Pisarz, publicysta i krytyk literacki Julian Barnes, frazę: “Nie wiemy”, uznał za zwrot fundamentalny w zbiorze leksykalnym każdego biografa.

Wiedział, co mówi i o czym, a sedno wyjaśniał równie treściwie: “Biografia to zbiór dziur powiązanych sznurkiem”. Tyle powiedziawszy, wracam na tory wątku głównego: oferowaną przez biologię szansę wykorzystałem początkowo w stu procentach, co tutaj znaczy: urodziłem się i zaraz otworzyłem oczy.

Od początku uważano mnie za cudowne dziecko: “To będzie prawdziwy cud, jeśli coś z niego wyrośnie” – słyszałem. Wtedy nie mogłem jeszcze znać tego żartu, a nawet gdybym znał, najprawdopodobniej niespecjalnie przejąłbym się oceną. Choć jak przez mgłę pamiętam, że rozdrażnił mnie wyzierający zeń optymizm raczej umiarkowany. “Się urodziłem” brzmi swoją drogą niczym wrzask wozaka na wiejskim rynku: “Węgiel przywieźlim!”, na co umęczony koń łeb odwraca, cedząc: “Ta, przywieźlim”.

Otworzyłem więc oczy, usta, a następnie przez kilka kolejnych miesięcy nic jeno krzyk mój bezradny niósł się dookoła. Trudno nie krzyczeć, gdy rozejrzeć się, gdzie człowieka dostarczono. Czy tam gdzie wylądował. Bo nie na Księżycu przecież. Ludzkości dopiero co obiecywano, że do Księżyca doleci. Poza tym pokażcie mi bachora, który nie rozwrzeszczałby się po klapsie na gołą pupę. Hipokryci nami rządzą, hipokryci nas leczą, hipokryci odbierają porody i hipokryci zęby mądrości nam rwą. Tak było, tak jest i nie inaczej pozostanie. Nie wolno bić dzieci? Dobre sobie. No pewnie, że nie wolno. Ale klaps po urodzeniu należy się każdemu jak do każdego zdrajcy należy pętla.

***

Dla uporządkowania: “Ąmas” – odcinek pierwszy znaleźć można w pierwszym sierpniowym wydaniu Gońca z ubiegłego roku – więc “Ąmas” miało początkowo brzmieć “Prawajt prive”. Tytułową robotę prywatną, z francuska ujętą, wziąłem sobie od Kobuszewskiego Jana i jego Jasia Gołasia. Gołasa. Zresztą Wiesława. Oraz od towarzyszącego im Wiesława Michnikowskiego. “Odbieram swoją własność, gdziekolwiek ją znajduję”, jak oskarżany o plagiat odpyskował krytykom niejaki Molier.

Ten ostatni (Michnikowski, nie Molier), to ów nieszczęśnik, przypomnę, robiący za “głąba” w znanym skeczu o majstrze i dziurze w rurze. Ten, któremu woda “musi się lać”, czy tam wypływać “natrafiając na otwór czyli szczelinę”. Trudno dać wiarę, że żadnego z wymienionej trójki nie ma już wśród nas. Jeszcze trudniej uwierzyć, że nie zmówili się wcześniej, nie tylko wybierając ten sam miesiąc na czas odejścia (wrzesień), ale i postanawiając ku lepszemu po tamtej stronie odchodzić regularnie co dwa lata. Michnikowski odszedł we wrześniu roku 2017, Kobuszewski we wrześniu 2019, zaś Gołas przed dwoma laty. Tak, również we wrześniu. Przypadek?

Pomijając kwestię narodzin, zastanawiające, jak wiele zdarzyło się przypadkiem także w moim życiu. Tak wiele, że całymi latami akceptowałem tezę, głoszącą, iż przypadek to jedynie niedostatek wiedzy o przeznaczeniu. Konieczność, której nie rozumiemy. Ostatecznie ocaliła mnie wolna wola. Zjeżyła się: “Przypadki nie istnieją, durniu. Są tylko znaki!” – zaprotestowała impulsywnie i krewko. Dziś powtarzam: nie ma jak stosowne zintegrowanie z wolną wolą.

***

A zatem: oto jest. To znaczy otom jest. Krzysztof Ligęza. Cud to, czy przypadkowy owoc nieskończonego ciągu niewytłumaczalnych zbiegów okoliczności? Jedno i drugie. Ąmas można powiedzieć. Spójrzmy: wszystko wydaje się cudem, dopóki się nie wydarzy. Kiedy zaistnieje, cudem być przestaje, w okamgnieniu zamieniając w przypadek. W książce zatytułowanej “Raport Gabriela”, były redaktor naczelny “Le Figaro”, Jean d’Ormesson, ujął rzecz słowami: “Wszystko we wszechświecie wydaje się nieprawdopodobne, dopóki się nie stanie. Wystarczy, że jakaś rzecz zaistnieje, a od razu robi się nieuchronna. Wszystko jest zawsze nieprzewidziane i wszystko jest zawsze nieuniknione”. Fakt. Cudowność pojawienia się na ziemskim padole w równym stopniu co mnie, dotyczy każdego, bez wyjątku, chociaż wypada również przyznać, każdy z tych przypadków rozpatrywany pojedynczo, pozostaje niewytłumaczalny. Jest zatem cudem.

Słucham? Cudów nie ma? Nie występują w przyrodzie? Jak to nie występują? Występują. Problem w tym, że współczesne człowiekowate, ponad miarę postępowe, nowoczesne zaś ostatnio niemal do womitowania, porzuciły gdzieś w krzakach jedyne narzędzie pozwalające ocenić rzetelnie, czy to, co zaszło, zaszło zgodnie z regułami “praw natury”, obowiązującymi na co dzień i przez całą dobę też, czy może wspomniane reguły łamiąc, czyli cudem właśnie? Z natury rzeczy nigdy nie istniało, nie istnieje i nie zaistnieje w przyszłości, narzędzie inne niż wiara, by kwestię występowania cudów (czy ich nie występowania) rozstrzygnąć jednoznacznie – tymczasem mało kto uważa dziś wiarę za narzędzie przydatne w tym celu. Choć przecież czy sami istniejemy naprawdę, czy istnieją nasi bliźni i świat dookoła nas (czy tylko tak się nam wydaje), tego również rozstrzygnąć się nie da poza obszarem wiary. Że mimo wszystko i jednak. To znaczy, że istniejemy.

***

– A śmierć?
– Co, śmierć? Jestem przeciw, wiadomo. Ty nie jesteś?

Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl