj­ko­wo nale­ża­ło­by potrak­to­wać każ­dą inną wska­zów­kę, poza tą jed­ną, wła­ści­wą: wszyst­ko to skut­ki decy­zji podej­mo­wa­nych przez rząd. Cza­sa­mi skut­ki natych­mia­sto­we, a nie­kie­dy odło­żo­ne w cza­sie. Stąd czer­pię wyło­żo­ne na wstę­pie prze­ko­na­nie: rzą­dzą­cy upar­li się igno­ro­wać wnio­ski, pły­ną­ce z obser­wa­cji liczb o wymo­wie oczy­wi­stej. Nad­wi­ślań­ski powszech­ny sys­tem opie­ki zdro­wot­nej roz­pa­da się, więc tonie­my, a nasze ostat­nie deski ratun­ku – szpi­ta­le tym­cza­so­we – zna­la­zły się na pierw­szej linii fron­tu. Publi­ka­to­ry nad­wi­ślań­skie donio­sły nie­daw­no o powtór­nym zacho­ro­wa­niu (tra­fił do szpi­ta­la) zna­ne­go pio­sen­ka­rza Krzysz­to­fa Kraw­czy­ka – o czym podob­no oso­bi­ście poin­for­mo­wał media spo­łecz­no­ścio­we. Dzien­ni­karz Piotr Sem­ka nie poin­for­mo­wał, albo­wiem kil­ka dni po potwier­dze­niu zara­że­nia koro­na­wi­ru­sem prze­wie­zio­no go do szpi­ta­la w sta­nie cięż­kim (gdy piszę te sło­wa, oddy­chać poma­ga mu respirator).

Siód­me­go listo­pa­da 2020 roku potwier­dzo­no zaka­że­nie koro­na­wi­ru­sem u prze­szło 27. tysię­cy Polek i Pola­ków (po nie­speł­na trzech tygo­dniach zmar­ły 674. oso­by). W śro­dę przed Wiel­kim Tygo­dniem dodat­nie wyni­ki testów otrzy­ma­ło bli­sko 30 tys. osób. Kolej­ne­go dnia ponad 34 tysią­ce. A potem napię­cie zaczę­ło rosnąć. Według ofi­cjal­nych danych mini­ster­stwa zdro­wia, licz­ba hospi­ta­li­zo­wa­nych z powo­du cięż­kie­go prze­bie­gu Covid-19 wła­śnie teraz wyty­cza gra­ni­ce wydol­no­ści sys­te­mu lecz­nic­twa szpi­tal­ne­go w Pol­sce. Leka­rze i ratow­ni­cy medycz­ni, a więc oso­by “z pierw­szej linii fron­tu”, utrzy­mu­ją, że te gra­ni­ce już prze­kro­czo­no. Lekar­ka jed­ne­go z war­szaw­skich szpi­ta­li: “Doszli­śmy do punk­tu, w któ­rym zasta­na­wia­my się, czy przyj­mo­wać pacjen­ta z cho­ro­bą nowo­two­ro­wą i nie­do­krwi­sto­ścią na gra­ni­cy życia i śmier­ci. Posta­wio­no nas w sytu­acji, w któ­rej odsy­ła­my pacjen­ta, jeże­li uwa­ża­my, że nie umrze w dro­dze do domu”. I dalej: “Przed naszym szpi­ta­lem sto­ją kolej­ki kare­tek pogo­to­wia. Zespo­ły ratow­ni­cze gro­żą nam, nagry­wa­ją nas na kame­ry w tele­fo­nach, pyta­jąc, ile cza­su mają cze­kać z pacjen­tem. A ja mam zaję­te wszyst­kie łóż­ka, więc im odpo­wia­dam, że muszą cze­kać albo na śmierć pacjen­ta, albo moją”.

 

Z PUSTEGO NIE NALEJESZ

Kwe­stia śmier­ci doty­czy zwłasz­cza tak zwa­nych “pacjen­tów respi­ra­to­ro­wych”, z któ­rych umie­ra, według róż­nych danych, od sied­miu do dzie­wię­ciu – na każ­dych dzie­się­ciu wyma­ga­ją­cych mecha­nicz­ne­go wspo­ma­ga­nia odde­chu. Z kolei na jedy­ną w tra­gicz­nej sytu­acji tera­pię, mia­no­wi­cie lecze­nie w sys­te­mie ECMO (poza­ustro­jo­we natle­nia­nie krwi), dostęp­ne jest w ska­li całe­go kra­ju zale­d­wie dla kil­ku­dzie­się­ciu pacjen­tów w pię­ciu dużych ośrod­kach miej­skich, nato­miast w szpi­ta­lach zlo­ka­li­zo­wa­nych na pro­win­cji, jak sły­sza­łem, jeden ane­ste­zjo­log “opie­ku­je się” nawet kil­ku­na­sto­ma pacjen­ta­mi (stąd cudzy­słów wyda­je się koniecz­ny). Pod­su­mo­wu­jąc: paskud­ne licz­by, mrocz­na ten­den­cja, kosz­mar­ne perspektywy.

Od Bugu po Odrę i Nysę Łużyc­ką. Od Bał­ty­ku po Tatry. Od Stan­kun nad jezio­rem Duna­je­wo na pół­noc­nym wscho­dzie, po Ale­ję Trzech Państw w Kopa­czo­wie, na Pol­ski połu­dnio­wym zacho­dzie. Wresz­cie od ujścia Świ­ny po szczyt Roz­sy­pań­ca – inny­mi sło­wa­mi na trzy­stu dwu­na­stu tysią­cach kilo­me­trów kwa­dra­to­wych nad Wisłą, w cen­trum Euro­py, świa­teł­ko oświe­tla­ją­ce czerń nocy pan­de­micz­nej znie­nac­ka roz­dwo­iło się, przy­bie­ra­jąc postać najeż­dża­ją­cej na nas “cię­ża­rów­ki z Ber­ga­mo”. Czy tam jadą­ce­go pod prąd, rów­nież wprost na nas, całe­go kon­wo­ju wywro­tek z gruzem.

Rząd nato­miast trwa przy swo­im. Łóż­ka są? Ile kto chce. Respi­ra­to­ry są? Tyl­ko brać, wybie­rać. Gdy­by zabra­kło tego czy tam­te­go, to weź­mie się dosta­wi i będą. Że per­so­ne­lu brak? Że pacjen­tów przy­by­wa sta­da­mi, ale pie­lę­gnia­rek przy­być nie chce nawet poje­dyn­czo? Że karet­ki po sto kilo­me­trów tam i z powro­tem jeż­dżą, a pacjen­ci z uda­ra­mi, zawa­ła­mi i czym tam jesz­cze, radzić musza sobie sami, co skut­ku­je nie­praw­do­po­dob­nym wzro­stem tzw. “zgo­nów nad­mia­ro­wych”? Oj tam, oj tam. Z puste­go i solan­ki nie nale­jesz. Czy jakoś podob­nie. Pan­de­mię mamy, no nie? Dobrze jest, psia krew, a kto powie że nie, tego bęc. Sane­pi­dem w czo­ło. Czy tam innym man­da­tem po sempiternie.

 

PRZEBIJANIE REKORDÓW

Powie­dzieć, że zmie­nił się nam świat, i nie na lep­sze, to oprzeć się o banał. Że są to zmia­ny nie­od­wra­cal­ne, i że nowy porzą­dek rze­czy­wi­sto­ści dopie­ro roz­pę­du nabie­ra, a póki co led­wie z uko­sa i poje­dyn­czym śle­piem na rze­czy­wi­stość naszą zer­ka­jąc – to jeden banał pode­przeć dru­gim. Zakoń­czę zatem cytu­jąc prze­stro­gę mło­de­go czło­wie­ka, Micha­ła Rogal­skie­go, auto­ra pierw­szej w Pol­sce wia­ry­god­nej bazy danych o koro­na­wi­ru­sie. “Oba­wiam się, powiem to wprost, tra­ge­dii. W tym momen­cie moż­na mieć pew­ność, że prze­bi­je­my jesien­ne rekor­dy we wszyst­kich wskaź­ni­kach, ale raczej na nich nie skoń­czy­my. Przy tam­tych war­to­ściach dopro­wa­dzi­ło to do blo­ka­dy służ­by zdro­wia, a ta blo­ka­da będzie tra­gicz­na” – powie­dział Rogal­ski w roz­mo­wie z TVN.

Tak. To zna­czy więc. Czy tam: a więc że tak. Czy­li pod­su­mo­wu­jąc: wciąż znaj­du­je­my się na pierw­szej linii fron­tu, cią­gle tkwi­my w oko­pach. Śmier­tel­nie prze­ra­że­ni, bojąc się choć­by odde­chem przed­po­le owiać, nawet nie marząc o porzu­ce­niu kry­jó­wek. Zaś ofiar śmier­tel­nych przy­by­wa, a koń­ca tej maka­brycz­nej ten­den­cji nie widać.

Może dla­te­go, co przy­znam bez ogró­dek, nie wiem jaką puen­tą mógł­bym zakoń­czyć ten felie­ton. Załóż­my zatem, że obej­dzie się bez puen­ty, a w ramach prze­pro­sin przy­po­mnę tyl­ko, że świat ludzi przy­zwo­itych od świa­ta cha­osu dzie­li wątła nić, zbu­do­wa­na z naszych sumień. I z norm, któ­rym pozo­sta­je­my wier­ni, to jest z tego wszyst­kie­go, co wspól­no­to­wą i indy­wi­du­al­ną toż­sa­mość każ­de­go z nas naj­pierw kon­sty­tu­uje, a następ­nie oca­la, gwa­ran­tu­jąc bez­piecz­ny rejs oce­anem różnorodności.

Nie zapo­mi­naj­my, pro­szę: czło­wiek wart jest tyle, ile war­te są zasa­dy moral­ne kształ­tu­ją­ce jego cha­rak­ter oraz uza­sad­nia­ją­ce jego wybo­ry. Pamię­taj­my też, że zło jest złem, nie­za­leż­nie od kolo­ru sztan­da­ru, pod jakim się gro­ma­dzi, nato­miast kamie­niem węgiel­nym naszej kul­tu­ry, rudy­men­tar­ną pod­sta­wą, na któ­rej wznie­śli­śmy cywi­li­za­cję bia­łe­go czło­wie­ka, pozo­sta­je wia­ra w Zmartwychwstanie.

***

Co praw­da dru­gi rok z rzę­du nie­spe­cjal­nie może­my Wiel­ką Noc świę­to­wać fizycz­nie, tym nie­mniej nikt nie jest w sta­nie zabro­nić nam Wiel­kiej Nocy doświad­czać w jej wymia­rze ducho­wym – i wła­śnie w przy­wo­ła­nym kon­tek­ście życzę Czy­tel­ni­kom oraz Redak­cji “Goń­ca” udu­cho­wio­nych Świąt Zmar­twych­wsta­nia Pań­skie­go. Życzę zdro­wia oraz nadziei pły­ną­cej ze spo­tka­nia z Bożym Synem, uosa­bia­ją­cym zwy­cię­stwo nad grze­chem i śmier­cią. A co dla zmy­słów nie­po­ję­te, niech dopeł­ni wia­ra w nas. I oczy­wi­ście wszyst­kie­go dobre­go, wszyst­kim ludziom dobrej woli.

Krzysz­tof Ligęza

Kon­takt z auto­rem: widnokregi@op.pl