To taka prawda międzypokoleniowa.
Wszystko zaczęło się od tego, że spotkały się dwie osoby kobieta i mężczyzna. Spodobali się sobie i było im takie spotkanie bratniej duszy bardzo potrzebne. Zaczęło się łatwo, zaczęło się niewinnie. Ona opowiadała o swoich koleżankach, o swojej mamie. On opowiadał o swojej pracy, o swojej młodości. Tak jakby dwoje spadochroniarzy nie wiadomo dlaczego wylądowało na tej samej bezludnej wyspie. Mówią odpowiednie miejsce, odpowiedni czas. To że się spotkali to prawdziwe zrządzenie losu – istny cud. Byli sobie pisani. Tylko…
Dwa dni temu dowiedziałam się od niej, że chłopak (oczywisty dupek) zapomniał jej powiedzieć, że ma żonę. Coś mi tam od jakiegoś czasu nie szwankowało, bo od ponad roku spotykali się kilkakrotnie na lotniskach świata, ale nigdy w jego mieście. Pisali do siebie, dzwonili, snuli plany. Kiedyś zwróciłam jej uwagę że to dziwne, że ten chłopak nie ma żadnych kolegów, żadnej rodziny. Odpowiedziała mi, że on jest bardzo ‘nieśmiały’. No to okazała się, jaki jest nieśmiały! Taki nieśmiały, że zapomniał powiedzieć, że ma żonę. Gorzej niż kłamstwo o żonie, z którą się właśnie rozwodzi (a na pewno nie śpi), tylko tę żonę całkiem przemilczał. Rozdwojenie jaźni?
No ale kimże ja jestem żeby komukolwiek prawić morały?
– A skąd wiesz, że ma żonę? – nieudolnie próbowałam ją pocieszyć.
Okazało się, że jej koleżanka przysłała jej aktualne zdjęcie tego faceta w galerii handlowej z kobietą i z dziećmi.
– A skąd wiesz, że na tym zdjęciu to jest jego żona? – jako dobra koleżanka próbowałam jej rzucić koło ratunkowe, żeby dopłynęła cało do brzegu prawdy. Okazało się, że dupek przyparty do muru w końcu się przyznał. Bronił się tym, że to ona nigdy o to go wprost nie pytała. Czyli, że to jej wina, że nie powiedział jej o fakcie, że jest aktualnie żonaty i dzieciaty. Nie powiedział, bo go o to nie pytała. No co za skończony dupek (douchebag) – pomyślałam.
Wierzenie w mity. Przecież ona wiedziała od samego początku, tylko wierzyć nie chciała. Wolała żyć w fałszu.
Ale czy tylko ona? Kiedy przyjechałam do Kanady, moja koleżanka z pracy (dużo starsza ode mnie) opowiedziała mi historię innej jej koleżanki. Otóż jeden weteran, Stachu było mu na imię, udawał że jest samotny. Chodził do klubu, spotykał się z Zosią, często jej pomagał, ona mu gotowała polskie obiadki. Żona Stacha, Szkotka, została w Szkocji, bo nie lubiła Kanady. Jak się cała sprawa wydała? W bardzo brzydki sposób. Ta koleżanka koleżanki, pojechała kiedyś na lotnisko odprowadzić inną koleżankę, która pierwszy raz od wojny leciała do Polski. Na lotnisku spotkała Stacha spacerującego z damskim futrem na ręku. Na pytanie co robi z tym futrem odpowiedział od niechcenia, że czeka na żonę, która wraca z Florydy – a tu takie zimno. Tą znajomą, z którą Stach kręcił od lat i jej oczy mydlił, że jest tym jej wymarzonym, z którym spędzi resztę życia, a o mało co szlag nie trafił na miejscu. Musieli ją na tym lotnisku cucić. A Stachu, jak to Stachu – przyparty do muru obruszył się, że nigdy nie powiedział, że nie ma żony. No tak po prostu zapomniał powiedzieć, że ma żonę, nie w Szkocji, tylko w Toronto.
Uważajcie więc dziewczyny, przebierańców wszędzie pełno.

Michalinka, Toronto, 28 maja, 2026

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU