Minęła “majówka”, to znaczy – potrójne święto, jakie przypada w okresie między 1, a 3 majem. 1 maja obchodzone jest, co prawda bez pompy, jaką pamiętamy z czasów pierwszej komuny, kiedy to Partia oraz Stronnictwa Sojusznicze, obchodziły z wielkim przytupem święto ustanowione na ziemiach polskich w 1940 roku przez naszych okupantów, czyli Rzeszę Niemiecką  oraz Związek Radziecki, niemniej jednak, siłą inercji, traktowane jest jako dzień świąteczny również teraz, co pokazuje, że kontynuacja jest większa, niż mogłoby się wydawać po transformacji ustrojowej i odwróceniu sojuszy.

Z kolei dzień 2 maja w tym roku obchodzony był jako święto kościelne – bo Episkopat Polski przeniósł święto Matki Boskiej, Królowej Polski na sobotę, co wzbudziło podejrzenia, że może to być dalszy krok na drodze judaizacji chrześcijaństwa, ukazanej w Liście Pasterskim przed Wielkanocą – a jednocześnie – jako Dzień Flagi.
Z tej okazji odbyły się manifestacje patriotyczne, połączone z odśpiewaniem Mazurka Dąbrowskiego przez panią Dorotę Rabczewską, znaną jako Doda Elektroda, która z tej okazji sprawiła sobie suknię w barwach narodowych. Jej donośny głos słyszany był nawet w Toskanii, gdzie akurat przebywam – co wskazuje na skalę tej donośności – no a 3 maja pan prezydent Karol Nawrocki wręczył 12 nominacji generalskich oficerom naszej niezwyciężonej armii, która z tej okazji odbyła zwyczajową Odprawę Wart przed Grobem Nieznanego Żołnierza na Placu Piłsudskiego w Warszawie, połączoną z defiladą – zgodnie z piosenką znaną jeszcze sprzed II wojny światowej: “Na Placu Piłsudskiego trębacze w trąby dmą, tam wódz państwa polskiego przegląda armię swą”.

Te generalskie nominacje potraktowane zostały w niektórych kołach, jako gest pojednawczy ze strony pana prezydenta, który wcześniej, podczas nabożeństwa żałobnego z okazji pogrzebu posła Lewicy, Wielce Czcigodnego Łukasza Litewki, co to został śmiertelnie potrącony przez samochód, wymienił “znak pokoju” nie tylko z obywatelem Tuskiem Donaldem, ale również z Wielce Czcigodnym marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Musiały się tam unosić gęste opary obłudy, bo “znak pokoju” swoją drogą, a polityczne dąsy – swoją. Kiedy bowiem pan prezydent poprosił pana marszałka o opinię na temat zamierzonego ujawnienia “Aneksu” do “Raportu o Rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”, co to – jako najtwardsze jądro systemu komunistycznego – przeszły transformację ustrojową w szyku zwartym, a następnie nadzorowały prawidłowy jej przebieg – oczywiście nie za darmo, jako że w tak zwanym międzyczasie przejęły znaczną część państwowego majątku, który natychmiast oddały za pół darmo przedstawicielom Naszych Nowych Sojuszników, pan marszałek – oczywiście Wielce Czcigodny – wyraził przypuszczenie, że ten pomysł musiał panu prezydentowi przyjść do głowy podczas brania prysznica.

Inaczej zresztą pan marszałek zareagować chyba nie mógł, skoro wcześniej pan generał Marek Dukaczewki, ostatni szef WSI, którego resortowa “Stokrotka”, czyli pani red. Monika Olejnik wzywa do TVN, jak tylko w kraju albo i za granicą dzieje się coś ważnego, a pan generał mówi nam nie tylko, jak jest – ale również – jak będzie – więc pan generał Dukaczewski pryncypialnie ten pomysł skrytykował, jako “antypaństwowy”.

Dzięki temu już wiemy, na jakim fundamencie nasz nieszczęśliwy kraj spoczywa, więc trudno się dziwić, że i Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński nie krył swojego sceptycyzmu wobec pomysłu pana prezydenta, sugerując, że ten cały “Aneks” to czysta, a właściwie niezbyt czysta “publicystyka” i żadnych godnych uwagi rewelacji tam nie ma.
Okazuje się tedy, że są sprawy, w których ponad podziałami panuje moralno-polityczna jedność poglądów – jak to było za Edwarda Gierka.
Z jednej strony, powinienem się z tego cieszyć, bo to potwierdza moją ulubioną teorię spiskową, według której naszym nieszczęśliwym krajem rotacyjnie władają trzy stronnictwa: Stronnictwo Ruskie – obecnie w defensywie, a nawet jakby w konspiracji, Stronnictwo Pruskie – aktualnie u steru, wraz ze swoimi kolaboranty – no i Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie – ale z drugiej strony, radość ta zaprawiona jest goryczą, że w tej sytuacji nadzieje na jakąś zasadniczą zmianę mogą okazać się płonne.

Tak właśnie odczytuję krytyczną opinię obywatela Tuska Donalda wobec kolejnego pomysłu pana prezydenta, by zmienić konstytucję naszego bantustanu. Pan prezydent powołał nawet w tym celu specjalną “radę”, która tę nową konstytucję ma przygotować, a do której wchodzi m.in. pan Marek Jurek – ale obywatel Tusk Donald zwrócił uwagę, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie w Sejmie większości, która by tę nową konstytucję  mogła przeforsować, więc w tej sytuacji lepiej przestrzegać tej, która jest. Pomijając już to, że obywatel Tusk Donald najwyraźniej wie już coś, czego my jeszcze nie wiemy, zwracam uwagę, że i to zadanie wydaje się niewykonalne, bo według Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje a przede wszystkim – według Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu – charakter nadrzędny nad tubylczą konstytucją mają prawa Unii Europejskiej – no a te są takie, jakie w danym sezonie akurat brukselskim biurokratom pasują, więc tak naprawdę to nikt nie wie, czego się trzymać.

W tej sytuacji pan prezydent odznaczył Orderem Orła Białego wymienionego właśnie na ruskiego archeologa Aleksandra Butiagina pana Andrzeja Poczobuta, którego Aleksander Łukaszenka po 5 latach wypuścił z białoruskiej kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. To oczywiście bardzo ładny gest, ale co będzie dalej, skoro  pan Andrzej Poczobut pragnie powrócić na Białoruś, nawet gdyby miał znowu powędrować tam za kraty? Tym razem już nie bardzo wiadomo dlaczego, bo o ile poprzednio padł on ofiarą zabaw naszych Umiłowanych Przywódców w mocarstwowość z panią Swietłaną Cichanouską, to teraz, skoro prezydent Donald Trump przeszedł do porządku dziennego nad zastrzeżeniami wobec białoruskiego reżymu i jego wysłannicy rozmawiają z Aleksandrem Łukaszenką całkiem normalnie, więc chyba zabawy w mocarstwowość naszych Umiłowanych Przywódców z panią Swietłaną utraciły sens polityczny, podobnie jak pomysły postawienia na czele złowrogiego Iranu pana Cyrusa Rezy Pahlaviego, jako Wielkiej Nadziei Białych.
Jak pamiętamy, w heroicznym okresie “Epickiej Furii” pan Cyrus został nawet przez CIA ponownie wyciągnięty z naftaliny z przeznaczeniem na zbawcę Iranu, ale po deklaracji prezydenta Donalda Trumpa, że “zniszczy” tamtejszą “cywilizację” i to tak, że “nigdy” się ona nie odbuduje, nadzieje, że przy pomocy pana Cyrusa naród irański obali tamtejszy reżym ajatollahów, rozwiały się w jednej chwili. Cóż bowiem przyszłoby Irańczykom z pana Cyrusa, gdyby już nie mieli “cywilizacji”? Toteż teraz prezydent Trump pragnie  już tylko wyplątać się z awantury, w którą wkręcił go izraelski premier Beniamin Netanjahu i przystąpił do pracowitego przepychania Cieśniny Ormuz w nadziei, że przynajmniej to mu się uda.

Stanisław Michalkiewicz