Uro­dzo­na w Nowym Jor­ku i mówią­ca płyn­nie po pol­sku cór­ka Polki Józe­fi­ny Nowic­kiej wywie­zio­nej wraz z rodzi­ną do guła­gu za koło polar­ne w ZSRS, wspo­mi­na histo­rię swej mamy, któ­ra z Nie­ludz­kiej Zie­mi tra­fi­ła do pol­skie­go sie­ro­ciń­ca w Indiach w gości­nę do maha­ra­dży Jama Sahiba.

        Jak czy­ta­my w wiki­pe­dii, osie­dle to od począt­ku było prze­zna­czo­ne dla pol­skich dzie­ci, któ­rym uda­ło się wydo­stać z tere­nu ZSRR razem z armią Ander­sa. Maha­ra­dża, oprócz oso­bi­ste­go wkła­du finan­so­we­go i wła­snej pra­cy, nakło­nił tak­że Izbę Ksią­żąt Indyj­skich, aby przy­ję­ła na sie­bie dobro­wol­ne zobo­wią­za­nie utrzy­ma­nia pię­ciu­set pol­skich dzie­ci do koń­ca II woj­ny świa­to­wej. W Del­hi został powo­ła­ny Komi­tet Pomo­cy Dzie­ciom Pol­skim, na któ­ry skła­da­ły się dobro­wol­ne ofia­ry osób pry­wat­nych oraz kwo­ty indy­wi­du­al­ne zade­kla­ro­wa­ne przez kil­ku­dzie­się­ciu maha­ra­dżów, któ­rzy zobo­wią­za­li się do utrzy­my­wa­nia do koń­ca woj­ny okre­ślo­nej licz­by dzie­ci. Otwo­rzo­no tak­że rachu­nek ban­ko­wy pod nazwą „The Polish Children’s Acco­unt”, na któ­rym zde­po­no­wa­no wyj­ścio­wą dota­cję w wyso­ko­ści 50 tysię­cy rupii. Znacz­ną sumę w wyso­ko­ści 8500 rupii zebrał Indyj­ski Czer­wo­ny Krzyż.

        Ponad­to – nie­za­leż­nie od swe­go zaan­ga­żo­wa­nia w budo­wę osie­dla – przez cały okres jego funk­cjo­no­wa­nia wspie­rał dodat­ko­wy­mi ofia­ra­mi pie­nięż­ny­mi skrom­ną kasę ośrod­ka. Powie­dział dzieciom:

        Nie uwa­żaj­cie się za sie­ro­ty. Jeste­ście teraz Nawa­na­ga­ryj­czy­ka­mi, ja jestem Bapu, ojciec wszyst­kich miesz­kań­ców Nawa­na­ga­ru, w tym rów­nież i wasz. Autor­ka Imo­ge­ne Salva jest zafa­scy­no­wa­na Pol­ską. Książ­ka One Star Away dosko­na­le wpi­su­je się w wysił­ki przy­wra­ca­nia pamię­ci o pol­skich losach.

Zapra­sza­my do lek­tu­ry i podzie­le­nia się tą fascy­nu­ją­cą książ­ką ze swy­mi anglo­ję­zycz­ny­mi przy­ja­ciół­mi. Jest to też nie­zbęd­ny ele­ment wycho­wa­nia naszej pol­skiej mło­dzie­ży poza gra­ni­ca­mi kraju.

        - Pani Imo­ge­no, jestem wzru­szo­ny, że mogę z Panią roz­ma­wiać i bar­dzo dzię­ku­ję, jako Polak, za tę książ­kę. Myślę, że to jest nie opo­wie­dzia­na wciąż do koń­ca histo­ria i ona nie jest obec­na w świa­do­mo­ści wie­lu ludzi,  a prze­cież  to część naszej pol­skiej toż­sa­mo­ści i to bar­dzo duża część, bo milio­ny Pola­ków miesz­ka­ły we wschod­niej  Pol­sce i ich udzia­łem jest ten los ponad 1,5 mln wywie­zio­nych w głąb Związ­ku Radziec­kie­go, na połu­dnie, na pół­noc, do guła­gów. Strasz­ne histo­rie; czło­wiek cza­sem się aż prze­ra­ża, jak to jest moż­li­wem że dru­gi czło­wiek może komuś robić takie rzeczy.

        Pani jest dziec­kiem takiej oso­by, to są trau­ma­tycz­ne przej­ścia, czy ta histo­ria była obec­na w Pani domu cały czas? Pro­szę opo­wie­dzieć o sobie, bo mówi Pani po pol­sku, ale w Pol­sce się nie uro­dzi­ła. Czym dla pani jest  pol­skość? Pol­ska tożsamość?

– Imo­ge­na Salva: — Zawsze czu­łam się Polką, uro­dzi­łem się w Nowym Jor­ku, to praw­da, mówię zawsze, że jestem Polką, tyl­ko mam inny adres. U mnie w domu pol­skość była bar­dzo widoczna.

        Nie­ste­ty mama, jak się wycho­wy­wa­łam, nie mówi­ła po pol­sku w domu. Mama mia­ła 3 pra­ce, była mat­ką samot­nie wycho­wu­ją­cą dzie­ci, tak że tej trau­my, o któ­rej pan mówił, nie było tak widać, bo mama pra­co­wa­ła jako pie­lę­gniar­ka i mia­ła bar­dzo cięż­ką pra­cę, musia­ła  mieć wystar­cza­ją­co pie­nię­dzy na życie, tak że haro­wa­ła, a nie pracowała.

        Gdy była w domu, była zawsze oso­bą bar­dzo opa­no­wa­ną, zrów­no­wa­żo­ną, prag­ma­tycz­ną. Nie było tam żad­nej histe­rii, nie było widać  jakiejś trau­my, nato­miast  jak byłam już doro­sła, razem z moją rodzo­ną sio­strą, było to bar­dziej widocz­ne, bo już mama mniej pra­co­wa­ła, cały czas mówi­ła o tym, co prze­szła na Sybe­rii, o okru­cień­stwie, bar­ba­rzyń­stwie Sowietów.

        To było bar­dzo nama­cal­ne. Byłam przez kil­ka lat na stu­diach we Fran­cji i jak wró­ci­łam w 89. roku do Sta­nów, to wte­dy mama nawet zaczę­ła do mnie mówić po pol­sku. We Fran­cji zapi­sa­łam się na kurs języ­ka pol­skie­go i jeź­dzi­łam dosyć czę­sto do Polski.

        Kie­dy mia­łam może 18 lat doma­ga­łam się od mamy, żeby do mnie mówi­ła po pol­sku, a nie po angielsku.

        Mama mia­ła nie­raz takie momen­ty, że jakieś róż­ne hała­sy w domu, jakieś stu­ka­nie na przy­kład… Nie­raz nie spa­ła w nocy i ja się pytam, mamo dla­cze­go nie śpisz, to mama odpo­wia­da że sły­sza­ła stu­ka­nie. Wte­dy nie zro­zu­mia­łam co to jest za stu­ka­nie, aż w póź­niej­szym wie­ku mama opo­wia­da­ła o tej nocy, 10 lute­go, kie­dy Rosja­nie wpa­dli i zabra­li całą rodzi­nę. To musia­ło być to stu­ka­nie do drzwi, albo do okien .

        – To pro­szę w skró­cie opo­wie­dzieć, jak to było; pani mama uro­dzi­ła się na wscho­dzie Pol­ski  i zosta­ła wraz z rodzi­ną wywie­zio­na, gdzie się uro­dzi­ła, i dokąd zosta­ła wywieziona?

         — Mama się uro­dzi­ła na Woły­niu powiat Łuc­ki,  Kolo­nia Dąbro­wa, na wsi w sumie, i mama zosta­ła wywie­zio­na na pół­noc euro­pej­skiej Rosji. Tak że nie była w Azji, w praw­dzi­wej takiej geo­gra­ficz­nie Sybe­rii, tyl­ko jesz­cze w Euro­pie, tyl­ko że mróz — 60° aku­rat nie­da­le­ko Archan­giel­ska, to jakieś set­ki kilo­me­trów, ale dale­ko na północ.

        – Ile rodzeń­stwa mia­ła mama?

        – Było ich 6.

        – Pro­szę powie­dzieć jak tam było,  jak się odby­ła ta cała podróż na połu­dnie, kie­dy rodzi­na zosta­ła zwol­nio­na, bo tam część rodzi­na umar­ła, praw­da?  Jak to się sta­ło, że mama osta­tecz­nie sta­ła się sie­ro­tą, tak?

        – Pół­sie­ro­tą, ale nie chcę o wszyst­kim opo­wia­dać, lepiej żeby prze­czy­tać książkę.

        — Oczy­wi­ście i to jest książ­ka, myślę naj­lep­sza na pre­zent. My Pola­cy, zwłasz­cza miesz­ka­ją­cy tutaj, zna­my tę histo­rię, bo tutaj obok nas miesz­ka­ło bar­dzo dużo ludzi, któ­rzy prze­szli przez afry­kań­skie obo­zy, przez Indie, przez Paki­stan nawet. Nato­miast myślę, że to jest o wie­le mniej zna­ne w Pol­sce,  tutaj jest to w ogó­le nie­zna­ne wśród naszych sąsia­dów. Pani książ­ka jest wła­śnie bar­dzo dobrym pre­zen­tem dla naszych zna­jo­mych, dla kole­gów z pra­cy; żeby wie­dzie­li, kim jeste­śmy, zna­li tę część naszej tożsamości.

        Jak to było, że mama zna­la­zła się w Azji? 

        – Naj­pierw zosta­ła ogło­szo­na amne­stia w 41. roku, ale rodzi­na dopie­ro ucie­kła ze swo­je­go posioł­ku, bo to tak ład­nie brzmi „osie­dle”, ale to nie osie­dle tyl­ko łagier, z tego łagru ucie­kli w 42. roku w mar­cu, i dotar­li — pie­szo szli przez taj­gę pra­wie 2 tygo­dnie — dotar­li do Wołog­dy. Wszy­scy żywi, tyl­ko bar­dzo scho­ro­wa­ni, szkie­le­ty,  moja bab­cia już wte­dy cho­ro­wa­ła. Stam­tąd pocią­giem do Kuj­by­sze­wa na połu­dnie Rosji. Ta podróż też trwa­ła oko­ło 2 tygo­dni i led­wo żywi przy­je­cha­li na miejsce.

        Tam w Kuj­by­sze­wie była pol­ska Amba­sa­da i wszy­scy tra­fi­li pod opie­kę Pol­skie­go Czer­wo­ne­go Krzy­ża. Wte­dy aku­rat armia Ander­sa zabie­ra­ła wła­śnie dużo dzie­ci, bo Sikor­skie­mu bar­dzo zale­ża­ło, żeby jak naj­wię­cej dzie­ci pol­skich wydo­stać z Rosji, wszy­scy, co mogli…

        Bab­cia wów­czas musia­ła zde­cy­do­wać, któ­re dzie­ci poja­dą, a któ­re nie. To było tak, że jak to czę­sto bywa­ło w tych latach,  naj­star­sze dziec­ko i naj­młod­sze zosta­ło. Cio­cia Hela mia­ła wte­dy ze 3 lata była za malut­ka, żeby tam wyru­szyć, a naj­star­sza zosta­ła przy mamie.

        I jesz­cze jeden brat został, któ­ry potem zapi­sał się do armii Ander­sa i śle­dzi­my jego losy aż pod Mon­te Cas­si­no. Tak że w książ­ce wędru­je­my z mamą, głów­nie z mamą, ale też towa­rzy­szy­my innym człon­kom rodziny.

        Z tego Kuj­by­sze­wa mama dosta­ła się wraz z armią Ander­sa, trój­ka dzie­ci, mama, cio­cia, i wujek dosta­ją się do Asz­cha­ba­du, gdzie był pol­ski sie­ro­ci­niec. Tam słyn­na artyst­ka pol­ska Han­ka Ordo­nów­na zaopie­ko­wa­ła się dzieć­mi w tym sie­ro­ciń­cu no i wów­czas wia­do­mość, o jakimś czło­wie­ku z Indii, dobrym maha­ra­dży, któ­ry zapro­sił do swe­go kró­le­stwa oko­ło 500 pol­skich dzie­ci. Mama zna­la­zła się w dru­gim trans­por­cie. Były takie trzy głów­ne trans­por­ty do Indii. Han­ka Ordo­nów­na, poje­cha­ła chy­ba tym pierw­szym trans­por­tem, ale mama była w dru­gim i ten trans­port był przez Meszhed w Ira­nie, w Per­sji, I trze­ba też powie­dzieć o dobro­ci sza­cha, że pozwo­lił na to, żeby tyle Pola­ków,  oko­ło 40 000 tych Pola­ków prze­kro­czy­ło gra­ni­cę i  tam prze­cho­dzi­li kwa­ran­tan­nę kil­ku­ty­go­dnio­wą, potem wyru­szy­li przez Afga­ni­stan, dzi­siej­szy Paki­stan, któ­ry wte­dy nale­żał do Indii.

        Były opie­kun­ki, dzie­ci, dużo arty­stów z Pol­ski,  tak że mama to opo­wia­da­ła, że to było coś nie z tej zie­mi i mama tak całe życie lubi­ła podró­żo­wać, mówi­ła że jest Cygan­ką, bo cią­gle musia­ła być w pocią­gu, w ruchu.

        Osta­tecz­nie w ten spo­sób dosta­ła się do Indii.

        – I była u tego sław­ne­go maha­ra­dży, któ­ry zapew­nił tym dzie­ciom pol­ską kul­tu­rę, wszyst­ko tam było, prak­tycz­nie. To są takie nie­sa­mo­wi­cie wzru­sza­ją­ce momen­ty przy­jaź­ni mię­dzy Per­sa­mi, Irań­czy­ka­mi a Pola­ka­mi; mię­dzy Hin­du­sa­mi, czy lud­no­ścią, któ­ra zamiesz­ku­je Indie, a Polakami.

        Pani mama tam póź­niej jeź­dzi­ła, były póź­niej zlo­ty ludzi…

        – Zjaz­dy. Jest takie sto­wa­rzy­sze­nie Koło Pola­ków z Indii. Mama nale­ża­ła. Tyl­ko że wła­śnie mama cho­ro­wa­ła w samo­lo­cie, tak że nie lata­ła nie­ste­ty, ale jak były te zjaz­dy tutaj, w Sta­nach albo w Kana­dzie, to mama bra­ła udział.

        Przed samą śmier­cią 3 lata temu, ja się dowie­dzia­łam od takich nazwij­my to oca­leń­ców, Pola­ków, któ­rzy wró­ci­li do Pol­ski po Indiach po tych przej­ściach w Indiach oni napi­sa­li do nas, że w Indiach szy­ku­je się jakieś spo­tka­nie, a już wszy­scy mie­li po dzie­więć­dzie­siąt­ce, po osiem­dzie­siąt­ce na pew­no, więk­szość z tych dzie­cia­ków, byłych wycho­wan­ków Vali­va­de,  i mama stwier­dzi­ła już wten­czas to chy­ba musi­my pojechać…

         I tak samo­lo­ta­mi poje­cha­ły­śmy i to była podróż nie z tej ziemi.

        Mama czu­ła się jak­by tam była wczo­raj,  wszy­scy, jak­by wczo­raj się widzie­li, a to było po 72 latach. I jesz­cze z dzieć­mi maha­ra­dży; dzie­ci w wie­ku mojej mamy, on miał czwo­ro dzie­ci tak­że wszy­scy się widzie­li powspo­mi­na­li te pięk­ne cza­sy. Były tam media hin­du­skie BBC, nagry­wa­li, „dzie­ci” opo­wia­da­ły o swo­ich losach, o tych przej­ściach, dużo było spo­tkań przez te kil­ka dni i mama nawet po gudża­rac­ku w tym języ­ku w któ­rym nigdy nie zapo­mnia­ła nie­któ­rych pięk­nych pie­śni naro­do­wych, któ­re śpie­wa­li pod­czas róż­nych igrzysk i zawo­dów spor­to­wych. Hymn zawsze śpie­wa­li po angiel­sku, bo to była koro­na bry­tyj­ska, po pol­sku i po hin­du­sku, po gudżaracku.

        Z wiel­ką dumą mama zawsze wspo­mi­na­ła te czasy.

        – Pani Imo­ge­no  czy ktoś został tam, w Indiach?

        – Naj­wię­cej, gru­pa 50 dziew­czyn tra­fi­ła tutaj, do klasz­to­ru ber­nar­dy­nek w Pen­syl­wa­nii. Była też gru­pa chło­pa­ków; tak samo do Orchard Lake, do semi­na­rium. Bo tyl­ko dzię­ki Kościo­ło­wi dosta­li się tutaj.

        W Indiach już ksiądz Plu­ta, czy­li jeden z opie­ku­nów szu­kał azy­lu dla nich, bo woj­na się roz­po­czę­ła mię­dzy India­mi a Paki­sta­nem, wte­dy to jesz­cze nie był Paki­stan; mię­dzy się hin­du­sa­mi, a muzuł­ma­na­mi i maha­ra­dża bar­dzo się bał, bo to były jed­nak euro­pej­skie dzie­ci, bia­łe i sytu­acja była nie­bez­piecz­na, tak że w koń­cu ten obóz został zli­kwi­do­wa­ny, zamknię­ty, dzie­ci zosta­ły prze­nie­sio­ny do inne­go pol­skie­go obo­zu, gdzie zna­la­zło się bar­dzo dużo Pola­ków, chy­ba 5000 pol­skich dzieci.

        W 47. roku stat­kiem mama przy­pły­nę­ła aż do Sta­nów, a resz­ta dzie­ci tra­fi­ła do Austra­lii, do Nowej Zelan­dii, do Anglii; dużo dzie­cia­ków poje­cha­ło do Włoch, bar­dzo mało do innych kra­jów zachod­niej Euro­py. Dzie­ci się bały wró­cić, dzie­ci nie mia­ły do cze­go nawet wra­cać w Pol­sce. Więk­szość dzie­cia­ków nie wie­dzia­ła nawet, gdzie jest rodzi­na, czy dalej na Sybe­rii, nie było listów; wschod­nie zie­mie pol­skie zosta­ły zaję­te, Rosja je zaję­ła, tak że te ich stro­ny były pod oku­pa­cją komunistów.

        Te dzie­ci tak strasz­nie bały się wró­cić do komu­ny, do komu­ni­stycz­ne­go pań­stwa, gdzie dozna­ły tego bar­ba­rzyń­stwa . Szu­ka­ły naj­pierw azy­lu w wol­nych krajach.

        Pierw­sze dwa kra­je, któ­re przy­ję­ły Pola­ków, to był Mek­syk i Indie. Bar­dzo duża gru­pa była w Mek­sy­ku. Tyl­ko dzię­ki Kościo­ło­wi mama dosta­ła się tutaj, do Sta­nów. Niby te dziew­czyn­ki były tutaj, żeby zoba­czyć czy może nie mają powo­ła­nia, żeby ewen­tu­al­nie zostać zakon­ni­ca­mi, ale oczy­wi­ście te dziew­czy­ny, któ­re nie mia­ły powo­ła­nia, nie zosta­ły zakon­ni­ca­mi, choć dalej były pod opie­ką sióstr ber­nar­dy­nek. Dzię­ki Bogu mia­ły opie­kę i tak jak więk­szość dzie­cia­ków żyły już w wol­nym kraju.

        Ale była też duża część, któ­ra zna­la­zła rodzi­nę, albo kogoś z rodzi­ny w Pol­sce ‚w komu­ni­stycz­nej Pol­sce i wróciły .

        – Pani Imo­ge­no, Pani to wszyst­ko zna, Pani to wszyst­ko tak w szcze­gó­łach opo­wia­da, od kie­dy to się zaczę­ło; od kie­dy Pani zaczę­ła tę histo­rię pozna­wać, badać,  wypeł­ni­ła ona Pani życie; od kie­dy Pani się zafa­scy­no­wa­ła losa­mi wła­snej mamy?

        – W sumie to było tak, że codzien­nie wpa­ja­no w nas, w nasze mózgi; nie powiem, że prze­ży­łam to, ale w pew­nym sen­sie tak czu­ję, jak­bym to wszyst­ko prze­ży­ła, to było tak nama­cal­ne od dziec­ka. Wszyst­kie te inne dziew­czyn­ki, to już były doro­słe dziew­czy­ny, kole­żan­ki mojej mamy, z któ­ry­mi ona przy­je­cha­ła z Indii, to były bar­dzo bli­skie oso­by, pomi­mo że nawet miesz­ka­ły w innych sta­nach, te wszyst­kie kole­żan­ki mamy, to były moje cio­cie, a więk­szość zosta­ła zakonnicami.

        I to był bar­dzo faj­ne, były­śmy tak jak­by jed­ną rodzi­ną, na każ­dą mówi­łam „cio­cia”, tak że pomi­mo że te wię­zy nie były już takie bli­skie, bo każ­dy miał swo­je pry­wat­ne życie, mama trzy­ma­ła się z tymi dziew­czy­na­mi i z tymi kobie­ta­mi, znajomymi.

        Mama odna­la­zła swo­ją rodzi­nę, jesz­cze były dwie sio­stry, któ­re wró­ci­ły do Pol­ski, po woj­nie, przed śmier­cią Sta­li­na w 47., 48. roku i mama po wie­lu latach odna­la­zła tę część rodziny.

        Jako małe dziec­ko co roku jeź­dzi­łam do Pol­ski. Muszę powie­dzieć, że ojciec nas opu­ścił, jak mia­łam 4 lata, miał inną żonę w Pol­sce, tak że mój tato pra­co­wał w Pan Ame­ri­can Air­li­nes — kie­dyś były takie linie lot­ni­cze i lata­łam za dar­mo. Cią­gle byłam w samo­lo­cie,  nie mając 6 lat zaczy­na­jąc tak 70. rok kie­dy już Gie­rek był u ste­ru par­tii to za Gier­ka jeź­dzi­łam co roku do Polski.

        Nie jeź­dzi­łam do tej czę­ści rodzi­ny mojej mamy, ale zda­wa­łam sobie spra­wę z tej histo­rii, bo zawsze byłam zacie­ka­wio­na, jak to moż­li­we? Czy moja mama jest Cygan­ką; wiem, że uro­dzi­ła się w Pol­sce, ale mama cią­gle o Indiach mówi­ła, a nie o Pol­sce. Pamię­ta­ła wię­cej z mło­dych lat z Indii. To mnie zafa­scy­no­wa­ło po pro­stu i moją sio­strę podobnie.

        Czło­wiek czu­je taki obo­wią­zek, bo mama już jako star­sza oso­ba, zaczę­ła mieć demen­cję, sama chcia­ła napi­sać swo­ją histo­rię, ale nie potra­fi­ła. Gdy opi­sy­wa­ła te sybe­ryj­skie przej­ścia, zawsze docho­dzi­ła do pew­nej sce­ny i  dar­ła te papier­ki, kawał­ki papier­ków i nie mogła dalej pisać, to było za bar­dzo bole­sne, więc ja czu­łam taki obo­wią­zek, że chy­ba na mnie to wszyst­ko spad­nie, żeby to zapisać.

        To jest bar­dzo waż­ne nie tyl­ko dla nas, Pola­ków, ale dla Ame­ry­ka­nów to jest waż­ne. Bo to mnie zawsze wku­rza­ło, że w szko­le, jako nasto­lat­ka czy nawet wcze­śniej, na zaję­ciach z histo­rii, jak opo­wia­da­łam co moja mama prze­szła to mnie zigno­ro­wa­no po prostu.

        Była bar­dzo czę­sto przed­sta­wia­na inna histo­ria — żydow­ski holo­caust — wszy­scy zna­ją tę  część histo­rii, ale to mnie po pro­stu tak zadzi­wia­ło, że nikt nie wie, co Pola­cy prze­ży­li; prze­cież 20% lud­no­ści zosta­ła zmasakrowana?!

        Na tych zaję­ciach wszy­scy wie­dzie­li co robi­li Niem­cy, ale nic nie było, żad­nej wzmian­ki, o tym, co robi­li Rosja­nie, bol­sze­wi­cy i nie tyl­ko Pola­kom. Mówi­my o oko­ło 60 do 70 mln ludzi, wywie­zio­nych za Sta­li­na zma­sa­kro­wa­nych, nikt o tym nie mówił. Więc, jak na tych lek­cjach mówi­łam, to ten temat był wyci­sza­ny i nie byłam zachę­ca­na, żeby opo­wia­dać o losach mojej mamy. Nie rozu­mia­łam dla­cze­go. Do tej pory mnie to zadzi­wia, że nawet tutaj moi zna­jo­mi wszyst­ko wie­dzą na temat holo­cau­stu, albo — gdy ktoś jest bar­dzo dobrze oczy­ta­ny — to wie, że Pola­cy byli wywie­zie­ni, ale nic wię­cej o tych okru­cień­stwach napraw­dę nie wiedzą.

        – Tak to się mówi wie Pani, że histo­rię piszą zwy­cięz­cy, a Pol­ska pomi­mo tego, że była w gro­nie, nomi­nal­nie, zwy­cięz­ców, prak­tycz­nie tę woj­nę prze­gra­ła, no bo zakoń­czy­ło się to komu­ni­stycz­ną oku­pa­cją kra­ju, podzia­łem tere­nów. Dla­te­go wła­śnie Pani dzię­ko­wa­łem na samym począt­ku, bo myślę, że zro­bi­ła Pani rzecz wie­ko­po­mną, że każ­dy z nas powi­nien tę książ­kę mieć u sie­bie, choć­by po to, żeby prze­czy­ta­ły dzie­ci, żeby nasze wnu­ki, któ­re tutaj są, wie­dzia­ły o tej czę­ści losów, skąd my jeste­śmy, bo my men­tal­nie jeste­śmy stam­tąd i musi­my tę naszą histo­rię opo­wia­dać wszyst­kim, bo inni usi­łu­ją ją dzi­siaj fał­szo­wać, sta­wiać nas w złym świe­tle, pod­czas gdy my nie mamy się cze­go wstydzić.

        „One Star Away” dla­cze­go taki tytuł i kto jest na okładce?

        – Na okład­ce jest moja mama, to jest jak mama już była w mie­ście Kwe­ta w dzi­siej­szym Paki­sta­nie, to wte­dy pod koro­ną bry­tyj­ską były jesz­cze Indie. Już tutaj jest zdro­wa, to jest pierw­sze zdję­cie, któ­re mama ma w życiu, bo oczy­wi­ście nie mia­ła innych, jak zosta­li depor­to­wa­ni i bar­dzo pięk­nie zna­jo­my gra­fik zro­bił to zdję­cie bo to jest czar­no-bia­łe, chcia­łam, żeby to było na okład­ce, bo mama mia­ła takie pięk­ne oczy.

        A tytu­łu nie chcę zdra­dzać, bo zachę­cam wszyst­kich do prze­czy­ta­nia książ­ki, żeby się dowie­dzieć dla­cze­go jest taki tytuł .

        – Pro­szę jesz­cze opo­wie­dzieć o sobie. Mówi Pani świet­nie po pol­sku, żyje Pol­ską, a miesz­ka w Sta­nach Zjed­no­czo­nych; czy Pani czu­je się bar­dziej Ame­ry­kan­ką pol­skie­go pocho­dze­nia, czy Polką miesz­ka­ją­ca w USA, jak to jest z pol­sko­ścią u Pani?

        – Mama zawsze mówi­ła, że była na wygna­niu, mama nie zde­cy­do­wa­ła się ani emi­gro­wać tak jak dzi­siej­si Pola­cy emi­gru­ją;   mama nie z wła­snej woli czy chę­ci zna­la­zła się na ame­ry­kań­skiej zie­mi, tak że ja też tak to czułam.

        A jesz­cze wte­dy  pano­wa­ła w Pol­sce komu­na, tak że mama nie mogła nawet wró­cić. Zie­mie Wschod­nie zosta­ły zaję­te, zabra­ne przez Rosję, tak że czło­wiek w pew­nym sen­sie, czuł się tak, jak na wygna­niu. Nie powin­ni­śmy tu w Ame­ry­ce być, ale znaj­du­je­my się w Ame­ry­ce, tak że zawsze mia­łam świa­do­mość, że oczy­wi­ście jestem Ame­ry­kan­ką, jeże­li się popa­trzy na pasz­port, ale ja czu­ję się Polką, tyl­ko mam inny adres i zawsze marzy­łam o tym, że zamiesz­kam kie­dyś w Pol­sce, ale chcia­łam być przy mamie; zawsze byłam bar­dzo bli­sko z mamą, nie chcia­łam być w innym kraju.

        Gdy poje­cha­łam do Fran­cji na pra­wie 8 lat na stu­dia, zawsze wra­ca­łam do Nowe­go Jor­ku, gdzie była mama.

        Cięż­ko powie­dzieć kim jestem, po pro­stu przede wszyst­kim, wiem że jestem kato­licz­ką, jestem Polką, Ame­ry­kan­ką pol­skie­go pocho­dze­nia… Tak mi to wpa­ja­no w Pol­sce; gdy jestem w Pol­sce to mi mówio­no, nie jesteś Polką, jesteś Ame­ry­kan­ką, ale ja mówię, ja czu­ję się Polką; tak jak­bym nie mia­ła pra­wa być Polką.

        – Może to się tro­chę teraz zmie­nia, jed­nak coraz wię­cej ludzi mówi o naszym 60 milio­no­wym  naro­dzie, że jeste­śmy naro­dem ponad gra­ni­ca­mi; w koń­cu Pola­cy miesz­ka­ją i na wscho­dzie, ci któ­rych gra­ni­ce osie­ro­ci­ły, zosta­ły ale też miesz­ka­my na całej kuli ziem­skiej w wie­lu naj­bar­dziej dziw­nych miej­scach, a mimo to czu­je­my się Polakami.

        Co dla Pani jest dobre­go w pol­sko­ści? Co w tym jest takie­go faj­ne­go, w tym że się jest Pola­kiem? Dla mnie to jest jakaś taka fan­ta­zja połą­czo­na z róż­ny­mi rze­cza­mi, ale dla każ­de­go to jest coś innego

        — Ja myślę, że przede wszyst­kim, gościn­ność; nie ma inne­go naro­du na świe­cie… Powiem że są dwa kra­je, z któ­ry­mi się sty­ka­łam, to Indie i Pol­ska. Jak pisa­łam tę książ­kę, dowie­dzia­łam się, że maha­ra­dża też mawiał dzie­ciom „gość w dom, Pan Bóg w dom”. To mnie zasko­czy­ło, że ja się dowie­dzia­łam, że maha­ra­dża, miał takie hasło, bo to jest bar­dzo pol­skie. Gościn­ność jest tak, jak w żad­nym innym naro­dzie; miesz­ka­łam w róż­nych miej­scach, na róż­nych kon­ty­nen­tach, też mam rodzeń­stwo przy­rod­nie, przez ojca w Ame­ry­ce Połu­dnio­wej w róż­nych czę­ściach, w róż­nych rejo­nach świa­ta, ale nie sty­ka­łam się z taką gościn­no­ścią, jak w Polsce.

        Uwa­żam, że jak czło­wiek jest gościn­ny to może to u nie­go pocho­dzić z tego, że jest Pola­kiem albo ma pol­ską krew, jakieś pol­skie korzenie.

        Powie­dzia­ła­bym, że wszyst­ko, co jest pol­skie jest pięk­ne, oczy­wi­ście każ­dy ma jakieś wady, bo jeste­śmy ludź­mi, ale dusza pol­ska ma taką głę­bię; to tyl­ko trze­ba pomy­śleć o papie­żu, o Janie Paw­le II, o takich ludziach, że więk­szość ludzi są, jak świę­ci po pro­stu. Wiem że Pola­cy cią­gle narze­ka­ją na sie­bie, ale w tej duszy napraw­dę tkwi dobroć i pięk­no. Miesz­ka­łam w wie­lu kra­jach i jest wię­cej zacnych takich ary­sto­kra­tów Polaków.

        I dru­ga rzecz to jest boha­ter­stwo Pola­ków, wła­śnie w tej mojej książ­ce to bar­dzo waż­ne, żeby to powie­dzieć, że tak, jak mówi to hasło „za naszą i waszą wol­ność”; nie ma inne­go kra­ju, gdzie tylu ludzi, by się tak poświę­ci­ło dla innych nacji, innych naro­dów; myślę o boha­ter­stwie Pola­ków, co robi­li dla Żydów ‚prze­cież to jest bar­dzo znane…

        – Wie Pani, to jest może zna­ne w śro­do­wi­sku pol­skim, ale myślę, że o tym trze­ba mówić, tak jak Pani mówi o pol­skich losach, w śro­do­wi­sku ame­ry­kań­skim, że świa­do­mość tego boha­ter­stwa pol­skie­go w nie­sie­niu pomo­cy Żydom w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie jest zna­na, to nie są rze­czy, za któ­re by wszy­scy nam dziękowali. 

         – Mój ojciec — to nie jest zwią­za­ne z książ­ką — ale mój ojciec uro­dzo­ny był we Fran­cji, był pol­skie­go pocho­dze­nia, wró­ci­li do Pol­ski z Gier­kiem, bo tam miesz­ka­li na pół­no­cy Fran­cji, na gra­ni­cy bel­gij­skiej, i opo­wia­dał, jak Niem­cy wpa­dli, Fran­cu­zi pod­da­li się od razu, a Pola­cy się bili w obro­nie Fran­cji. To boha­ter­stwo Pola­ków myślę że jest zna­ne Fran­cu­zom, bo jak miesz­ka­łam w Fran­cji tyle lat, to jed­nak było to bar­dzo tam zna­ne i mie­li dobrą opi­nię. Wśród ludzi z Bel­gii też. Nie­ste­ty to w Sta­nach, no ale to przez media; bo media mają dużą potę­gę tutaj w Sta­nach i może dla­te­go tak jest.

        Waż­ne, że ja to opu­bli­ko­wa­łam w języ­ku angielskim.

        – Oczy­wi­ście, dla­te­go wła­śnie tak Pani dzię­ko­wa­łem, to jest bar­dzo waż­ne, ale też waż­ne jest myślę, żeby­śmy my Pola­cy o tym wie­dzie­li i nie dali się zawsty­dzać. Bar­dzo czę­sto usi­łu­je się nas zawsty­dzać, że jeste­śmy jacyś gor­si,  pod­czas gdy rze­czy­wi­ście, nasza histo­ria, jak czło­wiek zaczy­na ją pozna­wać, to dopie­ro wte­dy zaczy­na rozu­mieć dla­cze­go chce być Pola­kiem, być z wybo­ru Pola­kiem, nawet jeże­li w Pol­sce się nie urodził.

        – Tak, dla­te­go że będąc w Pol­sce, zwłasz­cza, jako dziec­ko pod­czas komu­ny, był taki kom­pleks niż­szo­ści; a ja odwrot­nie, zawsze mówi­łam, jej­ku, jak ja się szczy­cę, że jestem pocho­dze­nia pol­skie­go! To jest naj­lep­szy naród. Wszy­scy się na mnie gapi­li, co ona mówi, co ona opo­wia­da, a ja mówię, najlepszy!

        Bo jed­nak wycho­wu­jąc się w Sta­nach nie mogę się porów­ny­wać do tych Ame­ry­ka­nów, pod żad­nym wzglę­dem; nie zna­ją języ­ków obcych, nie potra­fią dużo rze­czy robić — mówię o młod­szych ludziach — że jeże­li cho­dzi o szy­cie goto­wa­nie, a Polak wszyst­ko potra­fi! A tutaj Ame­ry­ka­nie czy inni, ogól­nie nie.

        Znam, oczy­wi­ście, ludzi z talen­ta­mi, o wiel­kich talen­tach, ale mówię tak ogól­nie; niczym się nie inte­re­su­ją, a jak byłam w Pol­sce, to każ­dy mi opo­wia­da o geo­gra­fii wie, gdzie każ­dy kraj leży na mapie, co tutaj nie ma porównania.

        Ja uwa­żam, że  mamy z cze­go być dum­ni, dla­te­go ta książ­ka jest napi­sa­na może bar­dziej dla Ame­ry­ka­nów pol­skie­go pocho­dze­nia, ale tak­że dla Ame­ry­ka­nów, żeby wie­dzie­li jacy wiel­cy są Polacy .

        – Pani Imo­ge­no, dzię­ku­ję Pani bar­dzo a na koniec chcia­łem jesz­cze Panią popro­sić, bo zain­try­go­wa­ła mnie jed­na rzecz, że Pani mama spo­tka­ła sza­cha Ira­nu, jak to było? Może pani zdra­dzić tę histo­rię z książki? 

        – Książ­ka tak się zaczy­na,  tak jak w fil­mie; film może się zaczy­nać teraź­niej­szo­ścią, a potem cofać  do przeszłości.

        Książ­ka zaczy­na się od sce­ny w New York Hospi­tal, to jest głów­ny szpi­tal na Man­hat­ta­nie, gdzie mama tyle lat pra­co­wa­ła, na oddzia­le onko­lo­gicz­nym, i była tam  head nur­se. I w pew­nym momen­cie, jak mia­łam 15 lat, to był 79. rok, mama wra­ca do domu i opo­wia­da mi, nie uwie­rzysz kto jest moim pacjen­tem, a ja sobie tak myślę, no cie­ka­we kto, może jakiś król, jakaś księż­nicz­ka Gra­ce, bo jesz­cze żyła wte­dy, a mama mi mówi, że szach Ira­nu. Ja nie zro­zu­mia­łam, wie­dzia­łam, że szach Ira­nu jest bar­dzo nega­tyw­nie przed­sta­wia­ny, ale my nigdy nie słu­cha­li­śmy mediów, moja mama nie nale­ża­ła do tego typu osób, bo media nie mówią zawsze praw­dy, ale mama  wte­dy  zaczę­ła mi opo­wia­dać dla­cze­go to jest  waż­ne; że to jest ten sam szach, dzię­ki któ­re­mu mama oca­la­ła,  przy­je­cha­ła do Ira­nu, do Per­sji, jako gość; byli gość­mi tego kraju.

        Tak że to jest bar­dzo waż­ne, że nie tyl­ko maha­ra­dża, ale też szach Ira­nu ura­to­wał tyle Pola­ków, dla­te­go wła­śnie chcia­łam tę część mieć w książ­ce, bo chcia­łam też wize­ru­nek tego sza­cha przed­sta­wić w innym świetle.

        Zaczy­na się to taką sce­ną, jak jest pacjen­tem, bo przy­je­chał  scho­ro­wa­ny na raka i mama opie­ko­wa­ła się nim. Tam jest taka kon­wer­sa­cja mię­dzy mamą a sza­chem i potem cała resz­ta książ­ki, cofa­my się do prze­szło­ści, do począt­ku, jak to było, ale dzię­ki temu sza­cho­wi dużo Pola­ków wła­śnie się uratowało.

        – Pani Imo­ge­no, dzię­ku­ję Pani bar­dzo za wypo­wiedź, dzię­ku­ję za książ­kę i zrób­my wszyst­ko, żeby ta książ­ka była we wszyst­kich pol­skich domach, bo jest to część  histo­rii, któ­rą musi­my przy­wró­cić pamięci.

        W cza­sach komu­ni­stycz­nych nikt nie opo­wia­dał o tych pol­skich losach, a teraz rów­nież nie­chęt­nie się mówi o pol­skim boha­ter­stwie. Nasze poko­le­nie, tych któ­rzy się już uro­dzi­li z tam­te­go poko­le­nia, jeste­śmy im win­ni  pamięć za to, co prze­szli i za to, że tę Pol­skę w ser­cach prze­nie­śli; za to kim my jeste­śmy, bar­dzo dzię­ku­ję, Pani Imogeno.

        – Dzię­ku­ję i pozdra­wiam, wszyst­kie­go najlepszego.

książ­ka jest do naby­cia na amazon.ca