Nie umiem wyja­śnić wie­lu spraw, jakie napo­tka­łem w dro­dze życia, któ­re to w łatwy spo­sób były roz­wią­zy­wa­ne. Zwy­kle mawia­łem „to przy­pa­dek”, bo ile­kroć byłem w opre­sji zawsze ktoś poja­wiał się obok i bez­piecz­nie prze­pro­wa­dzał na dru­gi brzeg. Na…

        Na począt­ku tego nie dostrze­ga­łem, zwłasz­cza przed wypad­kiem, ale teraz widzę wszyst­ko ina­czej. Codzien­ność pły­nie niczym rze­ka cza­sem nazbyt spo­koj­nie, a cza­sem gwał­tow­nie. W spo­ko­ju docho­dzi do pew­ne­go uśpie­nia i mniej­szej czuj­no­ści, dla­te­go zawsze boli, gdy nagle ude­rzy fala­mi tak, że roz­bi­je sta­ran­nie budo­wa­ną przy­stań. I kie­dy patrzy­łem na mój zruj­no­wa­ny świat to były dwa wyj­ścia, pod­dać się i cze­kać na „zmierzch”, albo wziąć „kiel­nie” w dłoń i wbrew nadziei uwie­rzyć nadziei, że wszyst­ko zosta­nie odbudowane.

        I wte­dy to wła­śnie,  gdy­dy wszyst­ko zaczy­na boleć i w desz­czu łez nie­mal tonę, nagle na „rusz­to­wa­niach” widzę tłum uwi­ja­ją­cych się budow­ni­czych… Tak się dzie­je zawsze w moim życiu po sko­ku, że nawet w drob­nych rze­czach znaj­du­ję pomoc od czę­sto nie­zna­nych mi anio­łów. Bóg przy­sy­ła ludzi we wła­ści­wym cza­sie do każ­dej for­my pomo­cy. Jest obec­ny w każ­dym ser­cu, skąd wiem? Bo wie­rzę, a po dru­gie tak czę­sto sły­sza­łem sło­wa: Nigdy nie pomogłem/am wcze­śniej niko­mu, ale tym razem poczułem/am w ser­cu, aby to zro­bić i jestem z tego powo­du bar­dzo szczęśliwy/wa.

        Dotar­ło do mnie, że zamar­twia­nie się nicze­go nie zmie­ni w moim życiu i jedy­ną pew­ną inwe­sty­cją jest zawie­rze­nie Bogu we wszyst­kim. Tak dłu­go z Nim „wojo­wa­łem” nie mogąc pogo­dzić się z cier­pie­niem. Bez­u­stan­nie Mu zarzu­ca­łem, że moja nie­peł­no­spraw­ność to za mało?! Cze­mu dopusz­czasz jesz­cze tyle innych bole­ści?! I jed­no tyl­ko sły­sza­łem zewsząd:

        Czy­taj Pismo i naśla­duj Jezu­sa. Łatwo powie­dzieć trud­niej wyko­nać wszyst­ko mnie boli, a ja mam czy­tać i się uczyć, no weź i skup się do tego w bole­ściach… Wie­cie jak to jest jak się czło­wiek zmu­sza do cze­goś będąc w roz­syp­ce, po pro­stu nie­wie­le w gło­wie zosta­je poza okrusz­ka­mi. I wła­śnie te zebra­ne okrusz­ki były pokar­mem dla duszy, ale nie tak od razu, bo pokarm ten musiał doj­rzeć, a kie­dy poczu­łem głód to prze­słod­ki był jego smak! Potrze­bo­wa­łem nie­mal dwóch dekad nim otwo­rzy­ły mi się oczy. Pan Jezus cier­piał, za moje grze­chy, za grze­chy każ­de­go z nas. Uświa­do­mi­łem sobie, że kie­dy cier­pię mogę robić to samo, mogę Go naśla­do­wać i ofia­ro­wać swo­je cier­pie­nie, nie zmar­no­wać go! To wszyst­ko we mnie zmie­ni­ło już nie narze­kam na cier­pie­nie prze­ciw­nie przyj­mu­ję je i ofia­ru­je w róż­nych inten­cjach. To doda­ło mi sił i spra­wi­ło, że mam na twa­rzy i łzy i uśmiech w naj­trud­niej­szych chwi­lach. Wyobra­żam sobie Nie­bo, bo widzę jak ten czas ucie­ka wczo­raj byłem dziec­kiem, a dziś doro­słym męż­czy­zną. Nie war­to być pod­łym i zawist­nym, ani zazdro­snym czy też zachłan­nym, bo każ­dy z nas nagi na ten świat przy­szedł i nagi odej­dzie. Trze­ba gro­ma­dzić skar­by w Nie­bie tak, aby mieć, z czym sta­nąć przed Bogiem. Każ­de­go dnia może­my zbie­rać całe kosze dobrych uczyn­ków, to takie pro­ste i łatwe. Wystar­czy żyć miło­ścią, roz­ma­wiać miło­ścią, kie­ro­wać się nią, patrzeć, dzie­lić się poprzez gesty, sło­wa, czy­ny… Miło­ści nikt nie zdo­ła poko­nać, przed miło­ścią zegnie się każ­de kola­no i upad­nie każ­de zło. Odpuść, gdy ktoś zacie­kle cię ata­ku­je i pro­wo­ku­je, nie reaguj na takie rze­czy, bo o to cho­dzi temu, któ­ry chce zmą­cić twój spo­kój. Życie tyle mnie nauczy­ło, że udry na udry nie pro­wa­dzą do nicze­go dobre­go, bo one dzie­lą i gor­szym się czło­wiek sta­je. Dla­te­go kie­dy czu­ję napór „złe­go” idę wtu­lić się w ramio­na Maryi w Niej uspo­ko­ić i ode­tchnąć. Mama jest moją uciecz­ką gdzie mogę odpo­cząć i nabrać nowych sił, jest moją rado­ścią, do, któ­rej bie­gnę, co noc by utu­li­ła mnie do snu tak, że o poran­ku zawsze budzę się z uśmiechem.

 Pozwa­la mi rzu­cać się w Jej czu­łe Nie­biań­skie dło­nie, a w nich ta lek­kość połą­czo­na z rado­ścią w odde­chu skrzy­deł doda­je. A w nie­przy­odzia­ny wiatr prze­ci­nam w locie by w słoń­ca pro­mie­niach ogrzać się, choć tro­chę. Skrzy­dła Ika­ro­we spa­dły by już w locie, lecz na pra­wych, Bożych ku Nie­bu się wzno­szę. I taką to radość od Mamy dosta­je, kie­dy w Jej ramio­nach urzę­du­je stale.

  W Bogu odnaj­du­ję uko­je­nie, a gdy spoj­rzę w prze­szłość…, wręcz nie­do­wie­rza­nie, bo myśla­łem, że Ten Bóg, z, któ­rym tak zacie­kle wal­czy­łem po wypad­ku mnie uka­rał, a prze­cież to ja doko­na­łem wybo­ru by oddać skok na głów­kę zamiast na nogi. Taka była moja wola, nikt mnie nie zmu­szał nikt nie nama­wiał, zro­bi­łem to sam. A co zro­bił Bóg? On jak Ten Sama­ry­ta­nin prze­cho­dził obok i zatrosz­czył się o mnie i pie­lę­gnu­je nie­ustan­nie. Tyl­ko, że ja bywam nie­wdzięcz­ny za tak nie­po­ję­tą miłość Jego. Odkrył przede mną tyle pięk­na, tyle cie­pła, wszę­dzie widzę Jego Dzie­ła w codzien­no­ści Przy­ja­ciel i Opie­kun. W przy­ro­dzie, któ­rą tak nisz­czy­my Cier­pli­wy Ogrod­nik. W tru­dzie Żywą Wodą, w życiu moim Panem, Bogiem i Tatą. Odkąd otwo­rzy­łem dla Nie­go ser­ce poko­cha­łem swo­ją nie­peł­no­spraw­ność, poka­zał mi tyle pięk­na, któ­re­go nie dostrze­ga­łem i uczy tego, że nie cia­ło jest naj­waż­niej­sze, lecz dusza, któ­ra nie umie­ra! Pra­gnie­niem moim jest to, aby w chwi­li, kie­dy na koń­cu mojej wędrów­ki zamknę oczy, otwo­rzyć je ponow­nie w obec­no­ści Naj­mi­lej­szej i Jezu­sa, któ­rzy do Domu mnie i każ­de­go z nas zabiorą!

        Kocha­ni wszy­scy na swój spo­sób cier­pi­my nie pozwól­my by się zmar­no­wa­ła choć­by jed­na jego kro­pla, jed­na łza… Odda­waj­my je Bogu, do Ban­ku Życia nie śmierci.

        Pozdra­wiam Wszyst­kich serdecznie

Pozdra­wiam serdecznie.

Mariusz Rokic­ki

www.mariuszrokicki.pl

tel. kom. +48 604 202 231