97-let­nia dzi­siaj Zofia Sie­mi­gi­now­ska z Mis­sis­sau­gi opo­wia­da o swych trau­ma­tycz­nych prze­ży­ciach z okre­su oku­pa­cji — uciecz­ce z trans­por­tu na robo­ty do Nie­miec w 1943 roku i powro­cie do domu, pie­szo spod Wied­nia w oko­li­ce Bochni.

Nazy­wam się Zofia Sie­mi­gi­now­ska, mam 97 lat, był rok 1943…

- Ale Pani Zofio, jak woj­na zaczę­ła się dla Pani?

Zofia Sie­mi­gi­now­ska: — Jak dla wszyst­kich było to strasz­ne, mia­łam 16 lat.

        No i był ten  rok 1943, 13 mar­ca, ni stąd i zowąd, zja­wił się poli­cjant  i do mamy, do taty mówi, że przy­szedł po mnie, żeby mnie zabrać, wywieźć na robo­ty do Niemiec.

- A gdzie Pani miesz­ka­ła? To była wio­ska na połu­dniu Polski?

-  Tak, to była wieś Wytrzyszcz­ka, tak się nazywała.

- Koło jakich miejscowości?

- Czchów, Brze­sko; mię­dzy Brze­skiem, a Sączem. U nas były wyso­kie góry.

        I przy­szedł ten poli­cjant. Ja się roz­pła­ka­łam, ale nie było wyj­ścia – chcia­łam nie chcia­łam — zebra­łam się… Popła­ka­li­śmy się; mama pła­ka­ła, ja też, i tato. Poli­cjant mówi, że on żąda —  tato miał konia — no więc, żeby nas zawiózł na poste­ru­nek do Czcho­wa. To było naj­bliż­sze takie małe mia­stecz­ko, żeby zawieźć tam na posterunek.

        Tata nie miał wyj­ścia, wziął konia i zawiózł mnie na ten posterunek .

- To tyl­ko Pani była wska­za­na na te roboty?

- Tyl­ko ja, nie wiem dla­cze­go mnie sobie tak upa­trzy­li. Zaje­cha­li­śmy. Już tam na tym poste­run­ku, on do mnie mówi, żebym mu przy­rze­kła, że nie uciek­nę, to mnie nie zamknie, tyl­ko zabie­rze do swo­je­go miesz­ka­nia, bo to była sobo­ta, a w ponie­dzia­łek dopie­ro odsta­wią nas do Brze­ska; bo to było powia­to­we więk­sze takie miasteczko.

        Poszłam do tego miesz­ka­nia, tam w nie­dzie­lę byłam, w ponie­dzia­łek pozbie­ra­li tam­tych wszyst­kich, bo mie­li chy­ba te 30 osób w  Czcho­wie i zawieź­li nas do Brze­ska do powia­to­we­go miasta.

- Mówi pani, 30 osób, to były kobie­ty, mężczyźni?

- Róż­nie było  zazwy­czaj star­si ode mnie; ja byłam mło­da i jesz­cze jed­na taka Tosia i od razu żeśmy się polu­bi­ły i razem żeśmy się trzy­ma­ły w tej celi w Brze­sku. A w celi było nas czte­ry kobie­ty. Trzy­ma­li chy­ba ze 3 dni  w tych celach bada­li spra­wę, czy to, czy owo. Jed­na z tych czte­rech mówi do nas, czy chce­cie żeby­ście nie jecha­li do tych Nie­miec; żeby­ście wró­ci­li do domów? Na to my, pew­nie że chce­my! Ona mia­ła papie­ro­sy i mówi, jak nam dadzą kawę na kola­cję, to ja te papie­ro­sy, ten tytoń roz­pusz­czę w tej kawie czar­nej, wypi­je­cie,  jesz­cze popa­li­my papie­ro­sów, tak że w ogó­le nie będzie­my zdol­ne do jaz­dy do tych Niemiec.

        Tak zro­bi­ła, dosta­li­śmy chle­ba kawa­łek, papie­ro­sy roz­mo­czy­ła w kawie czar­nej i jesz­cze kaza­ła nam popa­lić papierosy.

        Pro­szę pana, w gło­wie się tak krę­ci­ło, w ogó­le nie były­śmy do życia, to było już noc. Na co ona mówi, na pew­no rano żad­na nie poje­dzie do tych Nie­miec. Oka żeśmy nie zmru­ży­ły, bośmy były tak wykoń­czo­ne przez te papie­ro­sy, przez ten tytoń.

        Rano do leka­rza… Popa­trzył, wypi­sa­li nam już te doku­men­ty do Nie­miec, „wszyst­kie zdro­we”. Nic z tego. A myśmy były tak sła­be, w gło­wie się krę­ci­ło, na wymio­ty brało.

        Póź­niej prze­wieź­li nas już do Kra­ko­wa do tego słyn­ne­go wię­zie­nia na Mon­te­lu­pich. To jest okrop­ne wię­zie­nie, gehen­na była tam. Zapę­dzi­li nas na trze­cie pię­tro, a po scho­dach peł­no ludzi star­szych, myśmy się zdzi­wi­li, co ci ludzie tam robią i tak żeśmy się ich pyta­li, a oni mówią, że są zakład­ni­ka­mi, bo dzie­ci pouciekały.

        Nas na tym 3. pię­trze tak pousta­wia­li.  Gdzie kto usiadł, tam odpo­czy­wał, ale co tro­chę to woła­li na taką zbiór­kę na dzie­dzi­niec, a szcze­gól­nie w nocy nie było spa­nia, była zbiór­ka i po scho­dach z 3. pię­tra na dół.

        Z tego, co pamię­tam z tego wię­zie­nia, gdy już tam nazbie­ra­li tych ludzi tro­chę, zapę­dzi­li nas do łaź­ni. Tam nie było, pro­szę pana, ani wsty­du ani nic; wszy­scy się roz­bie­ra­li do naga męż­czyź­ni czy kobie­ty i wszyst­ko pod ten  prysz­nic, ubra­nia poszły do dezyn­fek­cji na wszy.

        Tam nas bada­li czy jeste­śmy zdro­wi, nie mamy wszy. Tam nas potrzy­ma­li ze trzy dni, póź­niej usta­wi­li wszyst­kich. To już było tak póź­nym popo­łu­dniem zaczem pozbie­ra­li tych ludzi  i pod wie­czór do pocią­gu  na sta­cję nas zapędzili.

        Cze­ka­li­śmy w tym pocią­gu chy­ba ze  dwie godzi­ny zanim jesz­cze wię­cej ludzi przy­wieź­li i była chy­ba ósma wie­czo­rem, jak ten pociąg ruszył. W każ­dym prze­dzia­le nas było czte­ry, w każ­dym był taki, jak­by to powie­dzieć, taki poli­cjant, czy ktoś, kto nas pil­no­wał, nawet do toa­le­ty, to też szedł. A na kory­ta­rzu też był jeden i wszyst­kich obser­wo­wał, jak się zachowują.

        I pro­szę pana, ruszy­li­śmy, i trud­no się mówi, jedzie­my. Ale pociąg sta­nął, jak Guber­nia się skoń­czy­ła, a wje­cha­li­śmy na teren Rze­szy. Oni (pil­nu­ją­cy — red.) już wszy­scy wte­dy powy­sia­da­li, już nie było ich z nami i tak żeśmy jecha­li. Nie spa­li­śmy, bo to czło­wiek był ner­wo­wo wykoń­czo­ny, głodny.

- Nie dawa­li żad­ne­go jedzenia?

- Nie. W tym wię­zie­niu, to nam dali jakiś tam kawa­łek chle­ba i tej czar­nej kawy do tego i to było wszyst­ko, a w pocią­gu to nie. I jak już wje­cha­li­śmy na teren Rze­szy, to już każ­dy był nasta­wio­ny, że jedzie­my już do tych Niemiec.

        Ale gdzieś nad ranem może 4. godzi­na była —  kole­żan­ka mia­ła zega­rek — pociąg sta­nął, zapu­kał do okna maszy­ni­sta i mówi do nas, cze­mu nie ucie­ka­cie? Ja wam daję czas, pociąg stoi, żeby­ście ucie­kli. Ten maszy­ni­sta mówi, że codzien­ne wywo­zi tysią­ce ludzi do Nie­miec na te robo­ty, a on nam daje tutaj moż­li­wość, żeby­śmy ucie­kli. A my, wie pan, głu­pie, mło­de, za tor­by cośmy tam mie­li i heja. I poszli­śmy. Pociąg poje­chał sobie, a my zosta­ły­śmy… I do Cie­bie Panie! Co teraz robić? Gdzie, jak, i którędy?

        Popła­ka­ły­śmy się, no ale Wola Boża. I tak idzie­my taką dro­gą koło torów kole­jo­wych, potem była nor­mal­na dro­ga, zoba­czy­ły­śmy,  męż­czy­zna idzie. No to chwa­ła Bogu, to już się dowie­my, gdzie jeste­śmy przy­naj­mniej. On się zbli­żył, oka­za­ło się, że był jakiś pół Polak. Pyta­my, gdzie my jeste­śmy, bo napraw­dę nie wie­dzia­ły­śmy,  a on mówi, że stąd jest oko­ło 60 km do Wied­nia. No to nam ręce opa­dły. No ale teraz coś trze­ba robić, to pyta­my się go, na pol­ski Kra­ków, któ­rę­dy iść, no to on nam wytłu­ma­czył, tro­chę po pol­sku, tro­chę tam jesz­cze po cze­sku, poka­zał, powie­dział, któ­rą dro­gą żeby­śmy szli,  „tam się dalej dowie­cie gdzie i którędy”.

        Na to my, chwa­ła Bogu, że wie­my, gdzie jeste­śmy, to idzie­my. Idzie­my, idzie­my, gdzieś tak tro­chę zro­bi­ło się po połu­dniu, zoba­czy­ły­śmy, że bli­sko jakieś cha­łu­py się poka­za­ły. A jesz­cze przed­tem była figu­ra Mat­ki Bożej, taka duża figu­ra. I myśmy pod tą figu­rą pro­szę pana usia­dły, popła­ka­ły­śmy się. Te wszyst­kie doku­men­ty tam żeśmy pod tą figu­rą zagrzebały.

        I  wola Boża; niech nas Mat­ka Boża prowadzi.

- To zna­czy te wszyst­kie pol­skie kennkarty?

- W Brze­sku nam dawa­li jakieś tam papie­ry, ale to cośmy dosta­ły, to żeśmy w tej zie­mi koło tej figu­ry Mat­ki Boskiej zako­pa­ły i żeśmy bła­ga­li, pro­si­li, żeby nas jakoś pro­wa­dzi­ła, bo to nie­wia­do­mo co będzie.

        Doszli­śmy do jed­ne­go duże­go domu, weszli­śmy, no i pro­si­my tego gospo­da­rza o kawa­łek chle­ba, czy nam da noc­leg, bo jeste­śmy zmę­czo­ne, a chce­my iść na pol­ski Kra­ków. I on mówi jakoś pół po pol­sku, pół po cze­sku, mówi chodź­cie, pój­dzie­cie na strych, tam wam poście­lę sło­mę i będzie­cie spać. Zapro­wa­dził nas, myśmy się tam poło­ży­ły, przy­nie­śli nam po krom­ce chle­ba i tej kawy czy her­ba­ty już też nie pamię­tam, ale żeśmy już trosz­kę się napi­ły i zja­dły, prze­spa­li­śmy się też, odpo­czę­li­śmy, odprę­ży­li­śmy się i tak mówi­my, że ludzie jakoś mają ser­ce, że się nie pyta­ją, kto my jeste­śmy, tyl­ko nas przy­ję­li. Bo to była woj­na, to było ryzyko.

        Rano wsta­ły­śmy dali nam też chle­ba kawa­łek i poszli­śmy. Podzię­ko­wa­li­śmy bar­dzo. Pyta­li­śmy się, gdzie to iść na ten pol­ski Kra­ków. Powie­dzie­li, że  to tam się kierować.

        Idzie­my, idzie­my, gdzieś tak koło połu­dnia —  a jesz­cze nam dora­dzi­li, żeby to, co mamy w tych tor­bach, te ubra­nia, bo każ­da sobie coś wzię­ła do tych Nie­miec na robo­ty, to żeby­śmy zosta­wi­li u tych ludzi, a wzię­li tyl­ko jakąś pod­ręcz­na tor­bę, naj­waż­niej­sze rzeczy.

        Idzie­my, idzie­my, i pro­szę pana, zoba­czy­li­śmy dwóch straż­ni­ków, chy­ba to była straż gra­nicz­na,  żoł­nie­rze. A myśmy się tak podzie­li­ły, że dwie szły naprzód, a dwie 100 kro­ków z tyłu.

- Razem 4 oso­by, z tego prze­dzia­łu wszystkie?

- Z tego prze­dzia­łu, z pocią­gu, dwie nas były mło­de, a dwie star­sze. Nam ręce opa­dły, jak żeśmy to zoba­czy­li, myśla­ły­śmy, że to już będzie z nami koniec. Ja naprzód szłam z tą kole­żan­ką a te dwie z tyłu. Im coś nie bar­dzo paso­wa­ło nas prze­pu­ści­li, a tam­te dwie, co były z tyłu, zatrzy­ma­li. Zaczę­li się pytać, one tam coś mówi­ły, ale domy­śli­li się chy­ba, że to jest jed­na pacz­ka i nas zawo­ła­li. Myśmy się wró­ci­ły i zno­wu tam zaczę­li­śmy bar­dzo pła­kać, bo wie­dzie­li­śmy co nas cze­ka. Zaczę­ły­śmy pro­sić, bła­gać, po rękach cało­wać, żeby nas puści­li, bo my chce­my iść na pol­ski Kra­ków, a oni mówią, tak my was prze­pu­ści­my – jeden mówił po pol­sku – my was prze­pu­ści­my, ale na gra­ni­cy i tak was zła­pią i tak nie doj­dzie­cie. Ale my mówi­my, że jakoś tam dojdziemy.

        Podzię­ko­wa­ły­śmy bar­dzo. To nas kosz­to­wa­ło bar­dzo dużo zdrowia.

        l tak żeśmy szli. Dzień żeśmy dokoń­czy­li, to już było pod wie­czór  i też jakiś dom zoba­czy­li­śmy, poszły­śmy tam i pro­si­my czy by nas wzię­li na noc­leg, a oni bar­dzo chęt­nie. W jakiejś tam staj­ni zno­wuż; w staj­ni mie­li takie jakieś pod­wyż­sze­nia i tam nam urzą­dzi­li spa­nie. Dali też nam chle­ba, her­ba­ty i tak żeśmy tro­chę odpo­czę­ły. Tak się pyta­my na pol­ski Kra­ków, jak tutaj dojść. Nam to wytłu­ma­czy­li, i tak żeśmy się roz­sta­li. Idzie­my, idzie­my. Tłu­ma­czył nam ten czło­wiek, u któ­re­go żeśmy noco­wa­li, że będzie góra, że musi­my bar­dzo szyb­ko prze­cho­dzić, bo tam jest straż i naj­le­piej będzie, jeśli pój­dzie­cie w połu­dnie, bo ci straż­ni­cy i te psy będą na lunchu.

        A pro­szę pana, ta góra gra­nicz­na wyso­ka; a śnie­gu po kola­na i my pro­szę pana idzie­my i to szyb­ko trze­ba było te nogi wycią­gać, krew się lała z nóg, bo to śnieg ostry.

        No ale, żeby tyl­ko przejść… A to wyso­ko było, żeby tyl­ko ostrych psów nie było, żeby tyl­ko.… No i doszli­śmy wie pan, obo­la­łe pokrwa­wio­ne i jesz­cze był taki mostek, jak gdy­by gra­nicz­ny, to już było czu­bek tej góry, tej gra­ni­cy i tam też jakaś straż sie­dzia­ła, ale że padał deszcz, lało jak z cebra to żaden nosa nie wysta­wił, myśmy szyb­ko prze­szli, weso­ło; bo nam mówi­li, żeby weso­ło, żeby nie dać poznać po sobie,  żeby ktoś się nie domy­ślił i my rze­czy­wi­ście gada­my, gada­my, idzie­my, śmie­je­my się,   ten mostek prze­szły­śmy i już jeste­śmy na pol­skiej stronie.

 - To była Gene­ral­na Gubernia?

- Wie pan nie wiem, napraw­dę, ale to była pol­ska strona.

        I pro­szę pana, zaraz jak żeśmy tyl­ko prze­szli na tę pol­ską stro­nę, tośmy się roz­pła­ka­ły i Bogu podzię­ko­wa­ły, że już jeste­śmy na pol­skiej stro­nie. Jakaś tam była cha­łu­pa i tam żeśmy zapu­ka­li, wyszła pani i pro­si­my, żeby może kawa­łek chle­ba, albo coś do picia, a ona nie chcia­ła nawet z nami roz­ma­wiać, zamknę­ła drzwi i nic. Myśmy pyta­li,  gdzie do pocią­gu, ona nam poka­za­ła, żeby zejść niżej, że tam jest przy­sta­nek i tam pociąg będzie jechał i rze­czy­wi­ście pociąg jechał do Tar­no­wa. Nam paso­wa­ło bo myśmy jecha­ły do Brze­ska. Jecha­li­śmy w tym pocią­gu z duszą na ramie­niu, żeby cza­sem jakaś kon­tro­la, bo to było w czas wojen­ny i jakoś szczę­śli­wie doje­cha­li­śmy do tej swo­jej sta­cji. Tam żeśmy  wysia­dły i te dwie star­sze od nas jed­na była z Borzę­ci­na, a dru­ga tam skądś.  A ta młod­sza co ze mną była, mia­ła tak nogi zra­nio­ne, skrwa­wio­ne, że po pro­stu mówię do niej chodź, pój­dzie­my do moje­go domu i tam u mnie zatrzy­masz się, wyzdro­wie­je­my  i ty i ja.

        Pro­szę pana, z tego Brze­ska przy­szli­śmy na sta­cję, pyta­my się czy jest jakieś połą­cze­nie, auto­bus czy jedzie do tej miej­sco­wo­ści, do tej Wytrzyszcz­ki, powie­dzie­li, że będzie gdzieś po połu­dniu. To ja mówię, chodź­my może  po dro­dze jakąś oka­zję tra­fi­my,  jakoś się dowle­cze­my do tej Wytrzyszcz­ki. I tak żeśmy zro­bi­ły, tam w Oko­ci­miu aku­rat­nie jecha­ła fur­man­ka i dowieź­li nas  bli­sko do Czcho­wa, tam żeśmy wysie­dli i doszli­śmy do moje­go domu.

        Obo­la­łe, bo obo­la­łe, ale cie­szy­li­śmy się, że przy­szli­śmy do domu, popła­ka­li­śmy się, rodzi­ce się cie­szy­li. I też spa­nie na stry­chu, bośmy się bali i nic nie było z tej ucie­chy, żeśmy się wró­ci­li. A spa­ły­śmy tyl­ko na stry­chu, a do jedze­nia,  mama uszy­ko­wa­ła śnia­da­nie czy obiad to my   scho­dzi­li­śmy do miesz­ka­nia, a tak to cały czas na strychu.

        I pro­szę pana, to chy­ba było na trze­ci dzień, my sie­dzi­my, obiad jemy, a idzie poli­cjant do nasze­go domu, to my szyb­ko na strych, on przy­szedł i  do mamy bar­dzo grzecz­nie mówi, że przy­szedł żeby się z cór­ką zoba­czyć, bo chciał poroz­ma­wiać, a mama mówi, że prze­cież pan ją zabrał; to był ten sam, co mnie zabrał;  a on mówi,  my mamy wia­do­mość, że cór­ka wró­ci­ła, ucie­kła i że jest. Ja z chcia­łem tyl­ko z nią porozmawiać.

        Mama weszła na scho­dy na strych i woła mnie. Ja zaczę­łam ryczeć, jak nie wiem co, bo dopie­ro czło­wiek wyszedł spod tego jarz­ma, a to zno­wu z powro­tem, ale przy­szłam do kuch­ni, on mówi  nie bój się, ja cię nie zabio­rę, ale chcia­łem się dowie­dzieć, jakim spo­so­bem tyś ucie­kła, jak to było. To już nie było wyj­ścia, ja mu zaczę­łam opo­wia­dać, że tak i tak, do Wied­nia było 60 km, żeśmy ucie­kły, on mówi, no to mia­ły­ście nie­wia­do­mo jakie wiel­kie szczę­ście od Boga, żeście prze­szli gra­ni­ce. I już nas nie zabie­rał tyl­ko chciał się dowie­dzieć, jakim spo­so­bem ja się dosta­łam przez te wszyst­kie granice.

        Potem już nigdzie się nie poka­zy­wa­ły­śmy, cały czas tyl­ko na tym stry­chu, ta kole­żan­ka te nogi goiła, bo to była jed­na rana; ja nie byłam tak pora­nio­na, bo mia­łam gru­be poń­czo­chy, to jesz­cze mnie jakoś chro­ni­ły, jakoś po tygo­dniu ona napi­sa­ła list do swo­jej rodzi­ny, a pocho­dzi­ła z Woj­ni­cza, żeby przy­je­cha­li po nią. No i rze­czy­wi­ście brat czy ktoś przy­je­chał i ją zabrał i tyle­śmy mie­li swo­je­go, a ja póź­niej cały czas się ukry­wa­łam, nigdzie nie wycho­dzi­łam,   no i tak się zakoń­czy­ło moje wędrowanie.

- To do 45. roku Pani się ukrywała?

- Nie, tak gdzieś z pół roku.

-A ten poli­cjant nie wydał Panią, nic już nie było?

- Nie,

- A pamię­ta Pani jak się nazywał?

- Jakoś Koczwa­ra, jakoś tak.

- Pani nie pra­co­wa­ła już w polu?

 — Nie, nigdzie nie wycho­dzi­łam w ogó­le się nie poka­zy­wa­łam, żeby się nie rzu­cać, bo to ktoś może obser­wo­wać albo coś.

- To pani Zofio pro­szę powie­dzieć o tej wio­sce, ile tam było domów?

- Wio­ska była bar­dzo górzy­sta, jesz­cze dru­gi dom był dołem koło szo­sy, a resz­ta była górą, bar­dzo górzy­ste tere­ny tam u nas były.

- A jak Panią zabra­li do tego Kra­ko­wa, to w tym wię­zie­niu gdzie tam kąpa­li, Pani mówi­ła, że tam byli ludzie, któ­rzy byli jako zakład­ni­cy trzy­ma­ni na Montelupich?

- Tak, jako zakład­ni­cy za syna czy za cór­kę, bo ta cór­ka czy sam ucie­kli, to oni zakład­ni­ków brali.

- Ucie­kli z trans­por­tów do Niemiec?

-  Nie, z domu ucie­kli i myśmy tak jak jesz­cze roz­ma­wia­ły, że nie daj Boże, żeby moją mamę zabra­li, dla­te­go że ja ucie­kłam; żeby moją mamę tu przy­wieź­li. Czło­wiek był taki już, że nie wie­dział co myśleć i co robić w tym wszyst­kim, w tym czasie.

- A Pani Zofio ten poli­cjant to był jeden na poste­run­ku czy było więcej?

- On był sam, tak że może  miał jakieś ser­ce, bo nie chciał mnie do tego aresz­tu tam w tym Czcho­wie zamy­kać, bo tam róż­ni byli też i męż­czyź­ni, to mówił, jak przy­rzek­niesz, że nie uciek­niesz to cię prze­no­cu­ję u sie­bie w tym miesz­ka­niu no i tak rze­czy­wi­ście prze­no­co­wał. Jesz­cze w nie­dzie­lę mama przy­szła, bo przy­nio­sła mi tro­chę pie­nię­dzy, pamię­tam, chy­ba z 300 zł.

- O to chcia­łem zapy­tać, jak panie jecha­ły pocią­giem potem.

– No wła­śnie zapo­mnia­łam powie­dzieć, że mia­łam na szczę­ście, że mama te pie­nią­dze przy­nio­sła, to ja jed­na mia­łam pie­nią­dze na pociąg, i kupi­łam te bile­ty dla nas czte­rech, bo jak­by nie było pie­nię­dzy to trze­ba było­by iść do Kra­ko­wa pie­cho­tą czy jak.

- A w pocią­gu był pol­ski konduktor?

- Tak ale­śmy się bali, na każ­dym kro­ku, co się gdzieś tam poja­wił ktoś,  w stra­chu jecha­ły­śmy do tego Brzeska.

– To ile paniom zabra­ła ta cała podróż?

– To tak docho­dzi­ło 2 tygo­dnie; za każ­dym razem ktoś tam pomógł, jakieś jedze­nie, coś dał. Jake­śmy byli po tej stro­nie nie pol­skiej, sło­wac­kiej to tak nas przyj­mo­wa­li, nawet w sobo­tę tośmy doszli do takie­go domu, były tam dwie dziew­czy­ny, a to była sobo­ta i poscho­dzi­ło się tam chło­pa­ków tro­chę, no i zaba­wę sobie zro­bi­li z tymi dzie­wu­cha­mi. Oni też tam gra­li, tań­czy­li, to nas też  woła­li, żeby­śmy tań­czy­li, a my się ruszać nie mogły­śmy, no ale tam żeśmy prze­no­co­wa­li u nich i bar­dzo ser­decz­nie i w ogó­le wszę­dzie nas jakoś tak to po tej sło­wac­kiej stro­nie  wszy­scy byli życz­li­wi, nato­miast w Pol­sce, czy się bali, czy co, to nie wiem, ale to już ich sprawa.

        Tak że prze­szłam; taki naj­gor­szy moment był chy­ba, jak tych straż­ni­ków żeśmy spo­tka­ły na gra­ni­cy tych 2 żoł­nie­rzy to też od nich zależało.

- A w jakich oni byli mun­du­rach, niemieckich?

– Nie, takie podob­ne do naszych, takie zie­lon­ka­we, sele­dy­no­we. No ale tro­chę mie­li ser­ca, że nam powie­dzie­li praw­dę, że oni nas pusz­czą, ale na gra­ni­cy nas złapią.

        Tam górzy­ste tere­ny też były bar­dzo wyso­ka ta góra to była też ciężko.

– Panie szły dro­gą asfal­to­wą czy raczej taki­mi polnymi?

- Róż­ne dro­gi były, jaką kto nam dora­dził, to taką żeśmy szli; i asfal­to­wą, i taką zwy­kłą, i w ogó­le, aby bli­żej tyl­ko do gra­ni­cy, do tej góry.

– Czy­li tak od pora­dy jed­ne­go czło­wie­ka do inne­go gospo­dar­stwa, do inne­go gospo­da­rza, któ­ry powie­dział, w któ­rym kie­run­ku iść; mapy żad­nej panie nie miały?

– No nie, skąd. Każ­de­go żeśmy się pyta­li, jak widzia­ły­śmy, że taki ktoś owszem szedł, to żeśmy się pyta­li, gdzie na pol­ski Kra­ków iść. To on nam wytłu­ma­czył po swo­je­mu tak i tak, ale żeśmy nic nie mie­li ze sobą, tyl­ko to co na sobie.

- A niech Pani powie Pani Zofio, jak to było w tej Pani wio­sce; cho­dzi­ła Pani do szko­ły do tego Czchowa?

– Nie, u nas była szkoła.

- Czte­ro­kla­so­wa?

- Pię­cio­kla­so­wa już póź­niej była, ale bar­dzo mile wspo­mi­nam całą szko­łę i nauczycieli.

– To ile było nauczycieli?

- Chy­ba tro­je nauczy­cie­li było; był kie­row­nik i dwie nauczy­ciel­ki,  dzie­ci przy­cho­dzi­ły do tej szko­ły z trzech wsi i tam taki jesz­cze  w Tro­piu kościół para­fial­ny jest bar­dzo zabytkowy.

- To Pani jed­na była na te robo­ty wzię­ta ze wsi? Bo chcia­łem zapy­tać, gdzie ci inni ludzie trafiali?

- Ja byłam nasta­wio­na, że jak­by mnie nie daj Bóg zabra­li to uciek­nę, bo moja sio­stra — ją zabra­li 2 lata wcze­śniej do Nie­miec na roboty…

- A ile Pani mia­ła rodzeństwa?

-Czwo­ro nas było; star­szą sio­strę zabra­li też,  bo to soł­tys wyzna­czał; przy­jeż­dża­li i trze­ba się było sta­wiać i odwo­zić tych ludzi do Czcho­wa wła­śnie czy do Brze­ska i sio­stra tra­fi­ła do Ząb­ko­wic  Ślą­skich, tra­fi­ła do bau­er­ki, któ­ra była bar­dzo nie­do­bra dla niej; mia­ła tak źle, że mama jej posy­ła­ła i chleb i ser i co mogła wysy­ła­ła, żeby tam jakoś przeżyła.

        Z wio­ski to chy­ba z 15 osób zabra­li, wte­dy jak sio­strę zabierali.

- Do bau­erów głów­nie, czy do fabryk?

- Z tego co wiem, moja sio­stra u bau­er­ki, inna była u bau­era, u ogrod­ni­ka i nawet jakiś tam był  w fabry­ce a jeden z nich ucie­kał podob­no i nie wró­cił w ogó­le, z tej gru­py co ich wte­dy zabra­li. Jeden nie wró­cił, a tak, to po tro­chu powra­ca­li szczę­śli­wie i z tego co opo­wia­da­li, to wyglą­da­ło na to, że moja z sio­stra mia­ła naj­go­rzej w tych Szwa­bach, w tych Niemczech.

-  Że była głodna?

- Tak głod­na była i trze­ba było robić, bo bau­er­ka była wście­kła, bo bau­era wzię­li na woj­nę i zgi­nął gdzieś tam pod Sta­lin­gra­dem czy coś, a ona była taka wście­kła, że bau­er zgi­nął, że woj­na  i  haro­wa­ła tymi ludźmi.

        Jesz­cze były tam trzy Ukra­in­ki razem i dwóch męż­czyzn jakiś tam było, nie pamię­tam skąd oni byli, ale haro­wa­li w tym polu.

- A kie­dy sio­stra wróciła?

- Sio­stra wró­ci­ła w 45. roku. To było na wio­snę, jak się woj­na skoń­czy­ła.  Ja nie pamię­tam już jak ona wra­ca­ła, wiem że pie­cho­tą szła z Brze­ska, bo pocią­giem przy­je­cha­ła. Tam, gdzie ona była, poje­cha­ła do Wro­cła­wia, a z Wro­cła­wia doje­cha­ła gdzieś, a z Brze­ska już szła pie­cho­tą w 2 oso­by szły i tak doszła do tego domu. Ale mówi­ła, że naha­ro­wa­ła się, tak że Pan Bóg dopo­mógł, że jakoś szczę­śli­wie przeżyła.

- Wyje­cha­ła Pani póź­niej z tej wioski?

- Na Zie­mie Odzy­ska­ne. Ludzie wyjeż­dża­li w poszu­ki­wa­niu pra­cy, chle­ba. Nas było 4 w domu to wie pan na wsi to ani pra­cy, ani nicze­go i wyje­cha­łam. Mia­łam kole­żan­kę, któ­ra wyje­cha­ła wcze­śniej do Legni­cy no i ona tam w tej Legni­cy miesz­ka­nie jakieś mia­ła, chło­pa­ka pozna­ła, napi­sa­ła do mnie list, mówi, jak chcesz, to przy­jeż­dżaj, to tutaj ci pra­cę zała­twię i jakoś tak będziemy.

        Pomy­śla­łam, rze­czy­wi­ście, jak ona jest to  mogę też tam poje­chać i tak się zło­ży­ło, że jecha­ła taka zna­jo­ma też, bo ona już była w Legni­cy i razem z nią się zabra­łam i dojechałam.

- Pocią­ga­mi?

- Pocią­ga­mi. Już wte­dy towa­ro­we jakieś były to się jecha­ło. To był 45. W tym samym roku jak się woj­na skoń­czy­ła, zaje­cha­łam do tej Legni­cy. Potem ona jakoś tam ze swo­im chło­pa­kiem zna­la­zła mi miesz­ka­nie, miesz­ka­łam już sama, potem zapo­zna­ła męża i tak już się to poto­czy­ło. Wyszłam za mąż, życie popłynęło.

- Od jak daw­na Pani tutaj jest, w Kanadzie?

- Chy­ba jestem ze 4 lata,  wyje­cha­łam do Kana­dy, bo jeden i dru­gi syn tu jest, a w Legni­cy niko­go nie mam, mąż umarł. Nie było mi łatwo wyjeż­dżać, tak się mówi wszę­dzie dobrze, ale naj­le­piej w domu. No ale jakoś tak raz u jed­ne­go syna, to u dru­gie­go syna i tak cho­dzę z tor­ba­mi to tu, to tam.

- Jak Pani patrzy na swo­je życie, to co w nim było naj­waż­niej­sze, jak­by Pani mia­ła komuś pole­cić jak żyć, to co by Pani mówiła?

- Jak żyć; przede wszyst­kim Bogu dzię­ko­wać za to, co się ma i modlić się, jesz­cze raz modlić, bo tyl­ko modli­twa doda­je siły i łaski w życiu. I pro­szę Pana, trze­ba tro­chę odwa­gi, bo na przy­kład jak w domu nas było 4, sio­stra wró­ci­ła z tych Nie­miec, to ona mówi, już  nigdzie nie będzie ruszać, bo już prze­szła swo­je, naha­ro­wa­ła się, a ja myślę sobie, ja jestem naj­młod­sza, to może na mnie kolej gdzieś iść i cze­goś szu­kać w świe­cie. Wie pan nie było to bar­dzo łatwo, bo czło­wiek był w domu przy­zwy­cza­jo­ny do domu rodzin­ne­go, do rodzi­ców, a trze­ba było spa­ko­wać waliz­kę i jechać w świat, i szu­kać tej pra­cy. Ale w Legni­cy pra­co­wa­łam w takich fabry­kach odzie­żo­wych, spo­tka­łam bar­dzo dobre kole­żan­ki,  tak że wca­le nie żało­wa­łam, że się wybra­łam i zna­la­złam jakiś kawa­łek chle­ba i tak to jest. Lata ucie­kły i teraz co Bozia da dalej to będzie, ale co prze­szłam to prze­szłam. Szczę­ście mia­łam wiel­kie od Boga. No ale wie Pan, ja tak zawsze wspo­mi­nam, że jed­nak Pan Bóg czu­wa, że Pan Bóg daje siły, że ta Mat­ka Boska też.

        Taka była wiel­ka figu­ra napraw­dę, chy­ba ze trzy metry ta figu­ra  mia­ła, jak żeśmy tam pod tą figu­rą sta­nę­li i tak przy­po­mi­nam sobie że jak…

        W koście­le Kol­be­go przy wej­ściu jest ta figu­ra Mat­ki Bożej, kie­dy wcho­dzę to zawsze się patrzę, że to jest ta sama figu­ra (łzy).

        Wie pan to się tak opo­wia­da, ale to nie było łatwo, nie było łatwo to wszyst­ko ryzy­ko­wać, prze­cho­dzić, no ale jakoś Pan Bóg dopo­mógł. Ale jak się ci Szwa­bii zachowywali…

- To Pani dosko­na­le pamię­ta do dzi­siaj wszystko?

- Wie pan, ja pamię­tam dla­te­go, bo to były bar­dzo cięż­kie chwi­le w życiu dla mło­dej dziew­czy­ny to naprawdę…

- Czy to był taki Pani pierw­szy wyjazd dale­ko, do Krakowa?

- Pierw­szy. Wie pan, bo na wsi to tak prze­cież nie było;  cho­dzi­łam do szko­ły,  były wyciecz­ki do Kra­ko­wa czy do Wie­licz­ki, czy gdzieś, ale nie było pie­nię­dzy. Nas było 7 ludzi w domu. Mama musia­ła kupić ubra­nie i  nie było za co, jak się nie uro­dzi­ło w polu, pie­nię­dzy nie było, no ale jakoś prze­ży­li­śmy, tro­chę żur się jadło, tro­chę kapu­stę, jakoś teraz wie pan, patrzy się na tych mło­dych ludzi, na tych wnu­ków moich, na to wszyst­ko, takie wygo­dy, a ja mój Boże pra­gnę­łam nie­raz chle­ba, nie­raz pro­si­łam mamę, żeby mi  dała jaj­ko, żebym poszła sobie kupić buł­kę, bo ja byłam naj­młod­sza, bo mi się chcia­ło jeść. Mama mi dała to jaj­ko poszłam, kupi­łam tę buł­kę, ale sama jej nie zja­dłam,  podzie­li­łam się z mamą, jesz­cze sio­strze dałam. To nie było tak jak teraz, wszyst­kie­go pod dostat­kiem. Tak że ja tyl­ko Bogu dzię­ku­ję, że jesz­cze jestem w tym wie­ku i że nicze­go mi nie bra­ku­je. Nie­raz jak sło­dzę sobie kawę czy her­ba­tę to dwie, trzy łyżecz­ki sypię, a Andrzej mówi,  po co mama tę „bia­łą z śmierć” sypie, a ja mówię, że nadrabiam…

roz­ma­wiał Andrzej Kumor