Wróciliśmy do Toronto z początkiem kwietnia. Mamy mniej niż miesiąc na skończenie rozliczenia podatków.
Napisaliśmy już wcześniej maila do naszej księgowej, która od czasu mego przejścia na emeryturę prowadzi nasze sprawy podatkowe, prosząc o wyrozumiałość. Rok temu, będąc w Polsce, dostarczyłem wszystkie dane mniej niż tydzień przed końcem kwietnia i pogrożono mi palcem, że w przypadku podobnego spóźnienia nie będziemy mogli liczyć na zakończenie oświadczeń podatkowych w terminie. 16-go kwietnia oddaję całą dokumentację. Jest dobrze, zdążyliśmy.
***
Wyjeżdżamy z rana do kościoła. Nie mogę wrzucić jedynki. Nawet dwójka ledwo wchodzi. A my do kościoła i do tego z wałówką na tradycyjne śniadanie czwartkowe, które odbywają się po mszy porannej. Kombinuję tak aby nie stawać po drodze, bo za każdym razem męczę drążek od skrzyni biegów i pewno wszystko inne po drodze. Sprzęgło niby trzyma; co jest?
Jakoś dojeżdżamy pod kościół. Dzwonię do naszego mechanika, Pana Piotra. Dzwonię z francuskiego telefonu, ale nikt nie chce odebrać telefonu z kierunkowego 33. W końcu dodzwaniam się. „Ach to Pan! – nie wiedziałem, kto może dzwonić z francuskiego numeru” – oznajmia Pan Piotr.
Ma pełno roboty, ale daje się ubłagać. Po mszy na parafii jest tradycyjne czwartkowe śniadanie. Tym razem zamiast skupić się na konwersacjach wokół stołu, siedzi mi w głowie czy i jak dojedziemy do warsztatu? W końcu prosimy znajomą o pilotowanie nas i jakoś dojeżdżamy. „Może być sprzęgło” – oznajmia Pan Piotr. To co najmniej tysiąc! Ile chcemy wydać na 17-to letni samochód. Musimy czekać na werdykt do następnego dnia. Na szczęście to nie sprzęgło. Okazuje się, że między pedałem w podłodze a sprzęgłem jest jakiś siłownik z płynem hydraulicznym, który wyciekł i przez to nie mogłem wcisnąć sprzęgła do końca i przerzucać biegów. Połowa ceny, da się wytrzymać.
***
Gdy zbudziłem się, Pani Basia leżała na podłodze koło łóżka z wykrzywioną twarzą. Coś się stało z lewą ręką. Spojrzałem na zegarek. Była czwarta nad ranem. Musiała spaść z łóżka. Teraz nie jest w stanie wstać o własnych siłach. Ma też siniaka koło oka. Potem zrozumiemy, że uderzyła głową w róg szafki nocnej – klika milimetrów dalej i mógłby być poważny problem z okiem.
Powoli zbieramy się z podłogi. Po 40 minutach udaje się nam jakoś ubrać, nie ruszając lewego ramienia, zejść po schodach na parter i wsiąść do samochodu. Jedziemy na pogotowie, bez zapiętego pasa, bo ból jest zbyt duży. Jest teraz koło piątej. Na szczęście na pogotowiu jest pusto. Szybko przechodzimy przez wstępny wywiad. Potem czekamy na rentgena ręki. Wstępnie wydaje się, że coś stało się koło łokcia, bo tam poszło główne uderzenie, tam jest zsinienie i opuchlizna i najbardziej boli. Technik od prześwietleń przebąkuje, że zdjęcie wygląda nieciekawie, a przecież oni nigdy niczego nie mówią pacjentom. Wracamy do lekarza dyżurnego. Jest jednak złamanie kości ramieniowej tuż poniżej głowy stawu i do tego z przemieszczeniem. Lekarz oświadcza, że chirurg będzie musiał zdecydować o leczeniu i czy trzeba będzie tą kość nastawić operacyjnie?
Okazuje się, że klinika urazowa nie funkcjonuje całodobowo i dostajemy jedynie skierowanie do przychodni. Pan doktor myśli, że wizytę będziemy mieli koło środy. Radzi też, aby tam zadzwonić zaraz w poniedziałek rano; jest sobota, 1-szy maja o świcie – to całe wieki. Ramię zostaje podwieszone na temblaku. Pani Basia dostaje też receptę na środki przeciwbólowe. Kilka dni później przyjdzie rachunek za temblak. Potem znajdziemy taki sam w aptece i – o dziwo – tańszy niż to co na rachunku ze szpitala.
W drodze powrotnej jakoś zapinamy pas w samochodzie. Później dodamy na siedzenie samochodowe dwie poduszki, aby było łatwiej wsiadać i wysiadać. Dostawiamy do łóżka dwa krzesła, aby choć trochę zabezpieczyć Panią Basię przed powtórnym wypadkiem. Zaczynamy też szukać barierki na łóżko. Walmart i inne miejsca sprzedają on-line sporo modeli. Okazuje się, że za sześćdziesiąt kilka dolarów moglibyśmy uniknąć tej całej niebezpiecznej sytuacji.
W poniedziałek rano, zaraz z rana jedziemy do kliniki. Dwie panie w recepcji rozkładają ręce. One nie ustalają grafika wizyt tylko anonimowe „planowanie centralne”. Wracamy do domu. Dzwonimy do planowania; okazuje się, że oni też czekają i to na powiadomienie z recepcji. Dzwonimy do recepcji, ale okazuje się, że pacjenci, jak my, nie mogą się do nich dodzwonić. Jakoś dodzwaniamy się na centralę szpitala i ci łączą nas z recepcją. W chwilę później dzwoni do nas planowanie. Mamy wizytę na środę. Nigdy nie dowiemy się czy mieliśmy jakiś wpływ na planowanie?
Na szczęście chirurg okazuje się bardzo do rzeczy. Nie namawia na operację. Widzimy też zdjęcia złamanej kości. Jest faktycznie przesunięta w stosunku do główki. Doktor nakazuje zdjęcie ręki z temblaka. Powinna w miarę możliwości zwisać wolno. W ten sposób jest nadzieja, że kość przemieści się sama na swoje miejsce i unikniemy ingerencji chirurgicznej. Następna wizyta pokaże, że pozycja kości w dalszym ciągu się poprawia a może być jeszcze trochę lepiej. Czekamy aż się to wszystko w końcu zacznie zrastać.
***
8 Maja, przy szpitalu klinicznym imienia księżnej Anny Mazowieckiej, w Warszawie, gdzie Stanisława Leszczyńska otrzymała dyplom położnej, odsłonięto rzeźbę upamiętniającą jej bohaterską misję w hitlerowskim obozie zagłady w Oświęcimiu. Pani Stanisława, nazywana „Mateczką”, więźniarka nr 41335, w nieludzkich warunkach obozowych przyjęła trzy tysiące porodów, nie tracąc ani jednego dziecka. Obóz przeżyło około 30 dzieci. Dzisiaj żyje jeszcze kilkanaście osób.
Stanisława Leszczyńska była cioteczną prababką Anny Lewandowskiej, żony Roberta Lewandowskiego. Matka Anny Lewandowskiej, Maria Stachurska, napisała o zmarłej krewnej książkę „Położna. O mojej cioci Stanisławie Leszczyńskiej”. Wyreżyserowała też film dokumentalny „Położna”.
Pani Leszczyńska trafiła do obozu koncentracyjnego za pomoc okazywaną Żydom w Łodzi. Przeżyła obóz i zmarła 11 marca 1974 r. W 1992 r. rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny.
***
Doug Ford próbował, ale mu nie wyszło. Widać, że doradcy premiera mają trudności z liczeniem. To, że nie mogą doliczyć się prowincjonalnego długu, bo to chyba za wielkie liczby, to nawet rozumiem – bo pewno lepiej nie wiedzieć – ale dziwię się, że nie wiedzą, ile kilometrów pasa startowego potrzebuje Challenger Bombardiera, aby się rozpędzić wystarczająco na rozbiegu.
No i okazuje się, że w Ontario ponoć nie ma zbyt wielu lotnisk na których Challenger mógłby się wystarczająco rozpędzić?
Widać teraz, że nasz premier musiał być niecierpliwy, bo zrobił to co Anglicy nazywają “Putting the cart before the horse”. Wystarczyło przecież zainicjować program wydłużenia pasa startowego na jakichś dziesięciu lotniskach na bliższej czy dalszej północy i protestujący złośliwcy mogliby się udławić swoimi argumentami.
Tak się też składa, że jestem poniekąd z branży. Na przykład TBM 960 to też piękny samolot, no trochę mniejszy, bo raczej nie ma miejsca dla obsługi, efektowne pomachanie żegnającym też chyba nie wchodzi w rachubę, bo schodków jest kilka i niepokaźne, ale za to nie można się na nich potknąć. Sądzę też, że nie kosztowałby nawet jednej trzeciej, mimo to doleciałby do każdego miejsca na bliższej i dalszej północy. Mało tego, wystarczy mu do latania tylko jeden pilot. Są też mankamenty. Nie da się nim dolecieć np. do Paryża bez kilku przystanków, ale za to na dość dalekiej północy.
No a gdyby Doug naprawdę chciał zaoszczędzić prowincjonalnego budżetu, kupiłby np. taki „KR-030 Topaz” z polskiej firmy Ekolot – choć istnieje sporo innych, podobnych maszyn. Kosztuje pewno niewiele więcej niż bryka premiera. Zasięg do tysiąca pięćset kilometrów wystarczy chyba na całe Ontario.
***
Księdza Tadeusza poznaliśmy w nietypowych okolicznościach. Kumpel z pracy, Birmańczyk, a było to jakieś trzydzieści pięć lat temu z okładem, wspomniał, że w ich parafii w Pickering pojawił się nowy wikariusz, kapłan z Polski. Na początek posprzątał całe gospodarstwo, co od razu zaskarbiło mu sympatię parafian. Kilka tygodni później znajomy z pracy zaprosił nas na obiad, był tam też ten ksiądz z Polski. Tadeusz Walczyk, pochodzący z Nawsie, z Rzeszowszczyzny. Znamy okolicę, bo to blisko Ropczyc, gdzie bywaliśmy u dziadków, rodziców mej śp. Mamy.
Ksiądz Tadeusz Walczyk rozpoczął studia seminaryjne jeszcze w Polsce, ukończył je w tutejszym seminarium św. Augustyna i został wyświęcony 30 kwietnia 1988 roku przez kardynała Cartera. Proboszczował w szeregu parafii między Mississaugą, Alliston i Barrie. Ostatnie kilka lat kieruje parafią św. Marka w Stouffville. W ramach dbałości o zdrowie i kondycję jeździ na nartach i gra w golfa tak często jak tylko możliwe. Jedziemy do Stouffville na mszę, aby pomodlić się wspólnie za łaskę jego kapłaństwa. To 38-ma rocznica. Wspomnienie na mszy jest wyjątkowo skromne, ale ksiądz Tadeusz cieszy się z naszej, trochę niespodziewanej wizyty. Po mszy zaprasza na plebanię. Wspólnie grillujemy kurczaka i otwieramy butelkę wspaniałego „Papale” z księżowskich zapasów.
***
Przedwczoraj, zszedłem wcześnie rano do jadalnego i poczułem zapach spalenizny. Takie uczucie może też być objawem neurologicznym albo rozwijającego się nowotworu. Jakoś sobie wytłumaczyłem, że to nie to a potem zająłem się czymś innym i sprawa wyleciała mi z głowy. Dzisiaj po południu jest to samo, Pani Basia potwierdza, a więc to nie medyczny omam! Być może mamy jakiś problem z instalacją elektryczną, a my niczego nie wiemy. Zaczynamy wąchać ściany i podłogę. Schodzimy do basementu. Oglądam kable wychodzące z tablicy rozdzielczej, przeglądam gniazdka i lampy sufitowe. Żadnego swędu nie czuć, ale w pokoju śmierdzi tak samo.
W końcu zaczynam kojarzyć różne fakty i dochodzi do mnie, dzieje się to wtedy, gdy w pokoju wisi moja nowa kurtka skórzana. Niedawno taką otrzymałem i musiała być czymś zaimpregnowana. Noszę ją dość często i zamiast w szafie, wieszam ją na krześle. Na dworze zapach nie jest wyczuwalny, ale w zamkniętym pomieszczeniu się kumuluje.
Problem niby rozwiązany, ale traktujemy to jako znak opatrznościowy. Dom ma sporo lat. Nasza tablica rozdzielcza jest niby wystarczająca, ale np. kuchenki indukcyjnej nie bylibyśmy w stanie zainstalować. Czas to wszystko przejrzeć i dopasować do obecnych realiów.
Leszek Dacko







































































