Dro­ga szła w głę­bo­kich kole­inach, wyżło­bio­nych przez wozy, któ­re wozi­ły zbo­że z pól leżą­cych pod lasem. To była dość nie­bez­piecz­na polna dro­ga, bo przez te wybi­te koła­mi rowy, wozy kole­ba­ły się nie­bez­piecz­nie, cza­sem prze­chy­la­ły aż do prze­ra­że­nia i za każ­dym razem gdy tam­tę­dy jecha­no, dużo było krzy­ków, pod­pie­ra­nia cięż­ko łado­wa­nych wozów, docią­ga­nia pawą­sów i koń­skie­go wysiłku.

        W nie­któ­rych miej­scach, dro­ga wbi­ła się tak głę­bo­ko w piasz­czy­stą zie­mię, że wozy jecha­ły jak­by w wąwo­zie, w któ­rym kry­ły się całe, aż po szczyt.

        Nie­ste­ty innej dro­gi nie było i nawet nie było jej gdzie zrobić.

        Sier­pień był suchy i gorą­cy, żni­wa w peł­ni. Z odda­li sły­chać było młoc­kar­nię, któ­ra obra­bia­ła co więk­sze gospo­dar­stwa. Ci, któ­rzy mie­li mniej do młó­ce­nia, uży­wa­li cepów i ich mia­ro­wy odgłos też był zna­kiem żniw­ne­go znoju.

        Ludwik manew­ro­wał autem nie chcąc ugrzę­znąć w pia­chu i licząc na to, że uda mu się prze­je­chać wąski, wąwo­zo­wa­ty odci­nek dro­gi, bez spo­tka­nia z jadą­cym z naprze­ciw­ka wozem. Gdy­by bowiem doszło do takie­go spo­tka­nia, to  na wąskim trak­cie ktoś musiał­by ustą­pić, to zna­czy cofać wóz aż do szer­sze­go miej­sca, gdzie moż­na się było wymi­nąć. W warun­kach wyso­ko zała­do­wa­ne­go wozu i głę­bo­kich kole­in, takie cofa­nie było wręcz nie­moż­li­we, bo konie szar­pa­ły się w uprzę­żach, orczy­ki tłu­kły je po nogach, a wóz grzązł w mięk­kim lessie.

        I rze­czy­wi­ście miał pecha, bo w pew­nym momen­cie zauwa­żył wyjeż­dża­ją­cy z pola kopia­sto zała­do­wa­ny wóz, któ­ry nie bacząc na nic  wjeż­dżał na dro­gę wprost na niego.

        Ludwik wysko­czył z auta i wydarł się, żeby wóz wstrzy­mał się i dał mu prze­je­chać, ale chło­pi albo go nie widzie­li, albo nie sły­sze­li, albo może nie chcie­li sły­szeć. Dość na tym, że sta­nął na prze­ciw­ko i Ludwik musiał się wyco­fać, bo było jasne, że fura się nie ustą­pi. Mach­nął więc ręką, wrzu­cił wstecz­ny i zaczął się cofać, co przy niskim zawie­sze­niu citro­ena spra­wi­ło, że pra­wie od razu zaczął się zakopywać.

        Z całą pew­no­ścią to nie była dro­ga dla samo­cho­dów, więc po kil­ku­na­stu metrach Ludwik utknął na dobre, zarył się jak kret i całe koła citro­ena wgry­zły się w mięk­ką zie­mię. Chło­pi z wozu przy­szli, zaczę­li pchać, ale wóz sie­dział już zbyt głęboko.

        Zaczę­ło się zasta­na­wia­nie co robić, bo dro­gę trze­ba było jakoś odblo­ko­wać i jasna cho­le­ra na to auto…

        Wresz­cie, po róż­nych krzy­kli­wych radach, zsu­wa­niach bere­tów z czo­ła na tył gło­wy i z powro­tem, posta­no­wio­no zaprząc do auta konia i tym spo­so­bem wycią­gnąć go „do zadu” i „dać plac” wozo­wi ze zbożem.

        Wyprzę­gnię­to więc jed­ne­go i zaczę­to prze­pro­wa­dzać na dru­gą stro­nę auta żeby go jakoś zaprząc.

        Cia­sno­ta był okrop­na i w chwi­li prze­pro­wa­dza­nia konia koło auta sytu­acja wymknę­ła się spod kon­tro­li. Koń wystra­szo­ny krzy­kiem ludzi i nie rozu­mie­ją­cy cze­go od nie­go chcą, zaczął się rzu­cać, tulić uszy, walić kopy­ta­mi i w pew­nym momen­cie pró­bu­ją­cy usko­czyć Ludwik dostał kopy­tem z taką siłą, że padł jak rażo­ny piorunem.

        W pierw­szej chwi­li nikt nie wie­dział co robić, ale jed­no było ponad wszel­ką wąt­pli­wość pew­ne, że Ludwik dostał kopy­tem w samo czo­ło, padł i wyzio­nął ducha na miejscu.

        Leżał w swo­jej bia­łej, a teraz zakrwa­wio­nej koszu­li w pyle pod­kar­pac­kiej zie­mi, a sto­ją­cy wokół ludzie pozdej­mo­wa­li kasz­kie­ty i beret­ki i patrzy­li  tro­chę bez­rad­nie, a tro­chę z zaciekawieniem.

        Po jakimś cza­sie spra­wy się jakoś uło­ży­ły i tru­pa prze­wie­zio­no moto­rem z bocz­ną przy­czep­ką do mia­sta na poste­ru­nek mili­cji. „Usa­dzo­no” go  jakoś w przy­czep­ce i Mun­dek Taczan przy­trzy­my­wał go w cza­sie jaz­dy jed­ną ręką, a dru­gą pro­wa­dził  swo­ją Emkę. Mun­dek skar­żył się potem, ze trup Ludwi­ka prze­chy­lał się cały czas i gro­ził wypad­nię­ciem i dopie­ro po chwi­li tro­chę zesztyw­niał i już był „spo­koj­ny”.

        Leka­rza aku­rat nie było w mie­ście, bo poje­chał do powia­tu, więc popro­szo­no magi­stra Freya z apte­ki, żeby przy­szedł i cosik pora­dził. Nic tu jed­nak nie było do radze­nia, bo trup był oczy­wi­sty. Całą gło­wę oble­pia­ła schną­ca już krew, a lewa stro­na czo­ła i oko było tak nabrzmia­łe, że Ludwik wyglą­dał dziw­nie i strasznie.

        Ludzie w mia­stecz­ku zna­li się z tru­pa­mi, bo w cza­sie woj­ny pogi­nę­ło tu i w oko­licz­nych wsiach tro­chę ludzi, a potem były jesz­cze jakieś tam spra­wy z róż­ny­mi ban­da­mi, ale to były inne tru­py. To były wojen­ne tru­py. Ludwik ze swo­ją zmiaż­dżo­ną kopy­tem gło­wą zakłó­cał poko­jo­we cza­sy i naj­nie­po­trzeb­niej budził zapo­mnia­ne wspomnienia.

        Kto wspo­mi­nał, ten wspo­mi­nał, ale więk­szość zebra­nych nie robi­ła z tej przy­pad­ko­wej śmier­ci, wiel­kiej spra­wy i chło­pi wró­ci­li do pra­cy, bo żni­wa to nie jest coś co moż­na odło­żyć. Całe życie od nich zale­ży i żaden trup ich nie prze­rwie. Nawet jeśli tym tru­pem jest funk­cjo­na­riusz UB.

        Wró­co­no więc do zwóz­ki, młoc­ki i innych robót, a sier­żant został z kło­po­tem. Spra­wa nie była bła­ha, bo trze­ba było zawia­do­mić woje­wódz­two, tłu­ma­czyć i spi­sać raport.

        Wieść o śmier­ci Ludwi­ka roze­szła się po oko­li­cy z szyb­ko­ścią ste­po­we­go poża­ru i oczy­wi­ście zna­leź­li się tacy, któ­rzy mówili:

        ‑Doigrał się sukin­syn jeden! Bił i mor­do­wał ludzi w obo­zie, potem jakoś się spra­wie­dli­wo­ści wyśli­zgnął, a prze­cież ręka Boska i tak go dosię­gła! Cie­ka­we tyl­ko co na to ten Ste­fan spod lasu, bo prze­cież Ludwik do nie­go jechał.

        Na to pyta­nie nie było na razie odpo­wie­dzi, bo Ste­fan zaję­ty był cho­wa­niem Kri­sty, dla któ­rej zna­lazł dobre miej­sce pod jodłą na skra­ju lasu.

        Pew­nie, że takich rze­czy nie wol­no było robić i w nor­mal­nym cza­sie nie uszło by mu to na sucho, ale jak na razie wła­dza zaję­ta była wyja­śnia­niem wypad­ku Ludwi­ka więc wszyst­ko inne musia­ło pocze­kać. Poza tym, po ostat­nich odwie­dzi­nach, kie­dy to Ste­fan psem stra­szył, nikt już nie miał ani ocho­ty ani chę­ci go niepokoić.

        Paź­dzier­nik był chłod­ny i desz­czo­wy. Wik­ta przy­cho­dzi­ła do dziec­ka co parę dni, Józ­ka Kowal­czuk poma­ga­ła i kar­mi­ła i mały chłop­czyk Kri­sty przy­bie­rał na wadze. Parę razy odwie­dził Ste­fa­na tak­że magi­ster Frey, któ­ry trzy­mał rękę na pul­sie, co inny­mi sło­wy zna­czy­ło, że pła­cił Józ­ce za mamkowanie.

        I pomi­mo tego, że Ste­fan sie­dział cicho i jak­by na ubo­czu mia­stecz­ko­we­go życia, to cały czas coś o nim mówio­no. Wie­le bowiem spraw było zagadkowych.

        W cza­sie dłu­gich, jesien­nych wie­czo­rów plot­ko­wa­no i gada­no o ludziach, mia­stecz­ku i ich spra­wach. W tym też cza­sie zro­dzi­ło się pyta­nie z kim też nie­boszcz­ka Kri­sta mia­ła tego, dopie­ro co uro­dzo­ne­go, chłop­czy­ka. Praw­dą było, że przy­je­cha­ła ze Ste­fa­nem i z nim miesz­ka­ła, ale zaczę­to liczyć i jakoś tak wypa­dło, że chłop­czyk mógł też być Ludwi­ka, bo od cza­su jak Kri­sta wyje­cha­ła, do jej powro­tu, minę­ło coś oko­ło dzie­wię­ciu miesięcy.

        Zno­wu zaczę­ły się domy­sły i roz­trzą­sa­nie, ale szyb­ko dano temu spo­kój, bo przy­szły bez porów­na­nia waż­niej­sze spra­wy, o któ­rych mówio­no ści­szo­nym głosem.

        Naj­pierw to była, wysłu­cha­na w radiu wia­do­mość o tym, że „nie wol­no mieć dola­rów i złota”!

        ‑Za „dula­ry” wie­sza­ją! – szeptano.

A trze­ba wie­dzieć, że na Pod­kar­pa­ciu pra­wie każ­da cha­łu­pa mia­ła jakie­goś „wuja” w Ame­ry­ce. I ci „wujo­wie” przy­sy­ła­li pacz­ki z wik­tu­ała­mi i ubra­nia­mi, a przede wszyst­kim z dola­ra­mi, któ­re po naboż­nym obej­rze­niu i potrzy­ma­niu w ręce, cho­wa­no po sien­ni­kach, pie­rzy­nach, za świę­ty­mi obra­za­mi czy nawet zamy­ka­no w sło­ikach i zako­py­wa­no. Trak­to­wa­no je zwy­kle jako kapi­ta­lik „na czar­ną godzi­nę”, ale nie tyl­ko. To były tak­że sumy na posag dla cór­ki, na zakup mate­ria­łów na budo­wę domu czy na zakup konia.

        „Wie­dzą sąsie­dzi jak kto sie­dzi”, więc tu i ówdzie plot­ko­wa­no kto ile może mieć, bo wie­dzia­no prze­cież kto ma kogoś za gra­ni­cą, ale to były tyl­ko takie sąsiedz­kie przekomarzania.

Taka Zachar­ko­wa na przy­kład, cho­ciaż mia­ła tro­je dzie­ci, to zosta­wi­ła je z mężem, a sama, jesz­cze w 45-tym wyje­cha­ła do wuja do Chi­ca­go i cho­ciaż nie wró­ci­ła, to cały czas przy­sy­ła­ła „tre­ści­we” pacz­ki dla rodzi­ny i gru­be koper­ty z dolarami.

        Gdy w któ­rymś momen­cie oka­za­ło się, że bank­no­ty z listów giną, Zachar­ko­wa zaczę­ła je spryt­nie ukry­wać w pusz­kach z Ovo­mal­ti­ną albo kawą.

        Jej mąż bar­dzo był z takie­go sta­nu rze­czy zado­wo­lo­ny, cho­dził po Dornie­wie z zało­żo­ny­mi ręka­mi, tro­chę grał w kar­ty, tro­chę poli­ty­ko­wał i dobrze mu się dzia­ło. Dzie­ci wycho­wy­wa­ła mu sio­stra i w sumie wszy­scy byli zado­wo­le­ni, że Zachar­ko­wa sie­dzi w Ame­ry­ce. A Zachar­ko­wa sie­dzia­ła w Chi­ca­go i też był zado­wo­lo­na, bo prze­cież jak mówi­ła „coś jej się od życia należało”.

        Przy jakiejś oka­zji pisa­ła, że ład­ną „karę” ma, ale w Dornie­wie nikt nie wie­dział co to takie­go, czy może gdzieś coś prze­skro­ba­ła i jakąś karę dosta­ła, czy może co inne­go. W każ­dym razie pacz­ki przychodziły.

        Przy­pa­dek Zachar­ko­wej rzu­cał się tro­chę w oczy, ale nie był wyjątkiem.

        Na Pod­kar­pa­cie, dola­ry szły jeśli nie rze­ką, to sta­łym, solid­nym stru­mie­niem i dla wie­lu były jedy­nym zabez­pie­cze­niem, któ­re­go w powo­jen­nej, roz­chwia­nej rze­czy­wi­sto­ści, tak bar­dzo brakowało.

        Teraz jed­nak oka­zy­wa­ło się, że wła­dza ludo­wa chce się zamach­nąć nawet i na to.

        „Za posia­da­nie zło­ta i zagra­nicz­nych walut” gro­zi­ły kary do powie­sze­nia włącz­nie. Bla­dy strach padł na ludzi i już nikt nawet nie zip­nął ani pisnął o dola­rach. I wła­śnie w tak nie­bez­piecz­ny i groź­ny czas ktoś w gospo­dzie wspo­mniał coś o Ludwi­ku, że cza­su woj­ny był w obo­zie i pew­nie nacha­pał się żydow­skie­go zło­ta, któ­re przy­wiózł i gdzieś tu, wedle cha­łu­py, zakopał.

        Ten kto to powie­dział pija­ny był i może nawet nie chciał tego powie­dzieć, ale wia­do­mo jak to po wód­ce jest, czło­wiek gada trzy po trzy, a potem tyl­ko się z tego kło­po­ty robią.

        Traf chciał, że te głu­po­ty sły­szał ktoś, kto nie powi­nien i Ste­fa­na aresz­to­wa­no następ­ne­go dnia koło stud­ni, gdy cią­gnął wodę.

        Tadzio — mały synek Kri­sty — skoń­czył aku­rat trzy miesiące.

        Dobrze, że w cza­sie aresz­to­wa­nia Ste­fa­na, była Wik­ta, któ­ra wpa­dła jak zwy­kle spraw­dzić co się dzie­je. Jak tyl­ko przez kuchen­ne okno zoba­czy­ła mili­cyj­ny gazik i to jak przy stud­ni gada­ją do Ste­fa­na,  porwa­ła Tadzia, wyla­zła przez tyl­ne okno i pole­cia­ła do lasu.

        Wik­ta Paw­li­na dobrze wie­dzia­ła co robi bio­rąc małe­go Tadzia i wyska­ku­jąc z nim przez okno do lasu. Ci bowiem, któ­rzy przy stud­ni aresz­to­wa­li Ste­fa­na, mogli też wziąć Tadzia, któ­ry wylą­do­wał­by póź­niej w jakimś domu dziec­ka, czy jesz­cze gdzie indziej i dziec­ko było­by dla Ste­fa­na bez­pow­rot­nie stra­co­ne, a na to Wik­ta żad­ną mia­rą pozwo­lić nie chciała.

        Okręż­ny­mi dro­ga­mi dopa­dła domu, mężo­wi kaza­ła zamknąć drzwi i gdy­by kto o nią pytał to jej nie ma.

        Wszyst­ko to mia­ło swo­je pod­sta­wy w tym co zna­no, widzia­no i cze­go doświad­czo­no. Był koniec 1949-go i czu­ło się już zim­ną i twar­dą łapę ter­ro­ru, któ­ra spra­wia­ła, ze bano się wszystkiego.

        ‑Gdzie masz zło­to, dola­ry? – pyta­no Ste­fa­na jesz­cze zanim go wzię­to na posterunek.

        ‑Jakie zło­to, jakie dola­ry? Nie mam żad­ne­go zło­ta! Czy­ście poszaleli?!

        Dostał więc po mor­dzie, ale gdy i wte­dy nie mówił nic o zło­cie, dostał jesz­cze raz, a potem prze­szu­ka­li mu cha­łu­pę, roz­wa­la­jąc wszyst­ko i drąc firan­ki z okien, a wresz­cie gdy zna­leź­li flasz­kę wód­ki, usie­dli i pili ze sma­kiem, zasta­na­wia­jąc się gdzie im kopać wypad­nie, bo prze­cież to „poży­dow­skie” zło­to „muso­wo” gdzieś tu było.

        Wia­do­mość o aresz­to­wa­niu Ste­fa­na roze­szła się po oko­li­cy lotem bły­ska­wi­cy, bo aku­rat był tar­go­wy wto­rek i do Dornie­wa ludzie ścią­ga­li ze wszyst­kich stron.

        Z oko­licz­nych wio­sek, przy­siół­ków i kolo­nii  nazjeż­dża­ło się fur­ma­nek, któ­re zawa­li­ły plac do gra­nic moż­li­wo­ści. Świ­nie kwi­cza­ły, bydło rycza­ło, gęsi się dar­ły, a na środ­ku, w dwóch rzę­dach usta­wio­no stra­ga­ny dla han­dlu­ją­cych wszel­ką galanterią.

        Kolo­ro­we chu­s­ty, kora­le, koszu­le i bluz­ki, buty, rze­czy do kuch­ni, ubran­ka do pierw­szej komu­nii i mnó­stwo innych wspa­nia­ło­ści leża­ło poroz­kła­da­ne na sto­łach i rwa­ło oczy.

Z boku sta­li pomniej­si sprze­daw­cy, któ­rzy ofe­ro­wa­li naj­roz­ma­it­sze spe­cy­fi­ki i „cudow­ne” maści, na wszel­kie kurzaj­ki, odci­ski i bro­daw­ki, pły­ny do nacie­ra­nia, płu­ka­nia, pra­nia, spe­cjal­ne wkład­ki do butów, deli­ka­te­sy z paczek UNRRA, a tak­że miód, grzy­by suszo­ne, wosk, olej lnia­ny i Pan Bóg raczył wie­dzieć co jeszcze.

        Nie­da­le­ko wej­ścia na plac roz­ło­ży­li się ci, któ­rzy han­dlo­wa­li gospo­dar­czy­mi narzę­dzia­mi, płu­ga­mi, bro­na­mi, koła­mi do fur­ma­nek, becz­ka­mi, masiel­ni­ca­mi, widła­mi, gra­la­mi, szu­fla­mi i łopa­ta­mi. Leża­ły całe pęki drew­nia­nych łyżek, kopy­ści, warzą­chwi, kociub i wszyst­kie­go co było potrzeb­ne koło domu.

        Za nimi, w kącie sie­dział dru­ciarz, któ­ry dru­to­wał roz­bi­te naczy­nia i na pocze­ka­niu napra­wiał drob­ne rze­czy, a wszyst­ko potra­fił i dłu­go nie trze­ba było czekać.

        Bar­dzo nie­wie­lu ludzi wie­dzia­ło coś o Ste­fa­nie, bo to nie był czło­wiek, któ­ry by się w oczy rzu­cał, a poza tym, wie­lu było obcych, przy­jezd­nych, ale wszy­scy dawa­li posłuch cicho prze­ka­zy­wa­nej wia­do­mo­ści, że aresz­to­wa­no takie­go jed­ne­go co miał zło­to i że wzię­to go „na UB”.

        Mówio­no o tym tro­chę jak o sen­sa­cji, a tro­chę dla prze­stro­gi, żeby nie dać się, nie daj Boże, zła­pać. Trze­ba też było okrop­nie uwa­żać, co się mówi i komu, bo róż­ni ludzie krę­ci­li się i węszy­li i weso­łość uda­wa­li i na wód­kę pro­si­li, byle się cze­go wywiedzieć.

        Pod gospo­dą sta­ły małe grup­ki męż­czyzn w bry­cze­sach i dłu­gich butach, któ­rzy aku­rat wpa­dli „na tę szklan­kę piwa” i paląc spor­ty roz­pra­wia­li o jakichś interesach.

        Tym­cza­sem na Wik­tę biły siód­me poty, bo takie wzię­cie dziec­ka mogło się nie dać ukryć, a nawet mała infor­ma­cja o nim spro­wa­dzi­ła­by bez­piecz­nia­ków, któ­rzy z całą pew­no­ścią dali by jej nie­zgor­szą wcirę.

        Moż­na powie­dzieć, że wła­śnie od tego momen­tu zaczy­na się histo­ria Tadzia Kula, syna Kri­sty, daw­nej blo­ko­wej z obo­zu w Bir­ke­nau i Ste­fa­na Kula, albo…Ludwika Świe­tli­cy­na, byłe­go kapo z obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go w Gross-Rosen.

        Albo – albo. Nikt tego tak napraw­dę nie wie­dział i nie mógł wiedzieć.

        Jedy­ną  oso­bą, któ­ra mogła­by to wyja­śnić była Kri­sta, ale ona leża­ła sobie w cichym gro­bie pod wiel­ką jodłą na skra­ju lasu i nie było już jej do gadania.

        Poza nią nikt nie wie­dział, bo Tadzio nie był ani chrzczo­ny, ani reje­stro­wa­ny w wydzia­le urzę­du sta­nu cywil­ne­go i nikt nigdzie jego uro­dze­nia nie zgłosił.

        Według obo­wią­zu­ją­cych prze­pi­sów win­no się było tego doko­nać do dwóch tygo­dni po uro­dze­niu, ale w roz­gar­dia­szu powsta­łym po śmier­ci Kri­sty, Ste­fan nie miał na to głowy.

Do księ­dza też nikt nicze­go nie zgła­szał, a zresz­tą to już i tak nie mia­ło więk­sze­go zna­cze­nia, bo jakoś w tym samym roku, wszel­kie kościel­ne wpi­sy stra­ci­ły moc praw­ną i tyl­ko urzę­dy sta­nu cywil­ne­go zosta­ły upraw­nio­ne do wyda­wa­nia metryk.

        Takie nie­zgło­sze­nie dziec­ka do reje­stra­cji mogło pro­wa­dzić do aresz­to­wa­nia, bo w rze­czy samej, pra­wie wszyst­ko mogło się tak skoń­czyć. Żar­tów nie było i mło­da wła­dza ludo­wa robi­ła wszyst­ko, żeby żela­zną ręką umoc­nić swo­je rządy.

        „Wła­dzy raz zdo­by­tej nie odda­my nigdy”! Dobrze pamię­ta­no te sło­wa. I nie to, żeby się im bar­dzo sprze­ci­wia­no, bo wie­lu zaczy­na­ło się powo­dzić lepiej niż za sana­cji, ale zapro­wa­dzo­ny ter­ror zaczy­nał się wyda­wać cokol­wiek przytwardy.