Zdję­cie pod­pi­sa­ne: Na pamiąt­kę kil­ku godzin mile prze­ży­tych. Wyciecz­ka rodzi­ny Kra­mar­skich stat­kiem do Tyń­ca 8.5.1914. W środ­ku w melo­ni­ku Jan Kra­mar­ski, ojciec autor­ki “Książ­ki Babci”.
Anto­ni­na Wil­czyń­ska z domu Model­ska (1853 — 12 X 1935),
mat­ka Hele­ny, bab­cia bab­ci Krystyny.

Z bab­cią Anto­ni­ną wędro­wa­ły­śmy, ja i sio­stra, kil­ka­krot­nie na odpust „Pod­nie­sie­nia Krzy­ża” do Mogi­ły, przy­pa­da­ją­cy 14 wrze­śnia. Tram­waj wte­dy dojeż­dżał tyl­ko do dwor­ca, dalej szły­śmy pie­szo pod­śpie­wu­jąc sobie pod nosem. W poło­wie dro­gi przy­sia­da­ły­śmy w przy­droż­nym rowie i zaja­da­ły­śmy nie­odmien­nie droż­dżo­wy pla­cek ze śliw­ka­mi, któ­ry do dzi­siaj wią­że się w mojej pamię­ci wła­śnie z bab­cią i tam­ty­mi wędrów­ka­mi. W adwen­cie z bab­cią cho­dzi­ły­śmy o świ­cie na roraty.

W domu bab­ci pano­wał zawsze patrio­tycz­ny nastrój, były cza­sy zabo­rów. Ludzie odczu­wa­li tęsk­no­tę za utra­co­ną ojczy­zną i bar­dzo ceni­li pamiąt­ki naro­do­we. Z naj­daw­niej­sze­go miesz­ka­nia bab­ci, na któ­re patrzy­łam ocza­mi małe­go dziec­ka, zapa­mię­ta­łam dwa obra­zy histo­rycz­ne. Jeden przed­sta­wiał wjazd kró­la Sobie­skie­go do Wied­nia. Był duży, kolo­ro­wy, pod­pi­sa­ny Wale­ry Eljasz. I ten­że Wale­ry Eljasz był dla mnie i mojej sio­stry natchnie­niem do ukle­ce­nia pierw­sze­go w życiu wierszyka:

Wale­ry Eljasz miał dużo córek,

Zofię, Mary­lę, Annę i Urszulę.

Nie wiem dla­cze­go tak, ale wła­śnie tak to brzmia­ło. Dru­gi obraz był bar­dzo ponu­ry. Nosił pod­pis Kościusz­ko w Solu­rze. Widać było jakieś łoże, robił smut­ne wra­że­nie. Prócz tego było w miesz­ka­niu bab­ci popier­sie pra­wie natu­ral­nej wiel­ko­ści, rów­nież Kościusz­ki, a z opo­wia­da­nia mamy wiem, że daw­niej jako odpo­wied­nik było tak­że dru­gie popier­sie Mic­kie­wi­cza. Kuzyn mojej mat­ki, Piotr Flor­czyk, poma­ga­jąc kie­dyś przy porząd­kach swo­jej kuzyn­ce Wale­rii (zosta­ła potem jego żoną) wygła­szał do tego popier­sia szum­ny wiersz i przy oka­zji roz­bił go. Odtąd Kościusz­ko nie miał pary. Wśród sta­rych rodzin­nych szpar­ga­łów zna­la­złam zbiór wier­szy patrio­tycz­nych prze­pi­sy­wa­nych ręcz­nie, jedy­ny zacho­wa­ny rysu­nek bra­ta mamy, Tade­usza, przed­sta­wia­ją­cy pol­skich Uła­nów, któ­rzy daw­no nie ist­nie­li, ale wspo­mnie­nia cią­gle ich wskrze­sza­ły. Z mebli pamię­tam rzeź­bio­ne fote­le pokry­te zie­lo­nym plu­szem, do tego mister­ny sto­li­czek, sza­fę (jak się póź­niej dowie­dzia­łam, Bie­der­me­ier, wte­dy nie zna­łam się na tym), komo­dę i prze­dziw­ny sprzęt do spa­nia zro­bio­ny z gęstej siat­ki dru­cia­nej, któ­ry moż­na było prze­su­wać na kół­kach, a gdy się go zło­ży­ło i nakry­ło, sta­wał się dużym fote­lem z porę­cza­mi. Myślę, że ten wła­śnie mebel był powie­wem nowo­cze­sno­ści w bab­ci­nym mieszkaniu.

Mat­ka Felik­sa Kra­mar­skie­go, pra­bab­ka autor­ki Książ­ki Babci.

Bab­cia ubie­ra­ła się zawsze po daw­ne­mu. Nie nosi­ła kape­lu­szy, ale spe­cjal­ne nakry­cia gło­wy, nie czep­ce, jakie widzę na foto­gra­fii mojej pra­bab­ki, tyl­ko coś w rodza­ju tocz­ka wią­za­ne­go pod szy­ją. O świe­żość tego nakry­cia gło­wy dba­ła zawsze cio­cia Waler­cia i zawsze był odpo­wied­ni do pory roku. Gdy wycho­dzi­łam za mąż dosta­łam od bab­ci jedwab­ną, czar­ną spód­ni­cę, któ­rą prze­ro­bio­no na mnie i wte­dy dopie­ro zda­łam sobie spra­wę, jaką oka­za­łą kobie­tą była bab­cia, a my zna­li­śmy ją jako staruszkę.

Pamię­tam ser­wis sto­ło­wy z dese­nia­mi fioł­ków, małe świecz­ni­ki noszo­ne na dło­ni (nie było elek­try­ki) i wiel­ką, metro­wą figu­rę Mat­ki Bożej, któ­rą nie wiem, czy bab­cia, czy jej mat­ka przy­nio­sła piel­grzy­mu­jąc pie­szo do Czę­sto­cho­wy. Z pamią­tek pozo­stał mały świecz­nik mosięż­ny, kowa­ny z żela­za kor­ko­ciąg, srebr­ny kie­li­szek, któ­re­go dno sta­no­wi 2 zł z Powsta­nia Listo­pa­do­we­go i ten zeszyt z wier­sza­mi Acha. Nad łóż­kiem Bab­ci wisiał do koń­ca jej życia wize­ru­nek św. Anto­nie­go prze­ma­wia­ją­ce­go do zwie­rząt. Sta­ra rama mozai­ko­wa jest chy­ba od tego obrazu.

Miesz­ka­li­śmy w domu bab­ci, więc jak­kol­wiek do koń­ca życia była samo­dziel­ną gospo­dy­nią i mia­ła swo­je miesz­ka­nie, czę­sto prze­by­wa­ła u nas. Stąd wro­sła głę­bo­ko w nasze życie. Gdy były­śmy z sio­strą doro­słe, zna­ła wszyst­kich mło­dych ludzi, kole­gów bra­ta, prze­wi­ja­ją­cych się przez nasz dom. Nie mie­sza­ła się do naszych roz­mów czy zabaw, a tyl­ko prze­su­wa­jąc się przez pokój obser­wo­wa­ła obec­nych. A zna­ła się na ludziach. Pew­ne­go dnia jed­ne­go z nich wska­za­ła mi z pouf­ną radą „wybierz tego, to bar­dzo dobry czło­wiek”. I nie zawio­dłam się idąc za jej radą.

Przy bab­ci prze­sie­dzia­łam wie­le godzin w cza­sie jej ostat­niej cho­ro­by (zapa­le­nie sta­wów) trwa­ją­cej ponad trzy mie­sią­ce. Byłam już wte­dy doro­sła i ona, osiem­dzie­się­cio­let­nia sta­rusz­ka, w dłu­gich roz­mo­wach opo­wie­dzia­ła mi całe swo­je życie, któ­re mogło­by być tre­ścią cie­ka­wej, chwi­la­mi bar­dzo tra­gicz­nej powie­ści, ale w któ­rej było­by dużo ser­ca, dobro­ci, wyro­zu­mia­ło­ści dla ludz­kich wad i prze­ba­cze­nia. W jej wspo­mnie­niach z dzie­ciń­stwa sły­chać było echa powsta­nia stycz­nio­we­go (stryj Teo­fil poszedł do powsta­nia), a potem w życiu pano­wa­ło hasło pozy­ty­wi­stycz­nej pra­cy od pod­staw według dewi­zy „módl się i pra­cuj”. W cho­ro­bie wyka­za­ła wiel­ki hart ducha i głę­bo­ką wia­rę. Ze stro­ny rodzi­ny dozna­ła wie­le ser­decz­no­ści. Nie mówię o jej rodzo­nych dzie­ciach, bo to zupeł­nie nor­mal­ne, ale zię­cio­wie i wnu­ki, wszy­scy byli zawsze goto­wi do obsłu­że­nia cho­rej, dla któ­rej miłość bliź­nie­go była naj­wyż­szym przy­ka­za­niem. Zmar­ła 12.X.1935 r., na dwa mie­sią­ce przed moim zamąż­pój­ściem. Pogrzeb bab­ci Anto­ni­ny był mani­fe­sta­cją uczuć rodzin­nych. Jed­na z obcych uczest­ni­czek wyra­zi­ła się o nim: „Widać było, że za tym kara­wa­nem idzie samo ser­ce”. Bab­cia była bar­dzo kocha­na, ale życie mia­ła nie­lek­kie, a rodzi­nę ogrom­nie liczną.

Feliks Kra­mar­ski (1853–1936), dzia­dzio autor­ki Książ­ki Babci.

Bab­cia i dzia­dek ze stro­ny ojca, Felik­sa z Kozłow­skich i Feliks Kra­mar­scy, mimo że dziw­nym tra­fem nosi­li jed­no imię, imie­nin nie obcho­dzi­li w tym samym dniu (bab­ka 20 listo­pa­da, dzia­dek 31 maja). Zapa­mię­ta­łam to sobie dobrze, bo przy oka­zjach imie­ni­no­wych życze­nia wygła­sza­li­śmy zawsze wier­szem, co wyma­ga­ło odpo­wied­nie­go przy­go­to­wa­nia, a mie­li­śmy ambi­cję, aby się nie powta­rzać. Pierw­szy ich wnuk, mój brat Marian, otrzy­mał imię dziad­ków, Feliks, Szczę­sny jako drugie.

Bab­ka Felik­sa była pra­wie prze­ci­wień­stwem Anto­ni­ny. Inte­re­so­wał ją świat, ludzie, stro­je, biżu­te­ria. Cha­rak­te­ry­stycz­ne było to, że gdy zda­rza­ło się mamie zacho­ro­wać na dłu­żej, bab­cia Anto­ni­na przyj­mo­wa­ła na sie­bie opie­kę nad cho­rą i dzieć­mi, bab­cia Felik­sa rzą­dy w kuch­ni. Goto­wa­ła świet­nie i była z tego dum­na (bab­cia Anto­ni­na daw­niej trzy­ma­ła kuchar­ki). Mówi­ła, że tę czy tam­tą przez nią goto­wa­ną potra­wę moż­na podać na cesar­ski stół. Zresz­tą nikt z nas nigdy nie gry­ma­sił, oprócz bra­ta Ada­ma, któ­ry miał odwa­gę do przy­zna­nia się, że mu coś nie sma­ku­je. Spe­cjal­no­ścią bab­ci było cia­sto zwa­ne „butry­mem”, obec­ne „czar­no bia­łe”, któ­re przy­rzą­dza­ła w tak spe­cy­ficz­ny spo­sób, że od tej pory żad­ne­mu z wnu­ków nie uda­ło się odtwo­rzyć bab­ci­nych sma­ków. Dru­gi bar­dzo wspa­nia­ły przy­smak to był sero­wiec. Na kru­chym spo­dzie kła­dła masę mig­da­ło­wą, aby cia­sto nie nabra­ło wil­go­ci od sera, któ­ry sta­no­wił wierzch­nią warstwę.

Felik­sa z Kozłow­skich Kra­mar­ska, bab­cia autor­ki Książ­ki Babci.

Bab­cia Felik­sa była nie­co młod­sza od Anto­ni­ny i uro­dzi­ła tyl­ko tro­je dzie­ci — synów, z któ­rych jeden zmarł w dzie­ciń­stwie. Jako bar­dzo dobra kraw­co­wa zwra­ca­ła wie­le uwa­gi na wygląd zewnętrz­ny. Sama zawsze była bar­dzo zadba­na. Nawet w póź­nych latach, gdy para­liż nie pozwo­lił jej poru­szać się o wła­snej mocy, z przy­jem­no­ścią oglą­da­ła pięk­ne stro­je i dla­te­go przed balem pod­jeż­dża­ły­śmy do dziad­ków, aby mogła się nacie­szyć wido­kiem swo­ich wnu­czek (jedy­nych, bo wnu­ków mia­ła wię­cej). Była wybu­cho­wa i gło­śno reago­wa­ła na nie­spo­dzie­wa­ne pod­nie­ty, w prze­ci­wień­stwie do swe­go męża, któ­ry był nie­sły­cha­nie opa­no­wa­ny i mało­mów­ny. Pamię­tam bab­ci zdu­mie­nie w cza­sie przed­sta­wie­nia „Jase­łek” w ochron­ce na Pół­w­siu, w któ­rym Marian i Janecz­ka bra­li udział jako akto­rzy. Dzia­dzio­wie przy­szli oglą­dać ich wystę­py i nagle bab­cia rozej­rzaw­szy się wśród audy­to­rium, zdzi­wi­ła się gło­śno: W jakiej kaście naro­du sie­dzi­my!, bo mat­ka bab­ci była z domu Zamoyska.

Od tej bab­ci dosta­łam pierw­szy w życiu pier­ścio­nek zło­ty z tur­ku­sa­mi, gdy skoń­czy­łam pięt­na­ście lat i prze­szłam do wyż­sze­go gim­na­zjum. Wte­dy zamiast czte­rech pozio­mych pasków na mun­dur­ku na ozna­cze­nie kla­sy przy­szy­to mi jeden zgię­ty: v, więc ubra­na w mun­du­rek, pier­ścio­nek wło­ży­łam na palec i pół dnia prze­sie­dzia­łam w tym stro­ju spo­glą­da­jąc raz po raz na zna­czek i na pier­ścio­nek. Taki czło­wiek był głu­pi. Bab­cia mia­ła dużo pier­ścion­ków i lubi­ła je nosić.

U dru­giej bab­ci, oprócz jed­nej brosz­ki, zresz­tą bar­dzo ład­nej, z zie­lo­nym kamie­niem, nie zauwa­ży­łam nigdy żad­nych ozdób.

Dzia­dzio, czło­wiek spo­koj­ny i zamknię­ty w sobie odno­sił się do żony z czu­ło­ścią i sza­cun­kiem, a listy, któ­re otrzy­mał od niej w cza­sach narze­czeń­skich, kazał sobie wło­żyć do trum­ny, co mu się speł­ni­ło po bar­dzo dłu­gim życiu, bo zmarł jako prze­szło osiem­dzie­się­cio­let­ni sta­rzec. Gdy otrzy­ma­łam tytuł magi­stra, dzia­dzio ofia­ro­wał mi naj­droż­szy przed­miot, jaki posia­dał: zło­ty, antycz­ny zega­rek kie­szon­ko­wy, nakrę­ca­ny klu­czy­kiem, z dewiz­ką, któ­rą mogłam nosić jako bran­so­let­kę. Bar­dzo się cie­szył, że jego chrzest­na cór­ka (czy­li ja) była w rodzi­nie pierw­szą kobie­tą z wyż­szym wykształceniem.

Dzia­dzio­wie Kra­mar­scy miesz­ka­li w róż­nych miej­scach w Kra­ko­wie, przy uli­cy Wiśl­nej, przy uli­cy Bato­re­go, dłu­gie lata przy uli­cy Sena­tor­skiej 3 na par­te­rze; na pię­trze miesz­ka­li stry­jo­stwo. Potem stryj prze­pro­wa­dził się do wła­snej wil­li na Sal­wa­to­rze i oczy­wi­ście dał dzia­dzio­wi pokój u sie­bie. Przy likwi­da­cji sta­re­go miesz­ka­nia zna­lazł dzia­dzio zabaw­ną książ­kę z wróż­ba­mi dla mło­dych panien i nam ją poda­ro­wał. Cóż to była za książ­ka, nie mogę odża­ło­wać, że zagi­nę­ła. Dopie­ro mia­ły­by­ście ucie­chę. Zawie­ra­ła sze­reg pytań odno­śnie przy­szło­ści i odpo­wie­dzi w for­mie wier­szo­wa­nej np.

„Co robi teraz twój ukochany?”

„W swym poko­ju na kana­pie śniąc o tobie smacz­nie chrapie”.

Następ­ne pyta­nie: „Jakie masz naj­mil­sze wspomnienie?”

„Gdy nas woda nio­sła, a on trzy­mał wiosła.

Inne: „Do jakie­go kwia­tu jesteś podobna?”

„Jako leśne dzwon­ki wśród zie­lo­nej łąki”

albo „natręt­na niby perz i bez pożyt­ku też”,

albo „podob­na do lilii, ozdo­ba familii”.

Mia­ły­śmy świet­ną zaba­wę, coraz to komuś pod­su­wa­jąc tę wróż­bę, nawet bab­ci Anto­ni­nie, któ­ra była bar­dzo poważ­ną matroną.

Jako pamiąt­kę po bab­ci Felik­sie, a raczej jesz­cze po jej bab­ci, Fran­cisz­ce z Zamoy­skich Kozłow­skiej, mam ksią­żecz­kę do modli­twy wyda­ną w r. 1835, w czer­wo­nej aksa­mit­nej opra­wie pt. Offi­cium codzien­ne z róż­nych naboż­nych ksiąg zebra­ne, a w niej obra­zek koron­ko­wy z datą 1891 r.. Mia­łam rów­nież srebr­ną bran­so­let­kę mister­nej robo­ty, któ­rą poda­ro­wa­łam Joli.

Mama autor­ki “Książ­ki Bab­ci” Hele­na Wil­czyń­ska-Kra­mar­ska (1882 — 1955) z naj­star­szym synem Maria­nem. Zdję­cie zro­bio­ne koło roku 1910.

Moja mama, Hele­na z Wil­czyń­skich Kra­mar­ska, była taka, jakiej życzy­ła­bym wszyst­kim dzie­ciom. Ponie­waż nie pra­co­wa­ła zawo­do­wo mogła się nam poświę­cić w zupeł­no­ści. Była nie­sły­cha­nie cier­pli­wa, zawsze pogod­na, dow­cip­na i mia­ła wiel­kie poczu­cie humo­ru, któ­re towa­rzy­szy­ło jej do koń­ca życia i robi­ło z niej oso­bę pożą­da­ną w towa­rzy­stwie, bo na uspo­so­bie­niu jej i umy­sło­wo­ści lata prze­ży­te i kło­po­ty nie zosta­wia­ły śla­dów. Poza tym była spo­strze­gaw­cza, mia­ła dużo tak­tu i szyb­ki refleks. Dzię­ki temu we wszyst­kich z nas wzbu­dza­ła zaufa­nie, ale nie tyl­ko w nas, rów­nież w naszych kole­żan­kach i kole­gach moich bra­ci, któ­rzy obie­ra­li ją sobie za powier­ni­cę. Była naszą naj­ser­decz­niej­szą przyjaciółką.