W marcu 2003 roku, w nagrodę za dobre sprawowanie, to znaczy – za odstąpienie Niemiec od strategicznego partnerstwa z Rosją – amerykański prezydent Józio Biden pozwolił ówczesnemu niemieckiemu kanclerzowi Olafowi Scholzowi, by Niemcy urządzały sobie Europę po swojemu.
Po początkowych zawirowaniach, związanych z objęciem stanowiska prezydenta USA przez Donalda Trumpa, nie było wiadomo, czy ta decyzja Józia Bidena nadal obowiązuje, czy też podzieliła los innych jego decyzji, to znaczy – wylądowała w koszu na śmieci. Teraz jednak, kiedy prezydent Donald Trump, po początkowym zawrocie głowy po powrocie do Białego Domu, zaczyna powoli odzyskiwać poczucie rzeczywistości, wygląda nie tylko na to, że tamto pozwolenie dla Niemiec zachowuje ważność, ale również – a może nawet przede wszystkim – że po wizycie w Pekinie Stany Zjednoczone zaczynają uczestniczyć w ustanawianiu porządku światowego, jaki, w ogólnych oczywiście zarysach, przedstawił Jerzy Orwell w swojej książce „Rok 1984”.
Jak pamiętamy, świat trwa w chwiejnej równowadze między trzema mocarstwami: Oceanią, Eurazją i Wschódazją, które albo walczą ze sobą na śmierć i życie, albo zawierają ze sobą przejściowe sojusze. Wygląda na to, że pod rządami Donalda Trumpa, Stany Zjednoczone powoli przyzwyczajają się, że już nie będą światowym hegemonem, tylko zostaną Oceanią. Że Europa pod zarządem niemieckim, będzie musiała opierać się na własnych siłach i podążać ku swemu przeznaczeniu, o którym jeszcze nie możemy powiedzieć nic pewnego – czy będzie tylko Europą, czy Eurazją- to znaczy – czy w perspektywie dojdzie do reaktywowania strategicznego partnerstwa Niemcy-Rosja – no, a że Wschódazja już się z tego chaosu wyłania, bo całkiem niedawno prezydent Trump dał swoim wschodnioazjatyckim sojusznikom do zrozumienia, że jeśli umieją liczyć, to niech liczą przede wszystkim na siebie.
Oczywiście zanim dojdzie to klarowanego wyłonienia się wspomnianych trzech mocarstw, czeka nas wiele paroksyzmów – ale wydaje się, że sytuacja świata nieuchronnie zmierza w tym właśnie, orwellowskim kierunku.
Wzbudza to szalone zaniepokojenie Naszych Umiłowanych Przywódców, którzy do tego stopnia poczuli się bezpiecznie za żywą tarczą 10 tys. amerykańskich żołnierzy w Polsce, że zaczęli naprawdę pociągać ruskiego tygrysa za ogon – a kiedy Amerykanie „wstrzymali rotację” i odesłali 4 tys., żołnierzy z Europy do Teksasu – wpadli w panikę.
W pielgrzymce przebłagalnej do Waszyngtonu wzięli udział obydwaj wiceministrowie obrony, panowie Tomczyk i Zalewski, daremnie próbując się dowiedzieć, co się dzieje, aż prezydent Trump napisał na Twitterze, że przyśle do Polski 5 tysięcy żołnierzy. Vaginet obywatela Tuska Donalda w widoczny sposób odetchnął z ulgą, chociaż zapis na Twitterze stanowi chyba jedyną gwarancję, że tak się naprawdę stanie.
Tymczasem w kwietniu tego roku Niemcy, w ramach urządzania Europy po swojemu, podnieśli swoje stosunki z Ukrainą do rangi strategicznego partnerstwa. Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, przeforsowawszy obalenie na Węgrzech Wiktora Orbana, nie miała już żadnych przeszkód, by na dalsze prowadzenie wojny przekazać Ukrainie 90 mld euro tak zwanej „pożyczki” (zwracać ma tę „pożyczkę” Rosja w ramach reparacji wojennych dla Ukrainy), a sekretarz generalny NATO, niewątpliwie przez Niemcy wypuszczony, zaproponował nawet, by wszyscy europejscy sojusznicy zgodzili się na płacenie Ukrainie stałego haraczu w wysokości 0,25 proc. PKB od każdego bantustanu. Państwa poważne ten pomysł wyśmiały – ale Polska i mocarstwa bałtyckie – wcale nie.
W tej sytuacji prezydent Zełeński, który i wcześniej ćwiczył wobec Europy postawę roszczeniową, nadal jakiejś ukraińskiej jednostce wojskowej honorowe imię ”Bohaterów UPA”. Wywołało to w naszym nieszczęśliwym kraju tak zwane mieszane uczucia – bo z jednej strony wprawdzie wiemy, że „Polska jest sługą narodu ukraińskiego” – jak nam w swoim czasie oznajmił rzecznik MSZ, pan Łukasz Jasina – ale z drugiej strony poczucie godności narodowej zmusza nas do reagowania w sytuacji, gdy Ukraińcy „srają nam na głowę” – jak się w swoim czasie wyraziła pani Krystyna Janda. Toteż zapanowało powszechne oburzenie, na fali którego pan prezydent Karol Nawrocki ogłosił zamiar odebrania ukraińskiemu prezydentowi Zełeńskiemu Orderu Orła Białego.
Jestem jednak pewien, że jeśli nawet do tego dojdzie, to prezydentowi Zełeńskiemu nie pęknie z tego powodu serce. Jak bowiem dobrotliwie wyjaśniła strona ukraińska, Ukraińska Powstańcza Armia to są jedyne heroje Ukrainy, ponieważ „walczyli z Rosją”. Najwyraźniej walka z Rosją w oczach Ukraińców musi usprawiedliwiać największe łajdactwa w rodzaju ludobójstwa i nie obchodzi ich specjalnie, co na ten temat sądzą Polacy.
Zresztą Polacy nic nie sądzą, bo w ich imieniu przemawiają Umiłowani Przywódcy, którzy jak ognia boją się, by przypadkiem nie narazić się Ukraińcom. Tak było i za komuny, z tą różnicą, że wtedy wszelka krytyka Partii była wodą na młyn zachodnioniemieckich rewizjonistów i odwetowców w rodzaju Hupki i Czai, no a teraz – wszelkie dąsy na Ukrainę są wodą na młyn Putina – co uświadomił naszym obywatelom obywatel Tusk Donald, ustami Księcia-Małżonka dając do zrozumienia prezydentowi Nawrockiemu, że jak będzie się koncentrował na przeszłości, to nie będzie miał przyszłości.
I tylko kibice podczas towarzyskiego meczu z Ukrainą we Wrocławiu, wygwizdali ukraińskich piłkarzy i ukraiński hymn – ale cóż, kiedy Ukraina wygrała dwa do zera – jak było zatwierdzone – a tamtejszy selekcjoner tak się radował, że nawet nie podał ręki swemu polskiemu odpowiednikowi.
No bo po cóż miałby się fatygować, skoro pan wicepremier Kosiniak-Kamysz, wraz z panem ministrem Domańskim, bez ustawowego upoważnienia, podpisał program SAFE? Wprawdzie pani Magdalena Sobkowiak-Czarnecka twierdzi, że „ani złotówka” nie pójdzie na Ukrainę, ale cóż z tego, skoro obywatel Tusk Donald właśnie opowiada, że jest „dogadany” z prezydentem Zełeńskim. „by pieniądze z SAFE mogły być efektywnie wykorzystane dla najlepiej pojętych wspólnych interesów”. W dodatku nie słyszałem, by ktokolwiek wypowiedział umowę, jaką minister Antoni Macierewicz 2 grudnia 2016 roku parafował z Ukrainą. Umowa ta w art. 12 przewiduje, że w sytuacji „stanu wojennego” Polska zobowiązuje się do „nieodpłatnego” przekazywania Ukrainie środków bojowych i niebojowych – słowem – wszystkich zasobów państwa. No to dlaczego prezydent Zełeński nie miałby nadawać ukraińskim jednostkom imienia „Bohaterów UPA” i nie przejmować się pogróżkami polskiego prezydenta o zamiarze odebrania mu Orderu Orła Białego?
Według planów niemieckich, w roku 2039 Bundeswehra ma być najsilniejszą armią w Europie. Według planów ukraińskich, uzbrojona po zęby armia ukraińska ma liczyć co najmniej 600 tys żołnierzy, czyli ma być drugą co do siły armią w Europie. No i Polska między nimi – a w niej – prawie 2 miliony Ukraińców, którzy w każdej chwili, gwoli zdyscyplinowania mniej wartościowego narodu tubylczego mogą zostać poderwani do „wołynki”. Czegóż chcieć więcej?
Stanisław Michalkiewicz




































































