Urodzona w Nowym Jorku i mówiąca płynnie po polsku córka Polki Józefiny Nowickiej wywiezionej wraz z rodziną do gułagu za koło polarne w ZSRS, wspomina historię swej mamy, która z Nieludzkiej Ziemi trafiła do polskiego sierocińca w Indiach w gościnę do maharadży Jama Sahiba.

        Jak czytamy w wikipedii, osiedle to od początku było przeznaczone dla polskich dzieci, którym udało się wydostać z terenu ZSRR razem z armią Andersa. Maharadża, oprócz osobistego wkładu finansowego i własnej pracy, nakłonił także Izbę Książąt Indyjskich, aby przyjęła na siebie dobrowolne zobowiązanie utrzymania pięciuset polskich dzieci do końca II wojny światowej. W Delhi został powołany Komitet Pomocy Dzieciom Polskim, na który składały się dobrowolne ofiary osób prywatnych oraz kwoty indywidualne zadeklarowane przez kilkudziesięciu maharadżów, którzy zobowiązali się do utrzymywania do końca wojny określonej liczby dzieci. Otworzono także rachunek bankowy pod nazwą „The Polish Children’s Account”, na którym zdeponowano wyjściową dotację w wysokości 50 tysięcy rupii. Znaczną sumę w wysokości 8500 rupii zebrał Indyjski Czerwony Krzyż.

        Ponadto – niezależnie od swego zaangażowania w budowę osiedla – przez cały okres jego funkcjonowania wspierał dodatkowymi ofiarami pieniężnymi skromną kasę ośrodka. Powiedział dzieciom:

        Nie uważajcie się za sieroty. Jesteście teraz Nawanagaryjczykami, ja jestem Bapu, ojciec wszystkich mieszkańców Nawanagaru, w tym również i wasz. Autorka Imogene Salva jest zafascynowana Polską. Książka One Star Away doskonale wpisuje się w wysiłki przywracania pamięci o polskich losach.

Zapraszamy do lektury i podzielenia się tą fascynującą książką ze swymi anglojęzycznymi przyjaciółmi. Jest to też niezbędny element wychowania naszej polskiej młodzieży poza granicami kraju.

        – Pani Imogeno, jestem wzruszony, że mogę z Panią rozmawiać i bardzo dziękuję, jako Polak, za tę książkę. Myślę, że to jest nie opowiedziana wciąż do końca historia i ona nie jest obecna w świadomości wielu ludzi,  a przecież  to część naszej polskiej tożsamości i to bardzo duża część, bo miliony Polaków mieszkały we wschodniej  Polsce i ich udziałem jest ten los ponad 1,5 mln wywiezionych w głąb Związku Radzieckiego, na południe, na północ, do gułagów. Straszne historie; człowiek czasem się aż przeraża, jak to jest możliwem że drugi człowiek może komuś robić takie rzeczy.

        Pani jest dzieckiem takiej osoby, to są traumatyczne przejścia, czy ta historia była obecna w Pani domu cały czas? Proszę opowiedzieć o sobie, bo mówi Pani po polsku, ale w Polsce się nie urodziła. Czym dla pani jest  polskość? Polska tożsamość?

– Imogena Salva: – Zawsze czułam się Polką, urodziłem się w Nowym Jorku, to prawda, mówię zawsze, że jestem Polką, tylko mam inny adres. U mnie w domu polskość była bardzo widoczna.

        Niestety mama, jak się wychowywałam, nie mówiła po polsku w domu. Mama miała 3 prace, była matką samotnie wychowującą dzieci, tak że tej traumy, o której pan mówił, nie było tak widać, bo mama pracowała jako pielęgniarka i miała bardzo ciężką pracę, musiała  mieć wystarczająco pieniędzy na życie, tak że harowała, a nie pracowała.

        Gdy była w domu, była zawsze osobą bardzo opanowaną, zrównoważoną, pragmatyczną. Nie było tam żadnej histerii, nie było widać  jakiejś traumy, natomiast  jak byłam już dorosła, razem z moją rodzoną siostrą, było to bardziej widoczne, bo już mama mniej pracowała, cały czas mówiła o tym, co przeszła na Syberii, o okrucieństwie, barbarzyństwie Sowietów.

        To było bardzo namacalne. Byłam przez kilka lat na studiach we Francji i jak wróciłam w 89. roku do Stanów, to wtedy mama nawet zaczęła do mnie mówić po polsku. We Francji zapisałam się na kurs języka polskiego i jeździłam dosyć często do Polski.

        Kiedy miałam może 18 lat domagałam się od mamy, żeby do mnie mówiła po polsku, a nie po angielsku.

        Mama miała nieraz takie momenty, że jakieś różne hałasy w domu, jakieś stukanie na przykład… Nieraz nie spała w nocy i ja się pytam, mamo dlaczego nie śpisz, to mama odpowiada że słyszała stukanie. Wtedy nie zrozumiałam co to jest za stukanie, aż w późniejszym wieku mama opowiadała o tej nocy, 10 lutego, kiedy Rosjanie wpadli i zabrali całą rodzinę. To musiało być to stukanie do drzwi, albo do okien .

        – To proszę w skrócie opowiedzieć, jak to było; pani mama urodziła się na wschodzie Polski  i została wraz z rodziną wywieziona, gdzie się urodziła, i dokąd została wywieziona?

         – Mama się urodziła na Wołyniu powiat Łucki,  Kolonia Dąbrowa, na wsi w sumie, i mama została wywieziona na północ europejskiej Rosji. Tak że nie była w Azji, w prawdziwej takiej geograficznie Syberii, tylko jeszcze w Europie, tylko że mróz – 60° akurat niedaleko Archangielska, to jakieś setki kilometrów, ale daleko na północ.

        – Ile rodzeństwa miała mama?

        – Było ich 6.

        – Proszę powiedzieć jak tam było,  jak się odbyła ta cała podróż na południe, kiedy rodzina została zwolniona, bo tam część rodzina umarła, prawda?  Jak to się stało, że mama ostatecznie stała się sierotą, tak?

        – Półsierotą, ale nie chcę o wszystkim opowiadać, lepiej żeby przeczytać książkę.

        – Oczywiście i to jest książka, myślę najlepsza na prezent. My Polacy, zwłaszcza mieszkający tutaj, znamy tę historię, bo tutaj obok nas mieszkało bardzo dużo ludzi, którzy przeszli przez afrykańskie obozy, przez Indie, przez Pakistan nawet. Natomiast myślę, że to jest o wiele mniej znane w Polsce,  tutaj jest to w ogóle nieznane wśród naszych sąsiadów. Pani książka jest właśnie bardzo dobrym prezentem dla naszych znajomych, dla kolegów z pracy; żeby wiedzieli, kim jesteśmy, znali tę część naszej tożsamości.

        Jak to było, że mama znalazła się w Azji?                 

        – Najpierw została ogłoszona amnestia w 41. roku, ale rodzina dopiero uciekła ze swojego posiołku, bo to tak ładnie brzmi „osiedle”, ale to nie osiedle tylko łagier, z tego łagru uciekli w 42. roku w marcu, i dotarli – pieszo szli przez tajgę prawie 2 tygodnie – dotarli do Wołogdy. Wszyscy żywi, tylko bardzo schorowani, szkielety,  moja babcia już wtedy chorowała. Stamtąd pociągiem do Kujbyszewa na południe Rosji. Ta podróż też trwała około 2 tygodni i ledwo żywi przyjechali na miejsce.

        Tam w Kujbyszewie była polska Ambasada i wszyscy trafili pod opiekę Polskiego Czerwonego Krzyża. Wtedy akurat armia Andersa zabierała właśnie dużo dzieci, bo Sikorskiemu bardzo zależało, żeby jak najwięcej dzieci polskich wydostać z Rosji, wszyscy, co mogli…

        Babcia wówczas musiała zdecydować, które dzieci pojadą, a które nie. To było tak, że jak to często bywało w tych latach,  najstarsze dziecko i najmłodsze zostało. Ciocia Hela miała wtedy ze 3 lata była za malutka, żeby tam wyruszyć, a najstarsza została przy mamie.

        I jeszcze jeden brat został, który potem zapisał się do armii Andersa i śledzimy jego losy aż pod Monte Cassino. Tak że w książce wędrujemy z mamą, głównie z mamą, ale też towarzyszymy innym członkom rodziny.

        Z tego Kujbyszewa mama dostała się wraz z armią Andersa, trójka dzieci, mama, ciocia, i wujek dostają się do Aszchabadu, gdzie był polski sierociniec. Tam słynna artystka polska Hanka Ordonówna zaopiekowała się dziećmi w tym sierocińcu no i wówczas wiadomość, o jakimś człowieku z Indii, dobrym maharadży, który zaprosił do swego królestwa około 500 polskich dzieci. Mama znalazła się w drugim transporcie. Były takie trzy główne transporty do Indii. Hanka Ordonówna, pojechała chyba tym pierwszym transportem, ale mama była w drugim i ten transport był przez Meszhed w Iranie, w Persji, I trzeba też powiedzieć o dobroci szacha, że pozwolił na to, żeby tyle Polaków,  około 40 000 tych Polaków przekroczyło granicę i  tam przechodzili kwarantannę kilkutygodniową, potem wyruszyli przez Afganistan, dzisiejszy Pakistan, który wtedy należał do Indii.

        Były opiekunki, dzieci, dużo artystów z Polski,  tak że mama to opowiadała, że to było coś nie z tej ziemi i mama tak całe życie lubiła podróżować, mówiła że jest Cyganką, bo ciągle musiała być w pociągu, w ruchu.

        Ostatecznie w ten sposób dostała się do Indii.

        – I była u tego sławnego maharadży, który zapewnił tym dzieciom polską kulturę, wszystko tam było, praktycznie. To są takie niesamowicie wzruszające momenty przyjaźni między Persami, Irańczykami a Polakami; między Hindusami, czy ludnością, która zamieszkuje Indie, a Polakami.

        Pani mama tam później jeździła, były później zloty ludzi…

        – Zjazdy. Jest takie stowarzyszenie Koło Polaków z Indii. Mama należała. Tylko że właśnie mama chorowała w samolocie, tak że nie latała niestety, ale jak były te zjazdy tutaj, w Stanach albo w Kanadzie, to mama brała udział.

        Przed samą śmiercią 3 lata temu, ja się dowiedziałam od takich nazwijmy to ocaleńców, Polaków, którzy wrócili do Polski po Indiach po tych przejściach w Indiach oni napisali do nas, że w Indiach szykuje się jakieś spotkanie, a już wszyscy mieli po dziewięćdziesiątce, po osiemdziesiątce na pewno, większość z tych dzieciaków, byłych wychowanków Valivade,  i mama stwierdziła już wtenczas to chyba musimy pojechać…

         I tak samolotami pojechałyśmy i to była podróż nie z tej ziemi.

        Mama czuła się jakby tam była wczoraj,  wszyscy, jakby wczoraj się widzieli, a to było po 72 latach. I jeszcze z dziećmi maharadży; dzieci w wieku mojej mamy, on miał czworo dzieci także wszyscy się widzieli powspominali te piękne czasy. Były tam media hinduskie BBC, nagrywali, „dzieci” opowiadały o swoich losach, o tych przejściach, dużo było spotkań przez te kilka dni i mama nawet po gudżaracku w tym języku w którym nigdy nie zapomniała niektórych pięknych pieśni narodowych, które śpiewali podczas różnych igrzysk i zawodów sportowych. Hymn zawsze śpiewali po angielsku, bo to była korona brytyjska, po polsku i po hindusku, po gudżaracku.

        Z wielką dumą mama zawsze wspominała te czasy.

        – Pani Imogeno  czy ktoś został tam, w Indiach?

        – Najwięcej, grupa 50 dziewczyn trafiła tutaj, do klasztoru bernardynek w Pensylwanii. Była też grupa chłopaków; tak samo do Orchard Lake, do seminarium. Bo tylko dzięki Kościołowi dostali się tutaj.

        W Indiach już ksiądz Pluta, czyli jeden z opiekunów szukał azylu dla nich, bo wojna się rozpoczęła między Indiami a Pakistanem, wtedy to jeszcze nie był Pakistan; między się hindusami, a muzułmanami i maharadża bardzo się bał, bo to były jednak europejskie dzieci, białe i sytuacja była niebezpieczna, tak że w końcu ten obóz został zlikwidowany, zamknięty, dzieci zostały przeniesiony do innego polskiego obozu, gdzie znalazło się bardzo dużo Polaków, chyba 5000 polskich dzieci.

        W 47. roku statkiem mama przypłynęła aż do Stanów, a reszta dzieci trafiła do Australii, do Nowej Zelandii, do Anglii; dużo dzieciaków pojechało do Włoch, bardzo mało do innych krajów zachodniej Europy. Dzieci się bały wrócić, dzieci nie miały do czego nawet wracać w Polsce. Większość dzieciaków nie wiedziała nawet, gdzie jest rodzina, czy dalej na Syberii, nie było listów; wschodnie ziemie polskie zostały zajęte, Rosja je zajęła, tak że te ich strony były pod okupacją komunistów.

        Te dzieci tak strasznie bały się wrócić do komuny, do komunistycznego państwa, gdzie doznały tego barbarzyństwa . Szukały najpierw azylu w wolnych krajach.

        Pierwsze dwa kraje, które przyjęły Polaków, to był Meksyk i Indie. Bardzo duża grupa była w Meksyku. Tylko dzięki Kościołowi mama dostała się tutaj, do Stanów. Niby te dziewczynki były tutaj, żeby zobaczyć czy może nie mają powołania, żeby ewentualnie zostać zakonnicami, ale oczywiście te dziewczyny, które nie miały powołania, nie zostały zakonnicami, choć dalej były pod opieką sióstr bernardynek. Dzięki Bogu miały opiekę i tak jak większość dzieciaków żyły już w wolnym kraju.

        Ale była też duża część, która znalazła rodzinę, albo kogoś z rodziny w Polsce ,w komunistycznej Polsce i wróciły .

        – Pani Imogeno, Pani to wszystko zna, Pani to wszystko tak w szczegółach opowiada, od kiedy to się zaczęło; od kiedy Pani zaczęła tę historię poznawać, badać,  wypełniła ona Pani życie; od kiedy Pani się zafascynowała losami własnej mamy?

        – W sumie to było tak, że codziennie wpajano w nas, w nasze mózgi; nie powiem, że przeżyłam to, ale w pewnym sensie tak czuję, jakbym to wszystko przeżyła, to było tak namacalne od dziecka. Wszystkie te inne dziewczynki, to już były dorosłe dziewczyny, koleżanki mojej mamy, z którymi ona przyjechała z Indii, to były bardzo bliskie osoby, pomimo że nawet mieszkały w innych stanach, te wszystkie koleżanki mamy, to były moje ciocie, a większość została zakonnicami.

        I to był bardzo fajne, byłyśmy tak jakby jedną rodziną, na każdą mówiłam „ciocia”, tak że pomimo że te więzy nie były już takie bliskie, bo każdy miał swoje prywatne życie, mama trzymała się z tymi dziewczynami i z tymi kobietami, znajomymi.

        Mama odnalazła swoją rodzinę, jeszcze były dwie siostry, które wróciły do Polski, po wojnie, przed śmiercią Stalina w 47., 48. roku i mama po wielu latach odnalazła tę część rodziny.

        Jako małe dziecko co roku jeździłam do Polski. Muszę powiedzieć, że ojciec nas opuścił, jak miałam 4 lata, miał inną żonę w Polsce, tak że mój tato pracował w Pan American Airlines – kiedyś były takie linie lotnicze i latałam za darmo. Ciągle byłam w samolocie,  nie mając 6 lat zaczynając tak 70. rok kiedy już Gierek był u steru partii to za Gierka jeździłam co roku do Polski.

        Nie jeździłam do tej części rodziny mojej mamy, ale zdawałam sobie sprawę z tej historii, bo zawsze byłam zaciekawiona, jak to możliwe? Czy moja mama jest Cyganką; wiem, że urodziła się w Polsce, ale mama ciągle o Indiach mówiła, a nie o Polsce. Pamiętała więcej z młodych lat z Indii. To mnie zafascynowało po prostu i moją siostrę podobnie.

        Człowiek czuje taki obowiązek, bo mama już jako starsza osoba, zaczęła mieć demencję, sama chciała napisać swoją historię, ale nie potrafiła. Gdy opisywała te syberyjskie przejścia, zawsze dochodziła do pewnej sceny i  darła te papierki, kawałki papierków i nie mogła dalej pisać, to było za bardzo bolesne, więc ja czułam taki obowiązek, że chyba na mnie to wszystko spadnie, żeby to zapisać.

        To jest bardzo ważne nie tylko dla nas, Polaków, ale dla Amerykanów to jest ważne. Bo to mnie zawsze wkurzało, że w szkole, jako nastolatka czy nawet wcześniej, na zajęciach z historii, jak opowiadałam co moja mama przeszła to mnie zignorowano po prostu.

        Była bardzo często przedstawiana inna historia – żydowski holocaust – wszyscy znają tę  część historii, ale to mnie po prostu tak zadziwiało, że nikt nie wie, co Polacy przeżyli; przecież 20% ludności została zmasakrowana?!

        Na tych zajęciach wszyscy wiedzieli co robili Niemcy, ale nic nie było, żadnej wzmianki, o tym, co robili Rosjanie, bolszewicy i nie tylko Polakom. Mówimy o około 60 do 70 mln ludzi, wywiezionych za Stalina zmasakrowanych, nikt o tym nie mówił. Więc, jak na tych lekcjach mówiłam, to ten temat był wyciszany i nie byłam zachęcana, żeby opowiadać o losach mojej mamy. Nie rozumiałam dlaczego. Do tej pory mnie to zadziwia, że nawet tutaj moi znajomi wszystko wiedzą na temat holocaustu, albo – gdy ktoś jest bardzo dobrze oczytany – to wie, że Polacy byli wywiezieni, ale nic więcej o tych okrucieństwach naprawdę nie wiedzą.

        – Tak to się mówi wie Pani, że historię piszą zwycięzcy, a Polska pomimo tego, że była w gronie, nominalnie, zwycięzców, praktycznie tę wojnę przegrała, no bo zakończyło się to komunistyczną okupacją kraju, podziałem terenów. Dlatego właśnie Pani dziękowałem na samym początku, bo myślę, że zrobiła Pani rzecz wiekopomną, że każdy z nas powinien tę książkę mieć u siebie, choćby po to, żeby przeczytały dzieci, żeby nasze wnuki, które tutaj są, wiedziały o tej części losów, skąd my jesteśmy, bo my mentalnie jesteśmy stamtąd i musimy tę naszą historię opowiadać wszystkim, bo inni usiłują ją dzisiaj fałszować, stawiać nas w złym świetle, podczas gdy my nie mamy się czego wstydzić.

        „One Star Away” dlaczego taki tytuł i kto jest na okładce?

        – Na okładce jest moja mama, to jest jak mama już była w mieście Kweta w dzisiejszym Pakistanie, to wtedy pod koroną brytyjską były jeszcze Indie. Już tutaj jest zdrowa, to jest pierwsze zdjęcie, które mama ma w życiu, bo oczywiście nie miała innych, jak zostali deportowani i bardzo pięknie znajomy grafik zrobił to zdjęcie bo to jest czarno-białe, chciałam, żeby to było na okładce, bo mama miała takie piękne oczy.

        A tytułu nie chcę zdradzać, bo zachęcam wszystkich do przeczytania książki, żeby się dowiedzieć dlaczego jest taki tytuł .

        – Proszę jeszcze opowiedzieć o sobie. Mówi Pani świetnie po polsku, żyje Polską, a mieszka w Stanach Zjednoczonych; czy Pani czuje się bardziej Amerykanką polskiego pochodzenia, czy Polką mieszkająca w USA, jak to jest z polskością u Pani?

        – Mama zawsze mówiła, że była na wygnaniu, mama nie zdecydowała się ani emigrować tak jak dzisiejsi Polacy emigrują;   mama nie z własnej woli czy chęci znalazła się na amerykańskiej ziemi, tak że ja też tak to czułam.

        A jeszcze wtedy  panowała w Polsce komuna, tak że mama nie mogła nawet wrócić. Ziemie Wschodnie zostały zajęte, zabrane przez Rosję, tak że człowiek w pewnym sensie, czuł się tak, jak na wygnaniu. Nie powinniśmy tu w Ameryce być, ale znajdujemy się w Ameryce, tak że zawsze miałam świadomość, że oczywiście jestem Amerykanką, jeżeli się popatrzy na paszport, ale ja czuję się Polką, tylko mam inny adres i zawsze marzyłam o tym, że zamieszkam kiedyś w Polsce, ale chciałam być przy mamie; zawsze byłam bardzo blisko z mamą, nie chciałam być w innym kraju.

        Gdy pojechałam do Francji na prawie 8 lat na studia, zawsze wracałam do Nowego Jorku, gdzie była mama.

        Ciężko powiedzieć kim jestem, po prostu przede wszystkim, wiem że jestem katoliczką, jestem Polką, Amerykanką polskiego pochodzenia… Tak mi to wpajano w Polsce; gdy jestem w Polsce to mi mówiono, nie jesteś Polką, jesteś Amerykanką, ale ja mówię, ja czuję się Polką; tak jakbym nie miała prawa być Polką.

        – Może to się trochę teraz zmienia, jednak coraz więcej ludzi mówi o naszym 60 milionowym  narodzie, że jesteśmy narodem ponad granicami; w końcu Polacy mieszkają i na wschodzie, ci których granice osierociły, zostały ale też mieszkamy na całej kuli ziemskiej w wielu najbardziej dziwnych miejscach, a mimo to czujemy się Polakami.

        Co dla Pani jest dobrego w polskości? Co w tym jest takiego fajnego, w tym że się jest Polakiem? Dla mnie to jest jakaś taka fantazja połączona z różnymi rzeczami, ale dla każdego to jest coś innego

        – Ja myślę, że przede wszystkim, gościnność; nie ma innego narodu na świecie… Powiem że są dwa kraje, z którymi się stykałam, to Indie i Polska. Jak pisałam tę książkę, dowiedziałam się, że maharadża też mawiał dzieciom „gość w dom, Pan Bóg w dom”. To mnie zaskoczyło, że ja się dowiedziałam, że maharadża, miał takie hasło, bo to jest bardzo polskie. Gościnność jest tak, jak w żadnym innym narodzie; mieszkałam w różnych miejscach, na różnych kontynentach, też mam rodzeństwo przyrodnie, przez ojca w Ameryce Południowej w różnych częściach, w różnych rejonach świata, ale nie stykałam się z taką gościnnością, jak w Polsce.

        Uważam, że jak człowiek jest gościnny to może to u niego pochodzić z tego, że jest Polakiem albo ma polską krew, jakieś polskie korzenie.

        Powiedziałabym, że wszystko, co jest polskie jest piękne, oczywiście każdy ma jakieś wady, bo jesteśmy ludźmi, ale dusza polska ma taką głębię; to tylko trzeba pomyśleć o papieżu, o Janie Pawle II, o takich ludziach, że większość ludzi są, jak święci po prostu. Wiem że Polacy ciągle narzekają na siebie, ale w tej duszy naprawdę tkwi dobroć i piękno. Mieszkałam w wielu krajach i jest więcej zacnych takich arystokratów Polaków.

        I druga rzecz to jest bohaterstwo Polaków, właśnie w tej mojej książce to bardzo ważne, żeby to powiedzieć, że tak, jak mówi to hasło „za naszą i waszą wolność”; nie ma innego kraju, gdzie tylu ludzi, by się tak poświęciło dla innych nacji, innych narodów; myślę o bohaterstwie Polaków, co robili dla Żydów ,przecież to jest bardzo znane…

        – Wie Pani, to jest może znane w środowisku polskim, ale myślę, że o tym trzeba mówić, tak jak Pani mówi o polskich losach, w środowisku amerykańskim, że świadomość tego bohaterstwa polskiego w niesieniu pomocy Żydom w Stanach Zjednoczonych nie jest znana, to nie są rzeczy, za które by wszyscy nam dziękowali.  

         – Mój ojciec – to nie jest związane z książką – ale mój ojciec urodzony był we Francji, był polskiego pochodzenia, wrócili do Polski z Gierkiem, bo tam mieszkali na północy Francji, na granicy belgijskiej, i opowiadał, jak Niemcy wpadli, Francuzi poddali się od razu, a Polacy się bili w obronie Francji. To bohaterstwo Polaków myślę że jest znane Francuzom, bo jak mieszkałam w Francji tyle lat, to jednak było to bardzo tam znane i mieli dobrą opinię. Wśród ludzi z Belgii też. Niestety to w Stanach, no ale to przez media; bo media mają dużą potęgę tutaj w Stanach i może dlatego tak jest.

        Ważne, że ja to opublikowałam w języku angielskim.

        – Oczywiście, dlatego właśnie tak Pani dziękowałem, to jest bardzo ważne, ale też ważne jest myślę, żebyśmy my Polacy o tym wiedzieli i nie dali się zawstydzać. Bardzo często usiłuje się nas zawstydzać, że jesteśmy jacyś gorsi,  podczas gdy rzeczywiście, nasza historia, jak człowiek zaczyna ją poznawać, to dopiero wtedy zaczyna rozumieć dlaczego chce być Polakiem, być z wyboru Polakiem, nawet jeżeli w Polsce się nie urodził.

        – Tak, dlatego że będąc w Polsce, zwłaszcza, jako dziecko podczas komuny, był taki kompleks niższości; a ja odwrotnie, zawsze mówiłam, jejku, jak ja się szczycę, że jestem pochodzenia polskiego! To jest najlepszy naród. Wszyscy się na mnie gapili, co ona mówi, co ona opowiada, a ja mówię, najlepszy!

        Bo jednak wychowując się w Stanach nie mogę się porównywać do tych Amerykanów, pod żadnym względem; nie znają języków obcych, nie potrafią dużo rzeczy robić – mówię o młodszych ludziach – że jeżeli chodzi o szycie gotowanie, a Polak wszystko potrafi! A tutaj Amerykanie czy inni, ogólnie nie.

        Znam, oczywiście, ludzi z talentami, o wielkich talentach, ale mówię tak ogólnie; niczym się nie interesują, a jak byłam w Polsce, to każdy mi opowiada o geografii wie, gdzie każdy kraj leży na mapie, co tutaj nie ma porównania.

        Ja uważam, że  mamy z czego być dumni, dlatego ta książka jest napisana może bardziej dla Amerykanów polskiego pochodzenia, ale także dla Amerykanów, żeby wiedzieli jacy wielcy są Polacy .

        – Pani Imogeno, dziękuję Pani bardzo a na koniec chciałem jeszcze Panią poprosić, bo zaintrygowała mnie jedna rzecz, że Pani mama spotkała szacha Iranu, jak to było? Może pani zdradzić tę historię z książki?         

        – Książka tak się zaczyna,  tak jak w filmie; film może się zaczynać teraźniejszością, a potem cofać  do przeszłości.

        Książka zaczyna się od sceny w New York Hospital, to jest główny szpital na Manhattanie, gdzie mama tyle lat pracowała, na oddziale onkologicznym, i była tam  head nurse. I w pewnym momencie, jak miałam 15 lat, to był 79. rok, mama wraca do domu i opowiada mi, nie uwierzysz kto jest moim pacjentem, a ja sobie tak myślę, no ciekawe kto, może jakiś król, jakaś księżniczka Grace, bo jeszcze żyła wtedy, a mama mi mówi, że szach Iranu. Ja nie zrozumiałam, wiedziałam, że szach Iranu jest bardzo negatywnie przedstawiany, ale my nigdy nie słuchaliśmy mediów, moja mama nie należała do tego typu osób, bo media nie mówią zawsze prawdy, ale mama  wtedy  zaczęła mi opowiadać dlaczego to jest  ważne; że to jest ten sam szach, dzięki któremu mama ocalała,  przyjechała do Iranu, do Persji, jako gość; byli gośćmi tego kraju.

        Tak że to jest bardzo ważne, że nie tylko maharadża, ale też szach Iranu uratował tyle Polaków, dlatego właśnie chciałam tę część mieć w książce, bo chciałam też wizerunek tego szacha przedstawić w innym świetle.

        Zaczyna się to taką sceną, jak jest pacjentem, bo przyjechał  schorowany na raka i mama opiekowała się nim. Tam jest taka konwersacja między mamą a szachem i potem cała reszta książki, cofamy się do przeszłości, do początku, jak to było, ale dzięki temu szachowi dużo Polaków właśnie się uratowało.

        – Pani Imogeno, dziękuję Pani bardzo za wypowiedź, dziękuję za książkę i zróbmy wszystko, żeby ta książka była we wszystkich polskich domach, bo jest to część  historii, którą musimy przywrócić pamięci.

        W czasach komunistycznych nikt nie opowiadał o tych polskich losach, a teraz również niechętnie się mówi o polskim bohaterstwie. Nasze pokolenie, tych którzy się już urodzili z tamtego pokolenia, jesteśmy im winni  pamięć za to, co przeszli i za to, że tę Polskę w sercach przenieśli; za to kim my jesteśmy, bardzo dziękuję, Pani Imogeno.

        – Dziękuję i pozdrawiam, wszystkiego najlepszego.

książka jest do nabycia na amazon.ca