Mate­usz Bujak przez zna­jo­mych uwa­ża­ny jest za cudow­ne­go waria­ta, kipią­cy życiem, try­ska­ją­cy ener­gią, lata­mi wal­czył z wła­snym bólem, z pasją leczy ludzi w kra­jach Trze­cie­go Świa­ta, zapa­lo­ny wspi­nacz, entu­zja­sta rowe­rów gór­skich, a jed­no­cze­śnie jeden z nie­wie­lu mło­dych leka­rzy w Toron­to, któ­rzy dosko­na­le wła­da­ją języ­kiem polskim. 

Goniec – Uro­dził się Pan w Kanadzie?
Mate­usz Bujak – Uro­dzi­łem się w  Kra­ko­wie, jak mia­łem czte­ry lata rodzi­ce wyje­cha­li naj­pierw do Chi­ca­go, a potem do Toron­to. Więk­szość swo­je­go życia miesz­kam w Toron­to, ale dużo podró­żo­wa­łem, pra­co­wa­łem w Kolum­bii Bry­tyj­skiej, potem w Edmonton.
 — Jako lekarz?
— Naj­pierw byłem fizjo­te­ra­peu­tą. To dobra pra­ca, ale byłem mło­dy i chcia­łem cze­goś wię­cej. Cią­gle się uczy­łem, zada­wa­łem pyta­nia, ale wte­dy mi tłu­ma­czo­no; a tym to zaj­mu­je się lekarz, tym nie musisz się mar­twić. “Nie muszę się mar­twić”,  ale chcę się tym mar­twić, bo dla mnie to było interesujące.
Posta­no­wi­łem zostać leka­rzem i zło­ży­łem poda­nie na wydział medy­cy­ny, dosta­łem się tutaj na Uni­wer­sy­tet Toron­toń­ski, myśla­łem, że wybio­rę orto­pe­dię, bo fizjo­te­ra­pia jest bli­ska, mógł­bym być chirurgiem…
    — Dla­cze­go zatem oftal­mo­lo­gia? Bliż­szy kon­takt z ludźmi?
— Nawet jak stu­dio­wa­łem, myśla­łem sobie: mogę robić wszyst­ko, ale oczy mnie nie inte­re­su­ją; nie chcę mieć do czy­nie­nia z przy­pad­ka­mi, gdy ktoś tra­ci oko. Powo­li, powo­li zorien­to­wa­łem się, że to napraw­dę  inte­re­su­ją­ca praca.
    — Dla­cze­go zatem okulistyka?
— W medy­cy­nie, wła­ści­wie w każ­dej spe­cja­li­za­cji czło­wiek ma kon­takt z ludź­mi. Więk­szość chi­rur­gów, jak robią ope­ra­cję – na przy­kład gdy czło­wiek miał raka – ludzie wycho­dzą  po ope­ra­cji i być może ura­to­wa­li­śmy im życie, jako leka­rze, ale coś stra­ci­li. Moi pacjen­ci, jak wycho­dzą po ope­ra­cji i nagle widzą – są bar­dzo szczę­śli­wi. Gdy ktoś ma sil­ną kata­rak­tę, to już na następ­ny dzień może widzieć. Dla mnie to jest olbrzy­mia satys­fak­cja, to natych­mia­sto­wa nagroda.
Mia­ło rów­nież zna­cze­nie  to, że ze wszyst­kich kie­run­ków medy­cy­ny naj­więk­szy wpływ w kra­jach roz­wi­ja­ją­cych się ma oftalmologia.
    — Skąd w ogó­le zain­te­re­so­wa­nie kra­ja­mi roz­wi­ja­ją­cy­mi się? Podró­żo­wał Pan wcze­śniej do Indii, Afryki?
— Po pierw­szym roku medy­cy­ny zro­bi­łem sobie rocz­ną prze­rwę. Mia­łem duży pro­blem z ple­ca­mi. Nie mogłem sie­dzieć. Doszło do tego, że w szko­le zaczę­li się zasta­na­wiać, czy mogę zostać leka­rzem, bo musia­łem zawsze klę­kać przed pacjen­ta­mi. Nawet na pięć minut nie mogłem  usiąść.
    — Uraz kręgosłupa?

- Mia­łem dys­ko­pa­tię, wyska­ki­wa­ły dwa dys­ki. To są sil­ne bóle. W szko­le medycz­nej są duże wyma­ga­nia, musia­łem się dużo uczyć; na wykła­dach sta­łem nie­kie­dy po 12 godzin z bólem. Nie chcia­łem brać środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych, żeby się móc uczyć.
Po pierw­szym roku mia­łem kło­po­ty, pomy­śla­łem, zro­bię sobie prze­rwę i spró­bu­ję wyle­czyć ple­cy. Dwa mie­sią­ce minę­ły i mi się nie poprawiało.
Stwier­dzi­łem, że jak ma mnie boleć, to po co mam być w Toron­to, gdzie i tak nie cho­dzę do szko­ły, kie­dy mogę poje­chać do Taj­lan­dii i tam się wspinać.
Byłem w takim sta­nie, że nie mogłem zro­bić wła­sne­go pra­nia, nie mogłem umyć pod­ło­gi, bo nie mogłem usiąść, i nie mogłem się wygi­nać, ale nadal mogłem się wspinać.
Byłem jak sta­ry czło­wiek, ojciec, mama mi poma­ga­li, z rze­cza­mi, któ­re nor­mal­ny czło­wiek mógł,  a ja nie mogłem zrobić.
W jed­nej rze­czy czu­łem się nadal mło­dy i sil­ny – to było to, że mogłem się wspi­nać; jak uwie­si­łem się na rękach, to ple­cy nie bola­ły. Pomy­śla­łem, że po co mam żyć w bólu tutaj, ucie­kam do Taj­lan­dii, będą się wspi­nał, miesz­kał na pla­ży – tam są jed­ne z naj­lep­szych warun­ków wspi­nacz­ko­wych na świe­cie – a może ple­cy mi się poprawią.
Poje­cha­łem do Taj­lan­dii. Za trzy dola­ry dzien­nie mia­łem swo­ją cha­tę na pla­ży i się wspinałem.
    — Skąd pieniądze?
— Mia­łem w ban­ku kil­ka tysię­cy dola­rów, pomy­śla­łem, że co? Pój­dę na welfa­re? Jak miesz­kam w  Toron­to, to mnie też kosz­tu­je, a nie jestem uży­tecz­ny, a tam wyda­ję trzy dola­ry dzien­nie, mogę się wspi­nać i nie czu­ję się jak inwalida.
W prze­ciw­nym wypad­ku czło­wiek mógł­by wpaść w depre­sję, a tam nie czu­łem się jak inwa­li­da i mogłem być sil­ny, robić takie rze­czy, któ­rych zwy­kły czło­wiek nie jest w sta­nie zrobić.
Byłem tam na pla­ży trzy mie­sią­ce i ostro się wspi­na­łem, wspi­na­łem się z jed­nym z  naj­lep­szych wspi­na­czy na świe­cie, któ­ry się nazy­wa Chris Sharma.
Po tych trzech mie­sią­cach uzna­łem, że czy się wspo­mi­nam, czy nie, to nie ma żad­ne­go zna­cze­nia. Czy się jutro obu­dzę, czy nie, o 9.00 czy o 11.00, to nie ma zna­cze­nia, bo i tak robię wszyst­ko dla sie­bie. I po tych trzech mie­sią­cach – to było faj­ne życie, bar­dzo przy­jem­na część moje­go życia, pomy­śla­łem, że “chcę mieć budzik”, chcę czuć sens. To, że ja się dobrze ostro wspi­nam, to jest dla mnie fraj­da, ale nic z tego nie wyni­ka. Pomy­śla­łem, że muszę coś inne­go zro­bić. Ponie­waż nie mogłem sie­dzieć, nie mogłem podró­żo­wać tak, jak inni ludzie.
    — Jak moż­na latać samo­lo­tem w takim stanie?
— Musia­łem stać.
    — Stać w samolocie?!
— 24 godzi­ny w bólu musia­łem stać, nie mogłem usiąść. Te loty były trud­ne. Mogłem nadal cho­dzić, mogłem się wspi­nać, nie mogłem sie­dzieć; jak jecha­łem auto­bu­sem, musia­łem leżeć na pod­ło­dze, tak że ludzie po mnie deptali.
Naj­pierw przez dwa tygo­dnie miesz­ka­łem z pry­mi­tyw­nym ple­mie­niem w Indo­ne­zji, ale potem posta­no­wi­łem iść do Nepa­lu, bo w Nepa­lu są szla­ki i moż­na tygo­dnia­mi cho­dzić, a cho­dze­nie było OK.
Poje­cha­łem do Nepa­lu, ale kie­dy wsze­dłem na więk­szą wyso­kość, to zaczę­ły mnie nie­sa­mo­wi­cie boleć ple­cy. Nie wie­dzia­łem o tym wcze­śniej, ale gdy jest mniej­sze ciśnie­nie atmos­fe­rycz­ne, to dys­ki się powięk­sza­ją – jak dosze­dłem do 5600 metrów – musia­łem wrócić.
Wró­ci­łem do miej­sca, gdzie była taka  kli­ni­ka, i pozna­łem leka­rza, któ­ry tam głę­bo­ko w górach pra­co­wał. To było w ramach Hima­lay­an Rescue Association.
Powie­dzia­łem mu, że jestem stu­den­tem medy­cy­ny, i zapy­ta­łem, czy mogę z nim pra­co­wać. Zgo­dził się.
Tam zła­pa­łem tego bak­cy­la. Widzia­łem tych pacjen­tów. Mia­łem takie­go pacjen­ta, z któ­rym każ­de­go dnia rano piłem her­ba­tę. Był nie­wi­do­my, miał kata­rak­tę w obu oczach. Nie myśla­łem wte­dy o oftal­mo­lo­gii, ale potem jak wró­ci­łem po tym roku…
    — Popra­wi­ło się z plecami?
— Nadal mia­łem pro­ble­my i nawet musia­łem ukry­wać to przed szko­łą, mar­twi­łem się, że jak ktoś zoba­czy, że mam pro­blem z ple­ca­mi, to nie wezmą mnie na rezy­den­tu­rę do szpi­ta­la. Jak ktoś robi prak­ty­kę, to musi być odpo­wie­dzial­nym pra­cow­ni­kiem. Jak pra­co­wa­łem w szpi­ta­lu, okła­da­łem ple­cy lodem i pod kurt­ką kry­łem, że mam lód na plecach.
Ale z roku na rok tro­szecz­kę mi się poprawiało.
Wie­dzia­łem, że pierw­sze lata będą trud­ne, bo mia­łem rok prze­rwy – nie popra­wi­ło mi się, nie mogę dalej być bez pra­cy, mia­łem pasję do medy­cy­ny, i muszę przez to przejść. Z roku na rok trosz­kę mi się popra­wia­ło i bar­dziej się zain­te­re­so­wa­łem oftal­mo­lo­gią, bo jest to pra­ca, gdzie moż­na pra­co­wać za gra­ni­cą w bied­nych kra­jach i że ma to wiel­kie oddziaływanie.
Gdy w bied­nym kra­ju ktoś jest nie­wi­do­my, to ma to olbrzy­mi wpływ na całą rodzi­nę, tam nie ma żad­nych usług socjal­nych, żad­nej pomocy.
    — Ktoś się musi zaj­mo­wać, ktoś musi mu dać jeść?
— Dokład­nie tak. Na  jed­ne­go czło­wie­ka nie­wi­do­me­go musi być dru­gi, któ­ry nie może pra­co­wać, aby mu poma­gać. Gdy ktoś odzy­sku­je wzrok, cała rodzi­na ma więk­sze szan­se, może wycho­dzić z bie­dy. Czę­sto oso­bą star­szą opie­ku­je się dziec­ko i to dziec­ko nie może iść do szkoły.
Nie­daw­no pra­co­wa­łem z World Health Orga­ni­za­tion w ramach pro­jek­tu Mil­le­nium Vil­la­ges. Wybra­li 20 rejo­nów w Afry­ce i zasta­na­wia­li się, jak popra­wić stan­dard życia: zdro­wie, rol­nic­two, gospo­dar­kę, żeby pod­nieść cały rejon z bie­dy. Zro­bi­li błąd, że nie pomy­śle­li o wzro­ku, o oczach, rodzi­ny były nadal w bie­dzie, bo ktoś był niewidomy.
Lekarz, z któ­rym pra­co­wa­łem w ubie­głym roku, został popro­szo­ny, żeby zro­bić osza­co­wa­nie wpły­wu wad wzro­ku na sytu­ację w danych kra­jach. On powie­dział, że za pie­nią­dze, któ­re mu dają, nie tyl­ko zro­bi takie osza­co­wa­nie, ale też wyle­czy wszyst­kie moż­li­we do ule­cze­nia prze­pad­ki śle­po­ty w danej oko­li­cy. On to zro­bił i z nim pra­co­wa­łem w Afryce.
Zorien­to­wa­łem się, że ofta­mo­lo­gia pozwa­la na karie­rę, z któ­rej jest bar­dzo dużo przyjemności.
Wie­dzia­łem też, że chcę być chi­rur­giem, lubi­łem mieć to wyzwa­nie, żeby coś zro­bić ręka­mi. Chi­rur­gia to taka dzie­dzi­na, gdzie trze­ba dużo myśleć, ale nadal jest manu­al­na; mikro­chi­rur­gia; pod mikroskopem.
Czę­sto jak ope­ru­ję, wyda­je mi się, że to jest bar­dzo podob­ne do wspinania.
Ostat­nio zro­bi­łem taką ska­łę El Capi­tan, jed­ną z naj­bar­dziej zna­nych skał w świe­cie, pio­no­wo 3000 stóp, w Yose­mi­te Park w Kali­for­nii. Obok mnie wspi­na­li się  Pola­cy. Byli ludzie z Włoch, z Bra­zy­lii. Tam czę­sto trze­ba na ska­le spać. I przy tego rodza­ju dużych wspi­nacz­kach czło­wiek budzi się na ścia­nie i ma stres, nie chce tam być, pyta sam sie­bie, co ja tutaj robię. Jest trud­na sytu­acja, boję się, że nie jestem wystar­cza­ją­co sil­ny,  to, tam­to… I trze­ba to prze­zwy­cię­żyć; jestem tysiąc stóp nad zie­mią i muszę dalej iść; muszę to skoń­czyć, muszę się na tym sku­pić, a nie mar­twić tym, że spad­nę; muszą się skon­cen­tro­wać na tym, gdzie posta­wić nogę, a gdzie rękę.
I w chi­rur­gii jest tak samo – dla­te­go tak mnie bio­rą te moje dwie pasje.
Chi­rur­gia jest taka sama. Jestem w Afry­ce, robię prze­szczep i nagle nie ma prą­du – muszę sobie świe­cić lamp­ką, bo mam oko otwar­te, jak czło­wiek ruszy gło­wą, może je stra­cić, nie mam dobre­go sprzę­tu, ale zaczą­łem i muszę to skoń­czyć; muszę się sku­pić na tym, co robię. I moją naj­więk­szą siłą jest to, że w takich sytu­acjach potra­fię się sku­pić, potra­fię się skoncentrować.
    — Gdzie Pan był w Afryce?
— Po Nepa­lu, posze­dłem na oftal­mo­lo­gię, uda­ło mi się ukoń­czyć, zro­bi­łem rezy­den­cję, po tej rezy­den­tu­rze posze­dłem do Orbis – to taka ini­cja­ty­wa, mają samo­lot szpi­tal – DC10 – lata­ją do róż­nych kra­jów i robią operacje.
Byłem pierw­szym rezy­den­tem z Kana­dy w tym ORBIS. Tak jakoś wyszło, że pod­czas tego same­go tur­nu­su lotów był chi­rurg, Geof­frey Tabin. To jest też jeden z naj­bar­dziej zna­nych wspi­na­czy w Sta­nach. Był pierw­szym Ame­ry­ka­ni­nem, któ­ry zdo­był wszyst­kie 7 naj­więk­szych szczy­tów Zie­mi. Był też nagro­dzo­ny przez Dalaj­la­mę,  napi­sa­no też o nim nie­daw­no książ­kę, któ­ra była na liście best­sel­le­rów “New York Timesa”.
Pra­co­wa­łem z nim w Etio­pii, pozna­łem go tam, poroz­ma­wia­łem, było faj­nie i posta­no­wi­łem zająć się tą samą dys­cy­pli­ną, któ­rą on się zaj­mo­wał – prze­szcze­pa­mi rogówki.
Ope­ro­wa­łem w Indiach, a potem na Fili­pi­nach. To mi przy­nio­sło wie­le satys­fak­cji, ale musia­łem zro­bić spe­cja­li­za­cję, żeby nauczyć się transplantacji.
Zło­ży­łem poda­nie do Uni­ver­si­ty of Southern Cali­for­nia, żeby tam się szko­lić jako fel­low. To był wspa­nia­ły okres, bar­dzo dobra szko­ła, a poza tym mia­łem rower; było wspi­na­nie. Koń­czy­łem już ten rok i zadzwo­nił do mnie ten Geoff Tabin. Mówi – Mate­usz, sły­sza­łem, że jesteś w Kali­for­nii. – Mówię, że tak. – To mam pro­po­zy­cję dla cie­bie – chodź do mnie, popra­cuj rok, będzie­my robi­li prze­szcze­py w Nepa­lu, w Afry­ce i spró­bu­je­my zacząć uczyć ich prze­szcze­pów w Afryce.
Już wte­dy ofe­ro­wa­li mi pra­cę w UofT, chcie­li, żebym tu wró­cił. Pra­cę aka­de­mic­ką trud­no zna­leźć i każ­dy mi mówił – Mate­usz czy ty jesteś cho­ry, jak nie weź­miesz tej pra­cy teraz, to ktoś inny ją weź­mie, zawa­lisz wszystko.
Zadzwo­ni­łem, powie­dzia­łem im, że chcę jechać do Nepa­lu, do Afry­ki i zapy­ta­łem, czy zatrzy­ma­ją dla mnie sta­no­wi­sko. Odpo­wie­dzie­li, że nie ma gwa­ran­cji, ale posta­ra­ją się.
I to mi wyszło – zatrzy­ma­li mi pracę.
Mia­łem wspa­nia­ły okres. Trzy mie­sią­ce w Nepa­lu. Tam robi­łem trans­plan­ty na cały Nepal i pół­noc­ne Indie.
    — Jest pro­blem z dawcami?
— W Kana­dzie jest, w Sta­nach nie ma.
    — A tam?
— W Nepa­lu nie jest źle,  pra­co­wa­li­śmy w Til­gan­ga Insti­tu­te, koło świą­ty­ni hin­du­skiej. Mni­si  roz­ma­wia­li z rodzi­na­mi, a gdy rodzi­na się zgo­dzi­ła, wyj­mo­wa­li­śmy oczy pod­czas pochów­ku przy rze­ce. W hin­du­izmie jest taki zwy­czaj, że jak ktoś umie­ra, wkła­da­ją nogi do rze­ki, aby świę­ta rze­ka oczy­ści­ła nogi, przez któ­re z czło­wie­ka wycho­dzą grze­chy. Gdy zmar­ły miał nogi w rze­ce,  na oczach rodzi­ny wyj­mo­wa­łem mu oczy. Potem tru­pa spa­la­li  i wrzu­ca­li do wody.
    — Do jakie­go cza­su moż­na pobie­rać rogówkę?
— Musi­my zdą­żyć 12 do 24 godzin. Tam w Nepa­lu mie­li­śmy tyl­ko 2 – 3 dni, aby doko­nać prze­szcze­pu. Tutaj mamy inne pły­ny może­my cze­kać 10 dni, mamy wię­cej czasu.
    — W jakich sytu­acjach robi się transplantację?
— Gdy są infek­cje, nastę­pu­je degeneracja…
    — W kra­jach Trze­cie­go Świa­ta ze wzglę­du na brak higie­ny czy jest wię­cej infek­cji oczu?
— Jest wię­cej, przez to jest wię­cej scho­rzeń rogów­ki. Jest to dru­ga naj­więk­sza przy­czy­na śle­po­ty. Naj­więk­sza to są kata­rak­ty – zaćma. 90 proc. ludzi,  u któ­rych scho­rze­nie rogów­ki powo­du­je śle­po­tę, żyje w kra­jach roz­wi­ja­ją­cych się.
    — To jest pro­sto usunąć?
— Dość pro­sto, ale trze­ba mieć tkan­kę. W Afry­ce jest kło­pot z daw­ca­mi, mają prze­są­dy, że jeśli komuś wyj­mie­my oko, to w zaświa­tach będzie niewidomy.
W Nepa­lu pra­co­wa­łem naj­pierw w Kat­man­du, a potem w Janak­por. Strasz­na bie­da. Robi­łem kata­rak­ty. Szli­śmy do cata­ract camp, gdzie mie­li­śmy tra­ga­rzy, bra­li­śmy gene­ra­to­ry i robi­li­śmy usu­wa­nie katarkt w górach – ludzie są tam tak bied­ni, że nawet 80 km jest dla nich za dale­ko, żeby dojechać.
W Afry­ce jest oftal­mo­log na 300 – 500 tys. ludzi. Naj­więk­szy pro­blem nie­wi­do­mych jest w Afry­ce. Geoff Tabin z tą gru­pą stwo­rzy­li w Nepa­lu napraw­dę dobry sys­tem. Wysy­ła­li z Nepa­lu leka­rzy do Korei Pół­noc­nej, żeby tam ope­ro­wać, wysy­ła­li do Bir­my, do Tybe­tu, Buta­nu, a teraz zaczy­na­ją to robić w Afryce.
    — Nie cią­gnie Pana tam?
— Mam teraz  prak­ty­kę na  uni­wer­sy­te­cie, bar­dzo dobrą pra­cę, ale chcę każ­de­go roku wyjeż­dżać, gdzieś na mie­siąc, żeby pomóc w kra­jach Trze­cie­go Świa­ta – taki mam plan.
    — A jak się skoń­czy­ło z kręgosłupem?
— Z cza­sem prze­szło. Powo­li, powo­li. Czu­łem się jak sta­ry czło­wiek, a teraz, kie­dy tyl­ko mogę sko­czyć na rower, to idę, bo czu­ję się, jak­bym miał dru­gą mło­dość.  Wszyst­ko jest byczo.
Z cza­sem, jak czło­wiek sta­rze­je się, dys­ki robią się mniej płyn­ne i wra­ca­ją. Mia­łem zawsze nadzie­ję, że to się popra­wi. Jak zaczy­na­łem ofta­mo­lo­gię, wybra­łem karie­rę, gdzie trze­ba sie­dzieć. Pomy­śla­łem, zary­zy­ku­ję – chcę to robić, mam nadzie­ję, że mi przej­dzie. I prze­szło! Teraz robię ope­ra­cje, gdzie sie­dzę pod­czas prze­szcze­pu ok. 2,5 godzi­ny i wszyst­ko jest OK.
    — Jakie pro­ble­my oku­li­stycz­ne są czę­ste tutaj, w Kanadzie?
— Kata­rak­ty, choć jest to coś, co dzi­siaj moż­na bar­dzo łatwo napra­wiać. Wzrok się pogar­sza i pogar­sza i czę­sto ludzie są zasko­cze­ni; nie zda­wa­li sobie spra­wy, że ich wzrok był taki zły i po ope­ra­cji czu­ją się dużo lepiej, nawet się nie orien­to­wa­li, że kolo­ry ina­czej wyglądają…
    — Przy­zwy­cza­ili się do złe­go widzenia?
— Każ­de­go dnia tak się to powo­li pogar­sza­ło i na przy­kład bia­ły widzą jako różo­wa­wy. I po ope­ra­cji nagle czer­wo­ny jest czer­wo­ny, bia­ły, bia­ły. Dzi­wią się, że jest taka duża zmiana.
To co jest groź­ne, to glau­ko­ma. Bo glau­ko­ma to wyso­kie ciśnie­nie w oku. Czło­wiek tego nie czu­je i powo­li tra­ci wzrok, a jak widzi, że ma zły wzrok, to już jest za późno.
    — Jak czę­sto trze­ba badać oczy?
— Zale­ży od wie­ku, jeśli ktoś ma ponad 50 lat, to co naj­mniej co dwa  lata. Jeśli ma histo­rię w rodzi­nie, powi­nien co roku albo czę­ściej, zale­ży jakie ma problemy.
    — Naj­więk­szą satys­fak­cję z wyko­ny­wa­nia zawo­du ma Pan w Trze­cim Świecie?
— Nie­ko­niecz­nie. Cza­sa­mi medy­cy­na jest trud­na, dłu­gie godzi­ny, trud­ne przy­pad­ki, dużo pra­cy, ale mia­łem kil­ka takich chwil, że dla tej jed­nej ope­ra­cji, jed­ne­go przy­pad­ku – war­to było.
Z pra­cy w kra­jach roz­wi­ja­ją­cych się mam wiel­ką satys­fak­cję, bo poma­gam tam ludziom w całym regio­nie, a poza tym, uczę miej­sco­wych leka­rzy; uczy­my ich, jak prze­szcze­piać, uczy­my, jak usu­wać kata­rak­ty, i ludzie uczą następ­nie kolejnych.
Ale tutaj, w Kana­dzie, mam rów­nież wie­le satys­fak­cji, na przy­kład tu na mojej lodów­ce mam zdję­cie – facet 88 lat, dał mi kil­ka dni temu – zro­bi­łem u nie­go trans­plant – w latach 40. upra­wiał zapa­sy – dał mi zdję­cie i pod­pi­sał z tyłu.
To chy­ba nie­praw­do­po­dob­nie wspa­nia­ła rzecz móc ponow­nie widzieć. Mia­łem pacjent­kę, dziew­czy­nę 33 lata – zro­bi­łem jej ope­ra­cję dwa tygo­dnie temu – prze­szczep. Mia­ła tyl­ko jed­no oko, i to oko stra­ci­ła, więc nie widzia­ła nawet, ile pal­ców poka­zu­je się jej przed twa­rzą, mogła sła­bo reje­stro­wać ruch – czy ktoś ruszył ręką, czy nie. Nie mogła funk­cjo­no­wać nor­mal­nie, była pro­wa­dzo­na. Zro­bi­łem jej trans­plan­ta­cję i na następ­ny tydzień przy­cho­dzi do mnie i sama weszła do poko­ju… To jest dla mnie wszystko!
Jed­no z naj­bar­dziej pozy­tyw­nych doświad­czeń mam z Nige­rii. Wzią­łem do samo­lo­tu tkan­kę z Kana­dy, przy­le­cia­łem do  Nige­rii, poje­cha­łem do szpi­ta­la, tam robi­łem kata­rak­ty i prze­szcze­py. Chło­pak miał na imię Sam­son, mło­dy, może miał 24 lata, wyso­ki, dobrze zbu­do­wa­ny. Miał takie scho­rze­nie, któ­re się nazy­wa kera­to­co­nus (sto­żek rogów­ki), bar­dzo źle widział. Ope­ra­cja bez znie­czu­le­nia. Nie mogłem go uśpić. W wie­lu wypad­kach nie mamy ane­ste­zjo­lo­ga. Musia­łem z nim roz­ma­wiać, ope­ra­cja trwa­ła 2,5 godziny.
    — Jak się unie­ru­cha­mia takie­go człowieka?
— Trze­ba z nim roz­ma­wiać, żeby się nie ruszał, bo ja robi­łem mikro­chi­rur­gię. To tak, jak na tej wspi­nacz­ce, jestem 1000 stóp nad zie­mią; mak­sy­mal­na koncentracja.
Pod­czas tej ope­ra­cji Sam­son nagle ruszył gło­wą, musia­łem wycią­gnąć bły­ska­wicz­nie narzę­dzia z oka, boby je stra­cił. Na koń­cu mówię mu: Sam­son, wszyst­ko poszło bar­dzo dobrze, będzie OK. Na co mówi: dok­tor, mogę cię uści­snąć?. I wstał ze sto­łu i się uści­snę­li­śmy. Przy­pro­wa­dził potem mat­kę, pozna­łem jego rodzi­nę. To było bar­dzo miłe.
Tutaj w sza­fie mam instru­men­ty, te “sztuć­ce” war­te są może 5 tys dol. Nie mam tyle pie­nię­dzy, żeby za to zapła­cić, musia­łem iść do kom­pa­nii, żeby mi dali za dar­mo. To są mikro­in­stru­men­ty bar­dzo pre­cy­zyj­ne. Pod­czas trans­plan­ta­cji szy­je­my ręcz­nie nicią, któ­ra ma poło­wę gru­bo­ści wło­sa. Dla­te­go instru­men­ty muszą być bar­dzo precyzyjne.
Każ­de­go dnia idę do pra­cy i mam coś nowe­go: w ponie­dzia­łek mia­łem do póź­na kli­ni­kę; we wto­rek robi­łem chi­rur­gię powiek, w śro­dę zro­bi­łem 13 kata­rakt, jed­ną kobie­cie, któ­ra mia­ła tyl­ko jed­no oko – to napraw­dę wów­czas jest waż­ne, a wczo­raj robi­łem lase­rem LASIK – korek­tę wzro­ku. Każ­dy dzień przy­no­si coś nowe­go. To wspa­nia­ła pra­ca i jestem bar­dzo szczę­śli­wy, że uczy­ni­łem ten wybór. Zabra­ło mi to wszyst­ko 15 lat, ale mam wie­le satys­fak­cji; jestem tutaj dyrek­to­rem zagra­nicz­nej ofta­mo­lo­gii w Uni­ver­si­ty of Toron­to, mam plan, aby roz­po­cząć kana­dyj­ski oddział Hima­lay­an Pro­ject, szu­kam dotacji.
•••
W ubie­głym roku mia­łem mnó­stwo rado­ści, po pierw­sze, robi­łem te prze­szcze­py za gra­ni­cą, po dru­gie, wspi­na­li­śmy się w Hima­la­jach na 20 tys. stóp; w Nige­rii w jed­nym dniu robi­li­śmy trans­plan­ty, potem kata­rak­ty, a w trze­ci dzień weszli­śmy na Zuma Rock.
Byli­śmy dru­gim zespo­łem na świe­cie, któ­ry zdo­był tę górę w Nige­rii. Tu na zdję­ciu jest ten Goeff Tibun, a tu Tim­my O’Ne­al, jeden z naj­bar­dziej zna­nych wspi­na­czy świa­ta, czę­sto wystę­pu­je w fil­mach. Ta góra jest prze­klę­ta, jako że były tam mor­dy rytu­al­ne, poli­cja tro­chę przed naszym przy­jaz­dem pro­wa­dzi­ła tam śledz­two w spra­wie takie­go mor­du. W tra­dy­cji tego ludu to jest prze­klę­ta ska­ła i zdo­by­ła ją przed nami tyl­ko jed­na eki­pa ze Sło­wa­cji, osiem lat temu. Dwie oso­by zdo­by­ły i zmar­ły sześć tygo­dni od tego momen­tu. Jeden miał wypa­dek na motorze.
Było śmiesz­nie, bo jak skoń­czy­li­śmy trans­plan­ty, wyru­szy­li­śmy nocą, żeby doje­chać tam na rano, ale szpi­tal nie pozwo­lił nam w nocy wyje­chać, że nie­bez­piecz­nie, bo zda­rza­ją się upro­wa­dze­nia. Jak byli­śmy na 3/4 wyso­ko­ści ścia­ny, ten Tim­my dostał tele­fon ze szpi­ta­la, że cze­ka na nas woj­sko i musi­my zejść, bo nie pozwa­la­ją wyjść na górę. Goeff mówi: OK, scho­dzi­my i… poszli­śmy w górę. Cze­ka­li na nas z pistoletami.
    — Dla­te­go że bez pozwolenia?
— Jak tam dotar­li­śmy, dosta­li­śmy pozwo­le­nie od miej­sco­we­go wodza, musie­li­śmy zapła­cić po 20 – 30 dol., ale rząd się dowie­dział, że my się wspi­na­my, i przy­je­cha­li SUV-em. Chcie­li pie­nię­dzy, jako że “wspi­na­my się po ich świę­tej ska­le”. I uda­ło się! Nadal żyję, nie ma żad­nej klątwy.
Kie­dy pra­co­wa­łem zno­wuż w Mali, zdo­by­li­śmy naj­wyż­sze pia­skow­co­we ostań­ce w świe­cie pod samą Saha­rą.  Wspi­na­łem się z tym Tim­mie i strą­ci­łem kamień, i z tego kamie­nia zaczął się pożar i nagle było nie­bez­pie­czeń­stwo, że ten ogień przej­dzie do mia­sta. Myśla­łem sobie – przy­jeż­dżam do Afry­ki, żeby im pomóc, strą­ci­łem kamień i pożar.
     — W jaki spo­sób ten kamień zaczął pożar?
— Jest tak sucho, tak gorą­co, że iskra zapró­szy­ła ogień. Tim­mie mówi “musi­my zejść”, zeszli­śmy i bali­śmy się, że ogień pój­dzie dalej. Przy­szli ludzi z wio­ski, wyry­wa­li arbu­zy, łama­li je i gasi­li ten ogień.
Musie­li­śmy się spo­tkać  ze star­szy­zną wio­ski, żeby im wyna­gro­dzić, wypi­li­śmy z nimi kawą i dali­śmy 20 dola­rów. Osta­tecz­nie skoń­czy­ło się bar­dzo pozy­tyw­nie. To jest napraw­dę pięk­ne miej­sce – zacho­dy słoń­ca nad Saharą…
Jak byłem w Gha­nie, zapro­si­li mnie do pała­cu  kró­lo­wej ludu Aszan­te. To naj­bar­dziej zna­ne ple­mię afry­kań­skie – dyna­stia  ma 450 lat.
Według prze­ka­zu, zło­ty tron zesła­ny był z  nie­ba do kró­la i to dało nie­biań­skie pra­wo temu rodo­wi do kró­lo­wa­nia. Jest jed­nak tak, że dany czło­wiek może stra­cić pra­wo do tro­nu, jeśli jest nie­wi­do­my, dla­te­go dla nich wzrok jest bar­dzo waż­ny. Moją pacjent­ką była kró­lo­wa tych Aszan­ti, wozi­li mnie do pała­cu, co dwa tygo­dnie, bo mia­ła prze­szczep.  Mia­ła 104 lata, ale była bar­dzo przy­tom­na na umy­śle; we wszyst­kim się orien­to­wa­ła. Powie­dzia­ła mi, że z kró­lem odwie­dzą mnie w Toron­to. Chy­ba się nie orien­to­wa­ła, że mam miesz­ka­nie 650 stóp kwa­dra­to­wych  – (śmiech).
Mia­ła taki śmiesz­ny nawyk – wie pan, co to jest bub­ble wrap? To pla­sty­ko­we opa­ko­wa­nie. Więc za każ­dym razem jak przy­jeż­dża­łem do kró­lo­wej, mia­ła ten bub­ble wrap i strze­la­ła z ści­ska­jąc te bul­ki. – O widzę, że kró­lo­wa lubi bub­ble wrap – zauwa­ży­łem. – Uśmiech­nę­ła się – daw­niej mia­łam wie­lu odwie­dza­ją­cych teraz już nie jestem taka zaję­ta – to muszę się czymś zająć. Zawsze mia­ła taki koszyk przy sobie i przy trze­ciej wizy­cie zauwa­ży­łem, że się jej koń­czy; zasta­na­wia­łem się, co się sta­nie, jak jej zabrak­nie buble wrap. A tu wcho­dzą dwie mło­de dziew­czy­ny w tra­dy­cyj­nych stro­jach i wno­szą takie duże zwo­je bub­ble wrap, tną na kawał­ki, żeby dać królowej.
Takie mia­łem sytu­acje. Spo­ty­ka­łem naj­bied­niej­szych z bied­nych, ale też pozna­łem kró­lo­wą i kró­la Aszan­ti. To zna­ny król, bywał u nie­go ksią­żę Karol, odwie­dzał go Nel­son Mandela.
    — Dzię­ku­ją bar­dzo za rozmowę.

Roz­ma­wiał Andrzej Kumor
Zdję­cia z archi­wum Mate­usza Bujaka